Страница 11 из 99
– Ba, żebym to ja wiedział czego – mruknął major odwracając ponury wzrok.
– Mnie, Kuzo, mnie.
Przebili się w ostatniej chwili. Ledwie zamknął się za „Janem IV" Kraft Mnicha, dookoła Tryba zatrzasnęła się potężna wyrwidusza. Duchy szpiegowskie Kuzo poszły wstecz po jej liniach mocy i dotarły do Dźwierzy, która była jednym z głównych miast Ligi – co stanowiło znak pomyślny, bo Tryba nie wymieniono w układzie podpisanym przez Birzi
– Chociaż… można ją obejść – zauważył podczas zwołanej rychło po jego przybyciu narady Żelazny Generał, w której, oprócz niego, Goulde'a, Zakracy, Kuzo i podporządkowanego mu minisztabu tutejszej imperialnej placówki Armii Zero, brało udział także dwoje przedstawicieli poddanej protekcji Mnicha załogi Krateru: re Quaz i kobieta cywil zwąca się Magdalena Lubicz-Ankh, ponoć krewna samego Ferdynanda. Reprezentowali oni dwieście osiemdziesięcioro byłych obywateli Księstwa Spokoju, którzy znajdowali się teraz w tej śmiertelnej pułapce i to poniekąd z winy Żelaznego Generała.
– A jeśli zaczną ją zaciskać…? – spytała Lubicz-Ankh, najwyraźniej zajęta własnymi myślami.
– Nasze diamenty powi
– Są może w stanie zablokować im transmisję energii ze Słońca?
– Za dużo zmie
– Generał wspomniał, że zna sposób na obejście wyrwiduszy – podniósł głos Zakraca.
– Doprawdy? – uniósł brwi re Quaz.
– No przecież to oczywiste – rzekł Żarny. – Teleportacja.
– Uch.
– Loteria śmierci.
– Są lepsze pomysły?
– Zawsze można czekać.
– Przynajmniej żyjemy; jeszcze nas nie eksterminują. Po co z własnej woli iść na rzeź?
Generał spuścił krótki czar akustyczny.
– Ja będę teleportował – rzekł, gdy przebrzmiał dzwon.
– Daje pan gwarancję? – spytał re Quaz.
– Tak.
To zrobiło wrażenie.
Lubicz-Ankh aż pochyliła się nad stołem.
– Daje pan, Generale, stuprocentową gwarancję przeżycia teleportacji?
– Tak.
W jednej chwili atmosfera zmieniła się z ponurego fatalizmu w ostrożny optymizm.
– Czy taki właśnie jest plan? – spytał Zakraca. – Ucieczka?
– Plan czego? – prychnął re Quaz. Miast mu odpowiedzieć, Zakraca zwrócił się bezpośrednio do Żarnego.
– Czy pan się już poddał, Generale?
Żelazny Generał uśmiechnął się, bo Zakraca zareagował dokładnie według przewidywań: on jeden nigdy nie tracił wiary w swego boga.
– To nie jest kwestia do omawiania w tak szerokim gronie. Ilu mamy urwitów na Trybie?
– Trzydziestu dwóch łącznie z nami i książęcymi – odparł Kuzo.
– Wystarczy.
Re Quaz wybuchnął gromkim śmiechem.
– W trzydziestkę będziecie odbijać Imperium…?!
– Pamiętaj o tych wszystkich urwitach tam, na dole, którzy nie złożyli przysięgi Birzi
– Skąd pan wie, może już złożyli, może już nie żyją; nie mamy przecież łączności, nie wiemy, co tam się dzieje, zagłuszają wszystkie transmisje, zabrali się też za duchy.
– Przekonamy się. Gdzie was przerzucić? Na Wyspy?
– Chyba tak.
– Dobrze. W takim razie… widzimy się w hangarze numer cztery za dwie klepsydry.
Re Quaz i Lubicz-Ankh ukłonili się i wyszli.
Kuzo zablokował drzwi i uaktywnił konstrukt przeciw-Podsłuchowy sali.
– Da pan radę, Generale? Tyle osób, w pojedynkę? – Teleportowałem już całe armie, chłopcze. Przypomnieli sobie legendy.
– A więc – jaki jest plan? – powtórzył Zakraca.
– Przerzucę wszystkich stąd na Ziemię. Tam się zorientujemy w sytuacji. W zależności od postawy Armii Zero, zarządziłbym mobilizację w Baurabissie i atak z zaskoczenia. To jest jeszcze początkowa faza zamachu, struktury nie zdążyły się umocnić, rzecz wciąż wisi na kilkukilkunastu zdrajcach. Planuję jeszcze przed atakiem dopaść Birzi
– Dziwnie prosto to brzmi.
– W gruncie rzeczy cała sprawa polega na usunięciu Birzi
– To wciąż brzmi przerażająco prosto – kręcił głową Kuzo, ale i on się uśmiechał.
– Oni wcale nie przesadzili – odezwał się Goulde. -Powi
Birzi
Fantom! – pomyślał Birzi
– Żaden fantom – warknął Żarny, po czym złapał go lewą dłonią, ścisnął, wrzucił do ust i połknął. Następnie z powrotem wszedł w zwierciadło.
Miarkę później wybuchnął w swym gabinecie w Baurabissie. Zakraca czekał tu nań wraz z prawie całym sztabem Armii Zero. Żelazny Generał rozwinął się z punktowego błysku, w grzmocie rozprężającego się sferą powietrza.
Wymieniając z podwładnymi ukłony sprawdził konstrukty wieży. Nienaruszone. Tu mógł się czuć bezpieczny: od dobrych kilku wieków nieprzerwanie rozbudowywał je i ulepszał.
– Złe wieści, Generale – odezwał się pułkownik Ociuba.
– Mów.
– Może pan już wie. Birzi
– Tak.
– Podobnie zresztą postąpił z kilkuset i
– Tak. Wiem. – Splunął. – Tu macie Birzi
Urwici skinęli głowami w pół-ukłonie, pół-salucie.
– Zakraca przedstawił wam plan?
– Tak jest.
– Nie ma zmian; wszystko według harmonogramu. Klepsydra zero: trzydziesta siódma i ćwierć. Dżi
– Tak jest.
– Gdzie Pełzacz?
Jeden z urwitów wydał telepatyczny rozkaz.
– Będzie za chwilę.
– Dobrze.
– Panie hrabio – odezwał się generał Wiga-Wigoń, po Żarnym najstarszy wiekiem i stopniem urwita – pan wie o Bogumile. Wie pan o A
– Więc?
– Birzi
– Więc?
– W pana żyłach, panie hrabio – pospieszył z pomocą Widzę-Wigoniowi Zakraca – płynie krew Warzhadów. Co prawda pokrewieństwo to pochodzi sprzed setek lat – ale i tym szlachetniejsza to krew.
W moich żyłach, pomyślał mimowolnie rozbawiony Żarny. W moich żyłach. Ani one żyły, ani w nich krew i doprawdy nic z Warzhadów.
– Major ma słuszność, przekonał nas wszystkich. -Generał Wiga-Wigoń zgiął się w pas, ukłonem zarezerwowanym dla monarchy; pozostali bez wahania powtórzyli hołd. – Po raz trzeci lud wkłada ci na głowę koronę i tym razem nie możesz, nie masz prawa jej odrzucić.
– Zakraca, Zakraca – westchnął Żarny – cóżeś ty najlepszego narobił? Trzeba mi było kollapsować cię razem ze Zdradą.
– Możesz mnie jeszcze kollapsować bez Zdrady, nic straconego – rzekł Zakraca. – Ale wpierw przyjmij koronę. Żelazny Generał machnął ręką.
– Nie teraz, nie teraz; za wcześnie o tym. Nie dzielmy skarbów żywego smoka.
– Potem może nie być czasu.
– Teraz też go za wiele nie ma. Koniec zebrania! Na miejsca!
Urwici wyszli. Wychodząc, uśmiechali się jednak do siebie ukradkiem: nie powiedział „Nie". Pełzacz minął się w drzwiach gabinetu z wynoszonym przez poltergeisty Birzi
– Mam powody przypuszczać, że należałeś do spisku. Stary elf tylko zamrugał.
– Nie należałem.
– Dam ci okazję, by tego dowieść.
I tym razem jeno drgnięcie powiek.
– Dziękuję.
– Najlepsze, na co stać ciebie i twoich iluzjonistów.
– Na całą Czurmę?
– Na wszystkie miasta Imperium. -
– To niemożliwe.
– To możliwe.
– Tak. Oczywiście. Kiedy?
– Dziś w nocy.
– Tak. Oczywiście. Mogę odejść?
– Moje demony pójdą z tobą.
.
A noc trwała i trwała. Od przesunięcia się terminatora przez Czurmę, w którym to momencie Generał rozpoczął był serię szybkich teleportacji, aż do dwóch klepsydr przed świtem, gdy niebo zapłonęło Pełzaczową iluzją, na ulicach miasta, w zaułkach, w parkach, w porcie i we wnętrzach budynków toczyło się zwykłe nocne życie stolicy. Mieszkańcy przyjęli zmianę zaszłą na najwyższych piętrach Zamku z chłodem i spokojem właściwym starym wyjadaczom politycznego chleba. Postro