Страница 49 из 99
Muchobójca umocował swój bagaż pomiędzy kontenerami wypełniającymi platformę, wskoczył nań i wcisnął się w fotel. Zapiawszy pasy (było ich blisko tuzin) zamarł w bezruchu.
– Popatrz pan – Claymore dźgnął cygarem w kierunku ekranu. – Toż to przecież jest nienormalne. Ten facet od początku mnie irytuje. Nie znam nikogo, kto by się przed przejściem przez Bramę nie denerwował, nie wiercił, nie zerkał na zegarek i tak dalej. A ten się nawet nie poci!
– Mówiłem, że to świr – mruknął Kha
– Myślisz, że mam jakikolwiek wybór? – odwarknął Claymore. – A w ogóle to nie jest twoja sprawa! Ty jesteś od Bramy; a co za nią – to już cię nie powi
Kha
Pochylił się nad mikrofonem.
– Trzydzieści.
Włączyło się automatyczne odliczanie.
Claymore zamilkł, skupiony na ogryzaniu końcówki cygara, zapatrzony w ekrany. Na „zero" powietrze pomiędzy czarnymi płytami ściemniało i zafalowało. Wyrzutnia cisnęła weń platformę. Jednocześnie kilkanaście metrów dalej wyłoniła się bliźniacza platforma, pędząca po prostej równoległej do toru, po jakim pomknął w nicość pojazd z Muchobójca – i uderzyła w ekran amortyzujący, który cofnął się pod tym ciosem dobre dziesięć metrów. Zanim się zatrzymał, przestrzeń pomiędzy płytami wróciła do swego naturalnego stanu – Brama się zamknęła.
– No – westchnął Claymore. – Poszło. Teraz niech się van der Kroege martwi.
•
Van der Kroege martwił się już od dwóch dni, czyli od momentu otrzymania w poprzedniej przesyłce z Ziemi zapowiedzi przybycia Muchobójcy.
W sprawie nurtującego cię problemu: kolejne przejście Przyspieszone na 237-143000, przejdzie do was wynajęta Przez kompanię osoba kompetentna w podobnych kwestiach [dane -› TU]. Udziel wszelkiej możliwej pomocy. Oczekuję rychłego rozwiązania.
Z podklejki z danymi dowiedział się, że osobą tą jest niejaki E. Mrozowicz. Nic mu to nie mówiło. Dopiero parę godzin później, już kładąc się spać, przypomniał sobie o sprawie i nakazał przefiltrowanie według dołączonego do wiadomości klucza całości zbioru informacji posiadanych przez komputer stacji. Komputer wyłowił kilkaset artykułów prasowych, fragmenty jakiejś internetowej konferencji i półgodzi
Podczas gdy van der Kroege ze słuchawkami w uszach gapił się na ekran, jego żona oddawała się ćwiczeniom relaksacyjnym. Wpadające do sypialni przez rozsunięte drzwi na taras rubinowe światło Hendriksa nadawało jej opalonej skórze barwę zmieszanej z krwią gliny. Siedziała na dywanie w pozycji lotosu, wyprostowana, z opuszczonymi powiekami, i ćwiczyła głębokie wdechy.
– A jeśli to Pedroso? – spytała naraz.
– Mhm?
– Zastanawiam się, czy to nie mógł być Pedroso.
Peter zatrzymał film i przekręcił się razem z krzesłem w jej stronę. W pokoju nie paliło się żadne światło i oczy mężczyzny, nagle odwrócone od jasnego monitora, niewiele dostrzegły: cienie i półcienie, miękki półmrok hendriksowej pełni, w nim zarys nagiego ciała Rosa
– Co: Pedroso?
– Malik. Thorn. I w ogóle. No przecież szpieg.
– Było śledztwo – przypomniał Peter. – Enąuist. I ci gogusie Claymore'a. Daj spokój, coś by znaleźli.
Przeszła od jogi do ćwiczeń rozluźniających mięśnie; od energicznych krążeń barkami zaczęły jej podskakiwać piersi, i tak wysoko podniesione słabą grawitacją Morrisona. Van der Kroege'a nieodmie
– Nie wierzę w duchy – warknęła rozeźlona.
– Najwyraźniej jesteś w mniejszości – rzekł Peter, z powrotem zwracając się do ekranu komputera, na którym widniała ponura twarz Muchobójcy, pochwycona w stop-klatce z przymrużonymi oczyma i wpółotwartymi ustami. – Claymore przysyła nam jakiegoś szamana. Ten Mrozowicz, co ci mówiłem, że przez niego przesunęli kolejne otwarcie, no więc on jest jakiś domorosły egzorcysta, ksywa: Muchobójca. Claymore go wynajął.
– Że co? Muchobójca?
– Aha. Popatrz tylko. Rąbnięty miliarder, jeździ i skupuje różne dziwactwa spoza Bram. Właśnie oglądam reportaż; nieźle się po gościu przejechali, nie ma co.
Zaniechała ćwiczeń. Odwróciła się do męża, spojrzała na ekran.
– Claymore'owi do reszty popieprzyło się we łbie -mruknęła.
– Niezły przyjemniaczek, prawda?
Wstała, podeszła do Petera i spojrzała ponad głową męża w zamrożone w zimnym świetle monitora oblicze Muchobójcy. Patrzyła tak i patrzyła, aż wstrząsnął nią dreszcz. Założyła ręce na piersi, skuliła się; przysiadłszy pod ścianą, podciągnęła nogi pod brodę, jakby w obronie przed nagłym przypływem zimnego powietrza, choć przecięż na Morrisonie panował zawsze jednakowy duszny upał, niezależnie od pory księżycowego dnia – gdyby spojrzała teraz na termometr, z pewnością odczytałaby nie mniej niż trzydzieści pięć stopni Celsjusza.
– Nie podoba mi się to – powiedziała cicho i niewyraźnie, patrząc na odległe wzgórza, skąpane w strugach światła jak młode czerwone wino. – Mam złe przeczucia. Trzymaj się lepiej od niego z daleka. Z pyska jest dostatecznie wredny.
Ponieważ nie było to zachowanie dla niej naturalne, zaniepokoił się także sam van der Kroege.
– Mhm… Wiesz, jak to jest. „Wszelka możliwa pomoc" i takie tam. Pokręci się, popyta i wróci.
Kiwała w zamyśleniu głową, uderzając podbródkiem o kolano, ciemne włosy przesłaniały jej twarz.
– Może powi
– Co masz na myśli? – spytał zmarszczywszy brwi, chociaż bardzo dobrze wiedział, co ona ma na myśli.
– Dosyć – mruknęła, wciąż se
– Tobie chodzi o przygodę. Parsknęła.
– Rzecz w tym, że mnie już nie chodzi o przygodę-Chodzi mi o coś wręcz przeciwnego.
– Ożeniłem się z tobą.
– To był substytut. Teraz to wiem. Nie szło mi przecież o papierek, on niczego nie zmienia; ale ja zaczynam się już czepiać symboli. Starzejemy się, Peter, starzejemy się-Czego i
– Dom. Dziecko.
– Nie mów o tym w taki sposób.
Zamarł z ramieniem przyciśniętym do chłodnej futryny. Nie wiedział, co rzec. Trudno powiedzieć, żeby go zaskoczyła – ale nie miał przygotowanej żadnej odpowiedzi adekwatnej do sytuacji i nastroju. Nie mógł wyśmiać, nie mógł zbagatelizować, nie mógł zignorować, nie mógł skłamać. Złapała go nagiego i bezbro
– Po Morrisonie wymówię Claymore'owi. Dopiero teraz zwróciła nań wzrok.
– Nie rób tego.
– Dlaczego? Przecież tego właśnie chcesz.
– Ale ty tego nie chcesz. Wyrwałabym ci serce.
– I tak mi wyrywasz. – Oderwał się od futryny, zrobił kilkanaście krótkich kroków, charakterystycznych dla słabej grawitacji księżyca, i przykucnął na wyciągnięcie ręki od Rosa
– Ja też tak sądziłam.
– A zatem?
Delikatnie rozsunął jej włosy. Spojrzała na niego z wyrzutem.
– Zbliżasz się do punktu bez powrotu. Pokazałeś mi tego Muchobójcę i zrozumiałam. Ty się cieszysz na jego przybycie. Nie ma już dla nas bezbolesnego wyjścia. Jeśli zostanę, rozszarpiemy się nawzajem na strzępy.
– Nieprawda. Nieprawda. Ty nie możesz tego wiedzieć. Po prostu się usprawiedliwiasz, bo…
– Proszę cię.
– Tak – zmitygował się. – Przepraszam. Złagodniała, gdzieś z niej uleciała cała determinacja.
– Przecież to nie jest dla mnie łatwe. Ty to powinieneś mówić. Ty powinieneś decydować.
Kręcił głową. – Nie rozumiem, skąd możesz mieć tę pewność…
– Powiedz, że się myliłam co do Muchobójcy. Wzruszył ramionami.