Страница 37 из 99
Santana potwierdził to przypuszczenie.
– Na samej osi – mruknął, oglądając się na Bramy.
– Ile to skoków? – spytał Llameth, wypatrując czegoś w ciemnej ścianie puszczy. – Trzynaście?
– Czternaście – poprawiłem go.
– Może byś się tak pomodlił? Co? Santana?
– Może. A może zaczekamy na tego piromana. Llameth wywinął usta w charakterystycznym dla niego, szyderczo-okrutnym uśmiechu.
– Długo czekać nie będziemy.
Obserwowała nas jakiś czas, nim wyszła z cienia drzew. Przez ramię przewieszony miała łuk, niosła ustrzelonego zająca. Mrugnąłem: gracz.
Zająca rzuciła na ziemię przy ognisku. Łuk i kołczan zdjęła.
– A ciebie nie znam – rzekła, przypatrując mi się badawczo. Dziwna była ta zaciętość, z jaką ostentacyjnie ominęła wzrokiem Santanę, nawet ja ją zauważyłem; zerknąłem na niego szybko.
Czarny, odwracając się ku mroczniejącym falom przyleśnych pól, uśmiechnął się sarkastycznie.
– To atrapa, nie widzisz?
Kobieta i Llameth mrugnęli niemal jednocześnie.
– Już nie – zauważył kaleka. – Już jest identyfikowalny. Dużo bym dał teraz za lustro.
Nie zrozumiała zapewne, o czym mówią, ale nie podjęła tematu.
– Tak sobie myślałam, że jednak pójdziecie w dół na niego.
– To ty ją pomięłaś – stwierdziłem. – Tę kartkę Cavalerra w Luizjanie.
– On się zawsze zamykał jak w twierdzy, nie chciało mi się burzyć mu tego pięknego domu.
Wciąż na niego nie patrzyła, lecz wiedziałem, że mówi o Santanie. Santana był osią jej myśli.
– A co ty tu w ogóle robisz? – zagadnął ją Llameth. -Nazgul wysłał cię, żebyś na nas czekała?
– Szukam Aleksa.
18. Miłość poza Irrehaare
Nazgul podczas kolejnej wizyty w owej świątyni w Zewnętrzu wymodlił odpowiedzi na szereg nowych ważnych dlań pytań – Allah był tam ustępliwy jak nigdzie. Wypłynęła między i
– I co na to Nazgul? – spytałem.
Przełknęła przeżuwany akurat kęs mięsa, nim odpowiedziała. Zapadła już noc, gorąca jasność rozskrzeczane-go płomienia zaślepiła i przykuła nasze oczy, istniał tylko ten ogień – i ciemność.
– Porozsyłał ludzi z poleceniem ewakuacji zagrożonych światów, ale Astro za zagrożone nie uważa – wzruszyła ramionami. – Czeka.
Aria
– I jak ci mówi ta twoja intuicja? – burknął. – Jest tu Alex, hę?
– Nie ma. Ale jest wirus.
Santana mimowolnie spojrzał na nią, chociaż dotąd stara
– Skąd wiesz?
– Och, jest już trzy skoki w górę. Szłam ciągiem od Astro, starając się wyczuć Aleksa. Obozowałam tam właśnie między Bramami, kiedy odbiło go przez jedną z nich. Ledwo zdążyłam uciec.
– Widziałaś go?
– Schemat Kryształowego Jeźdźca. Nic nowego. Kryształowy rycerz na kryształowym rumaku. Wyższy od Bramy. Gość musi mieć z trzy metry bez hełmu. Lanca, miecz, topór, kusza. Praworęczny. Kolczuga. Tyle spostrzegłam.
Czarny wyraźnie miał jej za złe, że nie powiedziała tego od razu. Wysłał natychmiast Llametha na krótkie skoki przez wszystkie sześć Bram, by orientacyjnie określić tempo upływu tutejszego czasu, na wypadek gdyby przyszło nam tu stoczyć walkę. Sam odszedł na pobliski pagórek, wbił na jego szczycie w ziemię miecz i uklęknął przy nim; modląc się do Boga, modlił się do maszyny. Miały te modły na celu – jak przypuszczałem – zbadanie miejscowego współczy
Llameth w nieregularnych odstępach czasu pojawiał się, po czym znikał w następnej Bramie. Sumie
Klepsydra: siódma minuta.
Llameth wyszedł z ostatniej Bramy, podkuśtykał do ogniska.
– Ile? – spytał.
– Siedem i jakieś pięć sekund.
– To daje iloraz bliski pięciu. Dość szybki świat. Nawet z poprawką na przejścia.
Zwalił się na kamień obok.
Piętnaście sekund, jakie odliczał w każdym sąsiednim świecie, po podzieleniu dawało w efekcie średnią względnego tempa upływu czasu. Oczywiście była to metoda prymitywna i zawodna, cały ciąg bowiem mógł posiadać chronopatyczną skazę – niemniej zwykle, jak mnie zapewniano, zdawało egzamin.
Llameth odszukał wzrokiem Santanę i Aria
– To dopiero, kurwa, jest para.
– Mhm?
– Oni naprawdę są małżeństwem.
– Poza Irrehaare?
– No mówię. A tutaj, już po zamknięciu, urodziło im się dziecko.
Dotarło do mnie znaczenie tych słów, lecz długą chwilę nie mogłem zrozumieć, o co chodzi Llamethowi.
– Jak to – dziecko?
– Dziecko! – parsknął. – Atrapowe! Co, myślałeś może, że ona w rzeczywistości, jak to się mówiło?, zaszła w ciążę? Irrehaare, Irrehaare. Urodziła tu atrapę – zaśmiał się.
Cisnąłem polano w ogień.
– I co?
– Ano, zabili je. Miało już ze dwa lata. Mówiło. Tego nie mogli wytrzymać.
19.Czekając
Aria
Rankiem wycieńczony Santana zdecydował, iż przyjmiemy pojedynek z wirusem właśnie tutaj. Widział go w swej wizji, zawracającego ku heksagonowi. Wyczuł nas. Kryształowy Jeździec. Aria
Słońce wychynęło nad puszczę bladoróżowym, strzępiastym owalem. W ciemnozielonej gęstwinie budziło się dzikie życie. Przez niebo mknęły od zachodu rozgotowane zwały burzowych chmur, porywisty chłodny wiatr zmieniał się w ciężki jesie
11. Wirus
Nadjechał od zachodu, wraz z burzą.
Rozgwieździły się nad linią horyzontu lodowo i ogniście ostre pobłyski promieni słonecznych odbijanych od kosmicznie doskonałej powierzchni kryształu, którym był; dostrzegliśmy ich wirtualne igły strzelające nad zielone fale pól i zagrał w nas strach. Nawet Llamethowi zatrzepotały nerwowo wargi, jakby od zbyt wielu modlitw, których nie był w stanie wymówić w tej ulotnej chwili. Oto wschodziła jutrzenka mordu. Lód naszych serc skrzepnięty w myśl – z komputera wszak nie wyjmiesz więcej, niż włożyłeś; wszystkie zło Allahowych wirusów zrodziło się w głowach ludzi, on je sobie tylko stamtąd wypożyczył, skopiował.
– To diabelska maszyna – klęli gracze.
– Ale maszyna – mówiłem zdziwiony. – Nie ma nawet wolnej woli.
– Przy tym stopniu złożoności i autonomiczności programów – mamrotali rozeźleni – pojęcie wolnej woli jako takiej się rozmywa, nie sposób już odróżnić decyzji od wyboru.
– Lecz skąd możecie wiedzieć, że to właśnie wola Allaha? Może spowodowane to zostało deformacjami Samuraja? Może Allah w istocie nie ma wyboru? A może i jest po naszej stronie? Jak możecie być pewni, że to jego wina?
Ale oni wiedzieli swoje. Bluźniąc Allahowi, byli przynajmniej męcze
I teraz, widząc wyłaniającego się zza kolejnego pagórka Kryształowego Jeźdźca, zrozumiałem ową fatalistyczną desperację, która stała się już ich cechą narodową, wspólną cechą przeklętego u zarania ludu Irrehaare. Wżarty w mózg każdego z nich, zasysający wszystkie myśli i uczucia, ten elektroniczny robak, śmiertelny guz, pośrednicząc między nimi a już abstrakcyjnym, bo tak potężnym SYSTEMEM, władny jest jednym krótkim impulsem strącić ich na samo dno piekieł, poddać najgorszym torturom, wypruć z nich i uczynić rzeczywistością najgłębsze ich lęki. A oni nie mogą na to nic poradzić.