Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 62 из 99

– Co się stało? – spytał czarnoksiężnik znad parującej kawy, gdy Celiński z powrotem złożył i schował aparat.

– Ambasada. Chcą mnie powołać na eksperta w sporze o piekielną Wenus. Nieważne. Słuchaj, Vaudremaux, ty mi wciąż nie powiedziałeś, jakim cudem dostałeś się na Stalina.

– Ach, to prawdziwa historia miłosna. Jest w Zwiadzie niejaka Pauline von Kreuz, znasz ją może?

– W Zwiadzie są tysiące ludzi.

– W każdym razie kochana Pauline nie mogła patrzeć, jak łamią mnie kołem: wzięła Cytadelę szturmem i uwolniła mnie.

– Sama jedna?

– No… ponoć przekabaciła dwóch yantscharów; myśleli, że taki jest rozkaz.

– Rany boskie… że też ja o tym nie słyszałem!

– Usłyszysz, usłyszysz. Będzie proces, będą ją sądzić z tuzina paragrafów.

– A co z tobą? Jaki ty w ogóle masz status prawny?

– A jak myślisz? Piąty Departament zaangażował mnie jako rzeczoznawcę, biegłego czy kogoś takiego… Nie mogli ranie odesłać, a nie zdecydowali się uśpić. Mam paszport, jestem Stalińczykiem. No, Janusz, teraz my koledzy po fachu. Gdzie to żarcie?

Celiński wciąż niedowierzająco kręcił głową.

– Przecież ta Pauline musiała kompletnie zidiocieć! Wywalą ją na zbity pysk i wyślą do Piekła! Wielka miłość, też coś. W życiu się już nie zobaczycie.

– Też tak myślę.

– Coś nie bardzo cię to martwi.

– To ona się zakochała, nie ja.

Zwrotnicowy spojrzał uważnie na uśmiechniętego Vaudremaux.

– Przyznaj się – szepnął. – Jak tyś to zrobił?

– Ostatecznie jest się tym czarnoksiężnikiem, no nie?

Przyniesiono fautre mauchois. Zaczęli jeść.

Janusz popatrywał to na Vaudremaux, to przez okno, ponad gigantycznym korkiem samochodowym, na widmowe tablice informacyjne mdło rozjarzone przed ścianą przeciwległego budynku: wskaźnik Dow-Jonesa sinusoidował w okolicy linii wsparcia, staliński EPT (współczy

– Powiedz mi – zagadnął pomiędzy jednym kęsem a drugim – jak ci się podoba ten świat? Co cię najbardziej zdziwiło?

– Mmm… nie jesteś specjalnie oryginalny, każdy mnie o to pyta.

– I co odpowiadasz?

– Różnie. Zależy, ile mam czasu.

– Teraz masz dosyć. Powiedz prawdę.

Czarnoksiężnik zamyślił się; przeżuwając, grzebał machinalnie widelcem w talerzu. Spoglądał gdzieś w bok. Najwyraźniej mówienie prawdy nie należało do jego naturalnych odruchów. Celiński pamiętał z owej ciemnej, cuchnącej, zaszczurzonej celi inkwizycyjnych kazamatów zupełnie i

– Chodziłem po kościołach – zaczął czarnoksiężnik wolno i cicho. – Słuchałem mszy, obserwowałem ludzi, rozmawiałem z księżmi. Oglądałem telewizję. Grałem na komputerach, wchodziłem w virtual reality. Czytałem książki. Skleciło mi się takie hasło: Bóg wirtualny.

– Co…?

– Słuchaj, słuchaj. – Popił wodą mineralną. – Ja jestem jak gdyby z przeszłości; ale znam przecież waszą historię. Ja jestem z przeszłości, ze świata, którym kiedyś był Stalin, i widzę różnice. A pamiętaj, kto ci to mówi: heretyk na stos przeznaczony, sługa diabła. Więc ta różnica to jest Bóg wirtualny. Bóg chwilowy; istniejący jedynie w wybranych momentach, sytuacjach, miejscach. W straszliwym tempie postępuje u was atomizacja postrzegania świata. Niegdyś świat był całością i każdy jego element łączył się z wszystkimi i

– Późno już, muszę iść, Dunlong czeka.

4.

– Pozwolicie panowie, że was sobie przedstawię. Pan Janusz Celiński i pan Lopez Praduiga się znają; to jest major Edwin Crueth z Korpusu.

Nikt nie powiedział: „Miło mi".

Lopezowi nie spodobał się Crueth. Dostrzegał w tym prawie dwumetrowym, zawodowym żołnierzu niepokojącą symetrię siły ciała i woli. Lopez nie lubił takich ludzi. Nie potrafił nimi sterować. To go deprymowało.

Natomiast Celiński najwyraźniej nieźle się bawił. Przemrukując coś pod nosem, uśmiechnięty lekko, przyglądał się bezczelnie Cruethowi. Crueth odpowiadał mu uśmiechem zaskakująco szczerym.

Lopez odchrząknął.

– Nie chciałbym psuć ci zabawy, Joh

Dunlong zamachał rękoma.

– To był twój wybór.

– Nie powtarzaj mi tego, bo jeszcze zmienię zdanie.

– Ale też ty nie wypominaj mi rzeczy, których nie zrobiłem.

– Kusicielu. Specjalnie podesłałeś mi Celińskiego.

Przez cały czas lotu do Tenochtitlanu, a potem do Nowego Jorku, Celiński wymigiwał się od odpowiedzi, dlaczego nie zabrał się razem z Ulrichem do przekonywania Lopeza i pozostał w helikopterze, choć Dunlong wydał mu tak wyraźne polecenie; Lopez podejrzewał, iż ze strachu przez Rosalie. Jednocześnie i

Głębokie i powikłane były intrygi Dunlonga.

– To zagranie poniżej pasa – ciągnął Lopez. – Ty wiedziałeś, że tylko jeden wniosek mogę z tego wysnuć. To nie fair.

Dyrektor się śmiał.

– O czym wy mówicie? – zirytował się Celiński.

– Nić – rzucił Lopez w przestrzeń.

– Nić – przyświadczył rozbawiony Dunlong. Celińskiemu szczęka opadła.

– Nie wiedziałeś? – zdziwił się Praduiga.

– Nie wiedział – przyznał Dunlong. – Mógłby ci powiedzieć, zanim byś się zgodził, a tobie diabli wiedzą, co chodzi po głowie.

– Myślałem, że to podstęp podwójny.

– Przeceniasz mnie.

– W życiu mi się to nie zdarzyło.

– Zaraz, zaraz – włączył się Celiński. – Co z tą Nicią? Kiedy ją złapaliśmy?

– Miesiąc temu. Niecały. Lopez uniósł brwi.

– Trochę szybko jak na analizę. Zwrotnicowi sporządzili wykres? Drzewa?

– Po minie Janusza mogłeś się zorientować, że Zwrotnicowych jeszcze tam nie było – oznajmił Dunlong, de facto znów wykręcając się od jednoznacznej odpowiedzi.

– Zwiadowcy? – indagował Lopez.

– Poniekąd.

– To „poniekąd" oznacza coś paskudnego.

– Masz rację.

– Może byś to wszystko opowiedział w jakimś porządku; ciągnę z ciebie jak z jeńca.

Dunlong zapalił cygaro i zaciągnął się głęboko.

Przyjął ich w saloniku przylegającym do głównej sali konferencyjnej. Było to niewielkie, ciemno wytapetowane Pomieszczenie, wyposażone w sześć niskich foteli, o podłodze przykrytej ręcznej roboty dywanem z Ziemi Ziem Za oknem błyszczał w promieniach zachodzącego Słońca niebosiężny główny budynek Ministerstwa Kolonii; za nim, niewidoczne, wznosiły się wysokościowce Departamentów Trzeciego i Czwartego. Pierwszy i Drugi nie istniały, wchłonął je i przejął ich funkcje kierowany przez Johna C. Dunlonga Departament Piąty, w chwili obecnej odpowiedzialny za odnajdywanie nowych Ziem, zwiad, analizę historyczną i podbój – w istocie biurokratyczno – militarne imperium Dunlonga, tego nowożytnego Hoovera, posiadało większe prerogatywy niż niejedno ministerstwo i wciąż się rozrastało. W oddali, prawie na horyzoncie, lśnił toroidalny kompleks budynków United Earths Organization, wzniesiony w miejscu, które niegdyś zajmowała siedziba Organizacji Narodów Zjednoczonych. UEO obradowała akurat na Ziemi Stalina z racji jej „niewątpliwych zasług położonych na polu kontaktów z i

– Jak już powiedziałem, złapaliśmy tę Nić miesiąc temu. Najpierw poszedł klasyczny zwiad automatyczny: sekundowe przerzuty maszyn badawczych. Zgodnie z procedurą objęliśmy nimi obszar całego globu. Zestawienie wyników było obiecujące, jak zwykle. Atmosfera cudo, żadnych zanieczyszczeń, mówili autorzy raportu. Na co i