Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 99

– Tak, tak, tak; oczywiście. Powóz, konie, ubranie, broń…

– Właśnie. Normalny zestaw.

– Już, już. Już załatwiam – zapewnił Bottomley.

Rzucił na mnie badawcze spojrzenie i wybiegł.

Fakt, niewiele czasu mu to zabrało, musiał być przyzwyczajony do ciągłego pośpiechu swych tajemniczych gości – żaden z nich nie zamierzał był przecież, przebywając w tym powolnym świecie, tracić w światach pozostałych miesięcy i lat.

Santana, już w powozie, wyprowadził mnie z błędu.

– To nie jest całkiem tak – odpowiedział mi, smagając konie batem. – Istotnie, ci, którzy korzystają z heksagonu Bottomleya, zazwyczaj uciekają stąd jak najszybciej. Ale spora grupa samotników, nie związanych ani z Samurajem, ani z nami, specjalnie osiada w wizjach o wolnym względnym upływie czasu – oni chcą to po prostu przeczekać; czekają na wyzwolenie. I

W dostarczonym przez Bottomleya ubraniu było mi jeszcze goręcej. Zyskałem na prezencji, straciłem na wygodzie; tutejsi dżentelmeni musieli latem straszliwie cuchnąć potem. Dostaliśmy także dwa ciężkie prymitywne colty.

– Właściwie – mruknąłem po chwili mocowania się z guzikami – powi

– Otóż to – przerwał mi Santana z zagadkowym uśmiechem. – Musisz się przyzwyczaić do tej absolutnej relatywności Irrehaare. Kwestia czasu to doskonały przykład. Zastanów się: skąd się wzięły właśnie takie określenia?

8. Krew atrapy

Dość prędko odbiliśmy na południe od Tamizy, wczesnym popołudniem minęliśmy od północy Aldershot, do samego Stonehenge docierając nocą; Santana popędzał konie bezlitośnie. Powóz i spienione zwierzęta zostawił w gospodzie, której właściciela najwyraźniej znał. Od niej do wzgórza był jeszcze spory kawał drogi.

Gdzieś tak od przekroczenia granicy hrabstwa Salisbury pogoda poczęła się psuć; dziwne rzeczy powykwitały po zachodniej stronie nieba, tuż nad horyzontem. Niby chmury, lecz w swej monolityczności bynajmniej nie ulotne; niby odległe, ale niesamowicie wyraziste. Zbliżały się. W przerażającym tempie pożerały ciemniejący z nadejściem nocy nieboskłon. Santana co i raz rzucał nań niespokojne spojrzenia.

Wzniesienie Stonehenge i jego kamie

– No to mamy mały kłopot – warknął podczas forsownego marszu ku wzgórzu. – Widzisz te światła? – wskazał w kierunku Avonu.

Istotnie, pobłyskiwały tam jakieś świetlne smugi.

– Obserwuj krąg – rzucił. – Pewnie tam też się kręcą.

– Kto?

– Niedawno nasi musieli korzystać z którejś Bramy. No i zobaczyli ich miejscowi. A teraz masz tu lotną brygadę tropicieli tajemnic.

Wbiegliśmy między kamie

– No rusz się! To jest coraz bliżej!

– Dlaczego… dlaczego ty go…

– To atrapa. No co tak stoisz, do cholery?! I wówczas, skręcając za Santana między starożytne filary, zasłuchany w cichnące rzężenie wieśniaka, w tym osobliwym, rzadkim spięciu swego ego z własnym, a obcym wyobrażeniem o i

– Co to było?! – krzyknąłem przez szum ulewy. – To na niebie! Co to było?!

– Wirus – odparł Santana.

Zdążyłem tylko rzucić okiem na nasze nijakie, paramilitarne stroje – po czym Santana przeciągnął mnie przez sąsiednią Bramę.

Ciemność absolutna. Pod nogami chlupocze błoto. Powietrze jest suche, ostre, drapie w gardło; zaczynam się krztusić…

Kolejna Brama.

Cisnęło nas w środek ogromnej, zawilgotniałej, betonowej jaskini. Kilometrowej długości halę oświetlały nieliczne lampy sufitowe, zalewając ją potokami żółtawego, anemicznego blasku. Szczątki niegdyś potężnych maszyn niszczały pod ścianą, spotworniałe w przerdzewiałe szkielety. Tu i ówdzie dostrzec można było wyblakłe fragmenty napisów ostrzegawczych w języku niemieckim.

Po prowizorycznej kładce przeszliśmy nad kałużą czarnego oleju i weszliśmy w jeszcze jedną tęczę.

Wypluło nas w Central Parku.

Był późny jesie

Gdzieś daleko krzyczała kobieta.

Niebo pokrywała niepokojąco swojska mozaika reklam: w zenicie stała coca-cola, ku Manhattanowi obracało się srebrne logo Shoito, dalej płonęły ICEC oraz IBM, zaś za nami uderzał z nieboskłonu feerią dzikich kolorów film zachwalający pierwszą eksperymentalną serię domowych Cerberów GenLSTor. Był to już więc czas ICEC-u i Cerberów, lecz jeszcze nie wszczepek: reklamy z ich pasma public domain wyparłyby całkowicie wszystkie i

Rozejrzałem się po okolicy.

Santana wzruszył ramionami w odpowiedzi na me pytające spojrzenie.

– Czasami Allah naprawdę dziwne miejsca wybiera na Bramy. Nie zawsze korzysta z miejscowych przesądów i mitologii.

Przyjrzawszy się z krzywym uśmieszkiem garniturom w jakie byliśmy przyodziani, podreptał ku nam kurduplowaty skin kaleka. Kalectwo wpisano w każdy jego ruch kaleka była każda część jego ciała, kalekie ich połączenie; i myśli zapewne miał on kalekie. Sprawiał wrażenie przypadkowego zlepku kilkunastu różnych mężczyzn. Nawet sposób, w jaki się poruszał, sugerował pewną przypadkowość – fascynująco nieskoordynowany był jego chód. Maska kalectwa nie zdołała jednak ukryć siły i energii drzemiących w tym skażonym ostateczną brzydotą ciele, niesamowitej jego „gęstości": był to olbrzym ściśnięty do rozmiarów karła.

Kurdupel zatrzymał się jakiś metr od Santany. Skóra, glany, ćwieki, tatuaże, kolczyki, łańcuchy.

– Czarny – szepnął charkotliwie, patrząc na Santanę z dołu, z ukosa swoimi nieproporcjonalnymi oczyma.

– Llameth – rzekł Santana.

– Tak sobie myślałem, że będziesz wolał wrócić szybszą ścieżką.

– Nazgul cię tu postawił?

– Sam się postawiłem. Nazgul jest pewien, że gnijesz w Algonthoth.

– Coś się stało – mruknął Santana, na poły pytająco po chwili niespokojnego milczenia.

– Ano.

– Co?

– Porozmawiamy w Astro. Co to za atrapa? – rzucił Llameth, nie patrząc na mnie, a przynajmniej tak mi się wydawało.

– To nie atrapa – odparł Santana.

– Tak naprawdę to ja ślepy nie jestem.

– Widziałeś przecież, jak wychodziliśmy.

– Ja znam twoje współczy

– To jest Nowy Jork, dwudziesty pierwszy.

– Ja znam twoje współczy

– Porozmawiamy w Astro – westchnął Santana.

Llameth machnął ręką, rozkolebał się na krzywych nogach, zawrócił i poprowadził nas ciemną aleją ku wyjściu z parku.

Przy skrzyżowaniu przyskoczył do nas ciemnoskóry lalusiowaty cwaniak.

– Panowie, kurwa, spacerują tu sobie, kurwa, Księżyc, kurwa, świeci, kurwa…

Llameth jakoś tak zwinął się na swych pokręconych kończynach i naraz był już przy Murzynie.

– Co ty, Billy, kurwa, ja tylko tak… – zamruczał wystraszony nagle laluś i tyle go widzieliśmy.

Taksówkę złapał Santana, bo dla Llametha żadna by się nie zatrzymała. A i tak kierowca, ujrzawszy go wsiadającego do wozu, podniósł krzyk; Llameth zgasił go tysiącdolarówką. Podczas jazdy nikt się nie odzywał, nawet taksiarz, który z masochistycznym zacięciem wpatrywał się w nasze oblicza w lusterku wstecznym, pragnąc je zapewne zapamiętać do portretów pamięciowych. Wysiedliśmy przy zejściu do metra. Okazało się, że ten z kolei heksagon znajduje się na jego peronie; Brama umieszczona była w pokrytej kolorowym graffiti ścianie tunelu. Dla zagapionego w nas kloszarda musiało to wyglądać, jakbyśmy wtopili się tęczową smugą w ów naście