Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 67 из 99

– Raczej wie; to już nie wiara, to wiedza. Jak sam zresztą zauważył.

– Właśnie, „wiedza". Ostatni stopień szaleństwa.

– No dobrze, a teleportacja tego chłopaka? Ten latający pojazd? Dar języków? – naciskał Lopez.

– Może naśladuje apostołów…

– Tu zapewne nie było apostołów… Twoja hipoteza to w istocie obrona przed koniecznością zaakceptowania… uwierzenia w ten świat, z którego Bóg nigdy nie odszedł. W taką zwariowaną rzeczywistość. Skąd możemy wiedzieć, jakie były dalsze poczynania Jezusa? Miał na to dwa tysiąclecia, mógł zrobić z Ziemią, co chciał. Władca absolutny, a nawet nie władca, bo to nie podporządkowywanie sobie czegoś, to posiadanie.

– Cóżeś taki rozgorączkowany?

– Hę, Janusz – wykrzywił się Praduiga – ty się zastanów, co z tego wszystkiego wynika. Ty się zastanów, kim my jesteśmy dla Boga. Ty się zastanów nad tymi Zwiadowcami, co nie wrócili. A może istotnie Ohlen jest aniołem?

– Aniołem?

– Jakby nie było, to jest Ziemia Jezusa Chrystusa. Rozmowę przerwał sierżant Calver.

– Oni tu mają prawdziwą bibliotekę. Tysiące książek. Skarby.

– Włamaliście się?

– Nie, nie; rzuciliśmy przez okno miniszperacza. Jesteśmy teraz dokładnie po drugiej stronie tego drewnianego pałacu.

– I co w tej bibliotece?

– No właśnie prześwietlamy czwartą losowo wybraną pozycję. Żadna nie zaprzecza wersji Ohlena.

Był to klasyczny test. Źródło informacji Zwiadowcy mogło świadomie – bądź nieświadomie – kłamać, mogło być szalone czy też po prostu niereprezentatywne dla ogółu infiltrowanego społeczeństwa – lecz nawet gdyby dysponowało odpowiednimi środkami, nie byłoby w stanie sfałszować całego banku danych czy księgozbioru. To jest po prostu niemożliwe, niewykonalne dla jednego człowieka: nie ma takich omnibusów. Wystarczy więc przejrzeć byle encyklopedię, słownik, byle kryminał czy romansidło. Oczywiście o wiele prościej jest kupić pierwszą z brzegu gazetę albo włączyć holo na newsy – lecz nie na każdej Ziemi istnieją gazety oraz i

– Aha, Calver – przypomniał sobie major – przechwyciliście transmisję nadajnika żony naszego gospodarza?

– Nic, panie majorze. Ta Ziemia jest cicha jak grób.

Był to jeden z argumentów Dunlonga na rzecz teorii Ziemi jaskiniowców: jeśli planeta nie wyje w kosmos elektromagnetycznym szumem i trzaskiem, niby gwiazda -znaczy: życie nieinteligentne.

– Ale żona faktycznie przyszła?

– Przyszła. Rzucić foto?

– Nie trzeba. Calver wyłączył się.

– No i co? – rzucił Praduiga. – Telepata?

– Nie podoba mi się to – powtórzył po raz nie wiadomo który major Crueth.

Lopez starał się tego nie okazywać, ale był śmiertelnie przerażony. Oto trafił do najgorszego ze swych koszmarów. Oto jego deliryczne niemal rojenia stawały się rzeczywistością – co prawda i

wszystko. Nie, nie wszystko. Człowiek się wyróżnia; człowiek myśli, czuje i – jest świadomy siebie. Każda myśl Lopeza – także ta – była mu przeznaczona, nim się urodził, jako jedyny możliwy skutek przeszłości. Na nic nie miał wpływu, wszystko otrzymał – chciał tego wszechświat, a wszechświat to rzecz. Otrzymał więc w darze od swych rodziców, ich przodków i przodków tych przodków – i tak aż po bielmo zwierzęcości – taki, a nie i

– To przecież czyste szaleństwo. Ten Bóg… – na moment w oczach Lopeza zalśniło przerażenie…zaczyna w was pęcznieć soczysta nienawiść. Wrócił Ohlen.

– Powiedz – zaatakował go Praduigą. – Powiedz mi, ty się nas boisz, prawda? Ty się boisz tego… To straszne, takie całkowite… to, to, to… – zamachał rękoma.

Crueth przyglądał mu się dziwnie: takiego Lopeza nie znał.

Ohlen zamrugał.

– Ja was kocham – powiedział i nikt nie odważył się zwątpić w jego słowa. Ta miłość buchała zeń, podobnie jak wszystkie i

8.

Zostali w domu w dolinie prawie tydzień. Crueth protestował. Celiński protestował. Nawet Praduigą nie popierał stanowiska Dunlonga. Lecz nic nie dały ich sprzeciwy. Przekraczając bramy i

Ta wymiana zdań dokonywała się za pośrednictwem rejestratorów przerzucanych w coraz częstszych „strzałach" Katapulty. Na Ziemi Stalina Dunlong zapisywał w nich swe odpowiedzi, które potem były odtwarzane Zwiadowcom. W istocie więc również nad tą rozmową Dyrektor Piątego Departamentu sprawował całkowitą kontrolę. Jedyne, co udało się Lopezowi i Celińskiemu wytargować, to obietnica postawienia w stan gotowości yantscharskiej jednostki ubezpieczającej; była ona grupą kontruderzeniową, albowiem zwykle – z przyczyn techniczych – przybywała na miejsce o tę sekundę za późno. I zastawała trupy. Tym razem – twierdził jednak Dunlong – będzie inaczej. Znali przecież położenie domu Ohlena. W analogicznym miejscu na Ziemi Stalina rozłożono przenośną Katapultę i zakwaterowano pluton Carterczyków. Zwiększono również częstotliwość wymian rejestratorów do dziesięciu sekund. Owe dziesięć sekund stanowiło teraz najdłuższy okres, jaki będą musieli wytrzymać do przybycia odsieczy. Po prawdzie, ostatnią rzeczą, której Dyrektor sobie życzył, było przerzucanie w nowo odkryty świat tłumu nie-Stalińczyków: nie ufał każdemu, komu mógł nie ufać. Lecz yantscharom płaciło się również za ich image, za poczucie bezpieczeństwa, jakie wzbudzali; stało w kontrakcie: Jednostka carterska -i tak miało być. Dunlong sądził, iż wszystkie te zabezpieczenia, niewątpliwie imponujące, zmniejszą strach Zwiadowców. Otóż mylił się.