Страница 58 из 99
IV. Ziemia Chrystusa
Wyszedłszy z dżungli na plażę, mężczyzna zatrzymał się. W dżungli panował plamisty półmrok, miejscami cień głębszy od ciemności księżycowych nocy, i oczy blondyna, nagle zaatakowane igłami promieni wysoko stojącego słońca, oślepły; stał i potrząsał głową, póki nie odzyskał wzroku. Wreszcie białe plamy rozpłynęły się; nasunął głębiej na oczy jasny kapelusz, rozejrzał się, zaklął melancholijnie – i ruszył na południe.
Ocean szumiał leniwie, raz głośniej, raz ciszej, w rytm podnoszących się i gasnących fal.
W ciągu dziesięciu minut marszu blondyn minął sześcioro wczasowiczów. Przyglądali mu się zdziwieni: na całych siedemdziesięciu milionach hektarów należących do konsorcjum Paradise ludzi noszących ubrania można było policzyć na palcach jednej ręki – a on miał na sobie czarne spodnie, ciemną koszulę, nawet krawat. Kochająca się w cieniu drzew para ujrzawszy go zaczęła się dziko śmiać; rechotali tak, póki nie stracili tchu. Zignorował ich.
Minąwszy niewielki cypel, skręcił na południowy zachód; wzdłuż głębokiego łuku zatoki zmierzał ku drugiemu, przeciwległemu cyplowi. Przyspieszył, rozciągnął usta w mimowolnym uśmiechu ulgi: rozpoznał rysy twarzy nagiego mężczyzny rozciągniętego leniwie pod nadbrzeżną skarpą.
Gdy blondyn zatrzymał się tuż przy jego głowie, przywleczony przezeń cień padł na twarz śpiącego.
W zasięgu wzroku, prócz nich, nie było nikogo: dżungla, plaża, ocean, niebo, słońce. Fascynujący, odległy i głęboki poszum ścigających się fal; usypiający koncert porażonej zaklęciem niezrozumienia przyrody – nic więcej.
Blondyn na moment odgiął rondo kapelusza i wytarł rękawem zroszone potem czoło. Odetchnął. Po czym kucnął i potrząsnął ramieniem śpiącego.
Obudzony niechętnie uniósł lewą powiekę.
– Czego? – wymamrotał.
– Seńor Praduiga?
– Czego?
– Lopez Praduiga?
– A jeśli tak, to co? Strzeli mi pan w łeb? Kim pan w ogóle jest?
– Przysyła mnie Dunlong, jestem z Ziemi Stalina; pan zapomniał telefonu.
– Odczep się pan, w tyłek miałem sobie go wetknąć? Czy też kisić się tak we własnym pocie? – Lopez obrzucił mężczyznę spojrzeniem pełnym obrzydzenia. – A w ogóle to dałem sobie urlop. Tego panu Dunlong nie powiedział?
– Ja nic nie wiem. Mam tylko pana zawiadomić, że Dunlong prosi pana o jak najszybsze przybycie.
– Wracam za miesiąc. I trzy… cztery dni… Który dzisiaj jest?
– Jak najszybsze, to znaczy natychmiastowe.
– Aha. Do widzenia. Nie zasłaniaj mi pan słońca, ja się opalam.
– Powtarzam…
– Według kontraktu mam prawo do urlopu. Niech Dunlong mi tu…
Blondyn przerwał mu.
– Pan nie rozumie. Pan Dunlong prosi pana o powrót. Gdyby to było proste polecenie, posłużylibyśmy się kimś z obsługi Raju. A ja pana proszę.
Lopez wolno wstał. Był mężczyzną wzrostu doskonale średniego i doskonale średniej tuszy i mógłby uchodzić za przeciętnego, trzydziestokilkuletniego biznesmena, gdyby
nie wspaniała koordynacja ruchów, gracja zawodowego szermierza oraz dziwnie spokojnie spojrzenie, wzrok prawie se
Chwilę trawił słowa blondyna.
– Legitymacja – rzucił.
Wysła
Ten, westchnąwszy, przycisnął do płytki kciuk – choć po prawdzie równie dobrze mógłby to być którykolwiek i
– Aleś pan strachliwy.
– Mam nadzieję, że to nie jest fałszywka; nie ma tu nigdzie żadnego terminalu, na którym mógłbym ją sprawdzić.
– Paranoja.
– Dobrze o tym wiem. – Praduiga odwrócił wzrok i zaczął wypatrywać czegoś na oceanie. – A teraz powie mi Pan, czego to właściwie Dunlong ode mnie chce.
Ulrich zdjął kapelusz i zaczął się nim wachlować.
– Nie wiem.
– Nie poinformował pana, cóż to za argument mnie przekona? Zapomniał go pan?
– Nie zapomniałem. Powiedziałem już: on pana prosi.
– Tak, to istotnie niezwykłe… No dobrze, a panu nic nie obiło się o uszy?
– Panie, plotki mam tu powtarzać? Idzie pan czy nie?
– Niby z jakiego powodu?
Ulrich westchnął do nieba.
– Tak myślałem.
– Tak pan myślał? A co, znamy się skądś?
– Nie, nie. Celiński to przewidział. Tu mi kaktus, powiedział, jak on na to pójdzie. Lopez oderwał wzrok od oceanu.
– Celiński?
– Czeka w helikopterze przy Bramie. Mamy zabukowany przerzut na czternastą czterdzieści. – Tysler nagle zaniepokoił się. – Zegar, czas – rzucił.
– Dwunasta pięćdziesiąt dwa – poinformował go zegarek.
– Cholera.
– Celiński. – Lopez pokręcił głową. – Co w tym robi Zwrotnicowy ze Zwiadu? – spytał, bardziej samego siebie. Tyslerowi ręka omdlała i przełożył kapelusz do lewej.
– Dunlong go wysłał, w nadziei, że pana przekona. Kumpel kumpla.
Lopez doznał objawienia.
– Jest Nić?
– Co?
– Złapaliście Nić?
– Mówiłem, nie będę tu powtarzał plotek. Nie chcę wylądować w Piekle.
Lopez uśmiechnął się.
– A za jaką to plotkę można wylądować w Piekle? -pokręcił głową. – Nić złapali. Ulrich jęknął.
– Człowieku, miejże litość! Powiedz, żebym się odwalił i kończmy to. Roztapiam się! Cóż tam widzisz w tej wodzie?!
– Czego nie widzę – zaakcentował Praduiga. – Masz pan szczęście, jakby tu była, prędzej wyprułaby ze mnie flaki… – skrzywił się porozumiewawczo. – Może popłynęła za cypel. Jazda, zmywamy się stąd, zanim wróci.
Ulrich z ulgą wypuścił powietrze z płuc, założył kapelusz i powtórnie się uśmiechnął – uśmiechem męcze
– No. To już. Zejście do tuneli jest na północy; mam nadzieję, że nie północny cypel miał pan na myśli.
– Ślepy nie jestem. Pozostawiał pan ślady jak ra
żółw.
Lopez wyminął Tyslera i ruszył wstecz po tych śladach. Ulrich ponownie jęknął i truchtem podbiegł do niego: Praduiga narzucił straszliwe tempo.
Po minięciu cypla dostrzegli kołyszący się w oddali na falach kuter straży przybrzeżnej Imperium Azteckiego. Korzystając z gwarantowanej przez konsorcjum słonecznej pogody, żołnierze Syna Bogów opalali się na pokładzie, przyglądając się z zaciekawieniem owym tajemniczym nadludziom, za odezwanie się do których, uśmiechnięcie – prawo karze śmiercią.
Praduiga i Tysler dotarli do sztucznej ścieżki, gładkim łukiem wcinającej się w dżunglę, w dziesięć minut; ścieżką, nareszcie osłonięci od straszliwie palącego słońca, doszli do zejścia do stacji sieci podziemnych kolejek Raju, które stanowiły jedyny dostępny na jego terenie środek komunikacji – każdy i
Kwadrans potem znajdowali się już w powietrzu, w drodze do Tenochtitlanu.
2.
– Panie majorze.
– Taa?
– Linainen.
– Przełącz.
W miniaturowych słuchawkach majora, ukrytych w jego małżowinach usznych, zaszemrał głos porucznika Linainena:
– Wszystko obsadzone. Trzymamy wąwóz i zbocza, nikt niczego nie zauważył.
Nie odrywając wzroku od układu trójwymiarowych Projekcji, przedstawiających pod różnymi kątami i w różny sposób rozpościerającą się niżej zalesioną kotlinkę, major rzucił od niechcenia:
– A jak Carterczycy?
– Jak to oni. W końcu co yantscharzy, to yantscharzy. – Linainen zaśmiał się powtórzywszy stary slogan reklamowy.
– Gdyby coś się zaczęło, natychmiast meldować.
– Tajes.
Major strzelił palcami i sierżant łącznościowiec przerwał połączenie.
Nad kotliną leniwie wstawał szary świt. Major podszedł do skarpy zamykającej od północy półkę skalną, na której mieścił się punkt dowodzenia. Był on zamaskowany jednostro
I właśnie z uwagi na owe huntery, aż nazbyt sprawne zabytki okresu Zimnej Wojny – niech je szlag, klął w myślach major – przerzut Skalpela musiał nastąpić w ostatniej chwili, zgrane musiało być to co do sekundy. Ostatnią rzeczą, jakiej Dunlong i rząd Ziemi Stalina sobie życzyli, było dozbrajanie tych, których zamierzali podbić -jeśliby bowiem Skalpel został trafiony przez jakiś orbitujący myśliwiec, niechybnie do tego właśnie doprowadziłaby analiza jego szczątków przeprowadzona przez naukowców Sojuszu. Czas rozpoczęcia akcji ustalono z góry i atakujący musieli się do niego dostosować, nie wchodziły w grę żadne korekty: Skalpel miał zostać wystrzelony na tutejszą orbitę o szóstej siedemnaście i pięć sekund; trochę późno, lecz ani jedna z trzech stalińskich orbitalnych Katapult nie przechodziła wcześniej nad analogicznym obszarem Ziemi Stalina. Major odczytał czas: 5.57. Jeszcze dwadzieścia minut. Nie lubił akcji o tak napiętym harmonogramie.