Страница 96 из 117
Zird Zekrun śmieje się, obracając w palcach dwie drobne, kryształowe strzałki. A później, nim jeszcze stopy dziecka przemienia się w marmur, ciska je w powietrze. Ból, jak użądlenie pszczoły, natarczywy i nieoczekiwany. Znów moc – obca, nierozpoznana. Oczy dziewczynki, rozszerzone ze strachu, i jeszcze czegoś, czego nie potrafi nawet nazwać, choć strzałka rozwija się i przerasta go na wylot. „Ciemne kłącze", jak napisano w balladzie o Thornveiin. „I moc bogini przerosła ich niczym ciemne kłącze". Zaciska powieki, żeby nie patrzeć w wykrzywioną drwiną twarz boga, a przed oczyma znów stają mu grzbiety skrzydlatych nieba. Nawet po śmierci, znieruchomiałe na brzegu źródła Ilv, połyskują srebrem i złotem. Ale to tylko pozór, zaś źródło jest równie martwe, jak one.
Jak dzisiejszego ranka, w świątyni Zird Zekruna, kiedy za wszelką cenę potrzebowała pomocy – więc wypowiedziała je po raz trzeci.
Później ją rozpoznaje – moc Fei Flisyon, zamkniętą w dwóch kryształowych strzałkach, które mają go odmienić raz na zawsze i przywiązać do przerażonej córki Smardza, która jeszcze nie rozumie – i nie ma prawa zrozumieć – istoty tego, co właśnie utraciła. Lecz w nim tętni moc boga Pomortu napięta niczym struna. I nic nie może zrobić.
Obrazy rozszerzają się i blakną jak bańka powietrza, aż na koniec zostaje zupełnie sama, z jednym słowem na zaschniętych ze strachu ustach – i jest to dokładnie to samo słowo, które po trzykroć wypowiedziała w chwili najgłębszej grozy, nie rozumiejąc, dlaczego to czyni.
Jedno słowo. Wezwanie. Imię.
Nie chciała tego pamiętać. Podczas wszystkich dni spędzonych w Dolinie Thornveiin odsuwała od siebie wspomnienia spichrzańskiego karnawału. Nie zastanawiała się, dlaczego spośród wszystkich możliwych – właśnie jego imię. Dlaczego odpowiedział. Jakim sposobem moc Wężymorda wypełniała ją niczym puste naczynie i odchodziła bez śladu.
„Czy nie pojmujesz, że to, co ci uczyniono, jest w równym stopniu pułapką zastawianą na Wężymorda?", powiedziała opatka.
Na nas obydwoje, pomyślała z żalem i odważyła się podnieść oczy.
– Gdyby ktokolwiek ze śmiertelnych popełnił choć część z tych rzeczy, które przypisujemy bogom – powiedziała bezradnie – nazwalibyśmy go najgorszym nikczemnikiem. Dlaczego więc pozwalamy im obracać na urągowisko własną moc?
– Ponieważ nasz sprzeciw jest jałowy i nie ma znaczenia – Wężymord rozprostował poranioną dłoń. – Czy wiesz, co było dalej? Trzymał cię w rękach, nadając kształt przekleństwu, a ja czułem każde drgnienie mocy. Każdą, najdrobniejszą zmianę, aż klątwa przeniknęła cię na skroś. Wtedy ją powstrzymał.
– Po co?
– Gdyby cię zabił od razu, nie miałby nade mną żadnej władzy – odparł niemal szorstko. – Nie myśl, że cokolwiek uczyniono ze względu na ciebie samą, równie dobrze to mogła być pomywaczka z zamkowych kuchni. Ale Zird Zekrun znał bardzo dobrze los Thornveiin i urzekła go symetria zemsty Fei Flisyon: aby ukarać lekarkę, która ośmieliła się uzdrawiać ofiary mocy Zaraźnicy, wybrano jedyną spośród wszystkich chorób, której nie można uleczyć. A ponieważ ty także byłaś żalnicką księżniczką i ponieważ z nienawiści do twojego dziadka zabiłem żmijów… A także dlatego, że właśnie ja ich zabiłem – dodał, patrząc prosto na nią – niwecząc wszelki sposób odwrócenia tej klątwy…
– Nie jestem Thornveiin – powiedziała bardzo cicho.
– Ani ja nie jestem kopie
Powi
Jednak nie potrafiła przestać.
– A Szalona Ptaszniczka? Jakie jest w tym miejsce Szalonej Ptaszniczki? – spytała.
– Daleko zawędrowałaś, Zarzyczko – powiedział ze znużeniem – dalej, niż sądziłem, że to możliwe. Myślę, że Ptaszniczka jest wspomnieniem Zird Zekruna. Wzorcem, podobnie jak Thornveiin, ale osadzonym znacznie głębiej.
Skinęła głową: tak samo mówiła Szarka, zaś Szalona Ptaszniczka pomogła ją uwolnić za cenę zniszczenia matrycy. Na końcu była jedynie postacią osadzoną w kamie
– Widziałam w lustrach Śniącego wspomnienia Szalonej Ptaszniczki – odezwała się szeptem. – A przeorysza opowiedziała mi o szaleństwie Thornveiin. Tak, dostrzegam wzory. Tylko dlaczego przez tyle lat tajono przede mną nawet wszelki pozór prawdy, zaś odkąd wyjechałam z Uścieży, wszyscy prześcigają się w wyjaśnieniach? Nawet ty.
– Ponieważ spichrzański karnawał uwolnił jeszcze jedną z mocy, najmniej spodziewaną i to zarówno przez Zird Zekruna, jak Delajati. Myślę, że rudowłosa Zwajka nie zna zamysłów bogini albo przynajmniej nie poddała się im bez reszty. Inaczej nie postawiłaby cię tamtej nocy przed zwierciadłami, byś wypowiedziała życzenie, które może pokrzyżować wszelkie plany bogów i wyswobodzić na nowo najdzikszą z potęg Krain Wewnętrznego Morza. Żmijów – wyjaśnił, kiedy bezradnie pokręciła głową. – Przywołałaś przepowiednię o powrocie żmijów. Wypowiedziałaś po trzykroć życzenie, a Nur Nemrut odpowiedział – on albo jeszcze coś odleglejszego, co przemawia poprzez niego tak, jak on przemawia przez zwierciadła.
– Nie wierzę – zasłoniła usta palcami. – Dlaczego miałby usłuchać właśnie mnie?
Trzeci raz powiedziałam je już po tym, jak upadła wieża, pomyślała. W jaki sposób bóg mógłby odgadnąć, że znów powtórzę te słowa? Jak mógł usłyszeć je wcześniej – i odpowiedzieć na wciąż nie wypowiedziane życzenie?
– Nie wiemy – uśmiechnął się blado na widok jej niedowierzania. – Mówiłem, że cała nasza wiedza rośnie i legend i baśni. Ale czasem baśnie okazują się prawdziwe – może dlatego, że musi być coś, co wymyka się nawet boskim przewidywaniom. Proroctwo otwarło nową ścieżkę i nie sądzę, by taki właśnie był zamiar Delajati. Ani Zird Zekruna… – dodał posępniej.
– Jak brzmi proroctwo? – przerwała niecierpliwie.
– Kiedy umarłe pokona śmierć
Kiedy spętane potarga pęta
Kiedy przeklęte zdejmie przekleństwo
Powrócą żmijowie – odparł Wężymord.
Oliwna lampka wypaliła się i zgasła, zostawiając ich w mroku letniej, czerwonej nocy. Żadne nie uczyniło gestu, by ją na nowo rozpalić.
– Przecież to nic nie znaczy! – krzyknęła Zarzyczka. – To tylko słowa bez znaczenia. Jak bełkot wiedźmy.
– Nie obiecałem przecież, że ktoś je zrozumie.
– A ty? – spytała, tknięta nagłym podejrzeniem. – Rozumiesz je? Zawahał się.
– Nie wiem – odpowiedział po bardzo długiej chwili, kiedy słyszała jedynie niewyraźny stukot swojego serca i przyciszone kwilenie jaskółek. – Być może.
– Czy powiesz mi?
– Nawet wówczas, jeśli zapłatą byłoby życie? Życie nas obojga? Albo raczej – twoje życie zaklęte w kamień i moja utrata nieśmiertelności?
Teraz ona nie umiała odpowiedzieć.
– Nie wiem – rzekła na koniec. – Jeszcze nie wiem. Ale jeśli zdecyduję, czy wtedy mi odpowiesz?
– Tak – zgodził się niemal niesłyszalnie. – Wtedy odpowiem.
– Z powodu żmijów, których zabiłeś na brzegu źródła Dv? – spytała równie cicho.
– Nie. Z twojego powodu.
W ciemności łatwiej było wysłuchać podobnej rzeczy – a przecież nie dość łatwo. Chciałam tego, upomniała się w myślach. Mogłam przecież odjechać ze Spichrzy albo ukryć się w Dolinie Thornveiin. Jednak cokolwiek jest między mną i Wężymordem, oboje zasłużyliśmy, żeby to wypowiedzieć. A także wysłuchać.
– Nie kocham cię – powiedziała bezdźwięcznie.
Podobnie jak Szalona Ptaszniczka nie kochała szarookiego mężczyzny, którego oglądałam w jej majakach, pomyślała. I jak Thornveiin nie kochała kopie
– Przestań – nie spostrzegła nawet, jak Wężymord położył dłonie na jej ramionach i odwrócił. – Nie rób sobie tego.
– Boję się – powiedziała, nie otwierając oczu. – Jestem uwięziona nie tylko w kamie
– Wiem. Jesteś nieusta
W jakiś sposób, nie rozumiała dlaczego, te słowa poruszyły ją bardziej niż wszystko i
Łzy, które pociekły jej po policzkach, były równie piekące, jak te zapamiętane.