Страница 70 из 117
Ostatnie słowa akurat były prawdą: Mroczek znów miał przed oczyma wizerunki skrzydlatych wężów nieba oplatające kapitele kolumn w spichrzańskiej świątyni Nur Nemruta.
– To ma wiele poziomów, kupcze – powiedział Wężymord, którego we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza uważano za mordercę żmijów. – Więcej, niż potrafisz zrozumieć, a zagłada żmijów jest ważna jedynie na jednym z nich. Marzenia bogów sięgają znacznie dalej, aż do owego wysokiego, jałowego pola, na którym A
Mroczek w milczeniu potrząsnął głową. Nie rozumiał: kapłańskie wywary i strach skutecznie mąciły mu myśli. Nie wiedział nawet, czy pan Pomortu wciąż mówi o rudowłosej Zwajce, czy o sobie samym – ostatecznie, nikt w Krainach Wewnętrznego Morza nie znał jego wcześniejszego imienia. Jeśli istotnie przemienił się z łaski Zird Zekruna, pomyślał Mroczek, powinien nosić miano w języku przedksiężycowych, a nie coś, co było bardziej obelgą niż imieniem. Nie pojmował, dlaczego pan Żalników przyjął je na dobre.
– Ponieważ Zird Zekrun uznał je za zabawne – odparł kniaź. – Obawiam się, że rychło doświadczysz niejednej z jego zabaw, kupcze. Jest niecierpliwy i rozwścieczony z powodu tego, co się stało w wieży Nur Nemruta. Co się mogło stać – poprawił – bo obręcz dri deonema wciąż chroni Zwajkę przed wzrokiem bogów, zaś umysł jadziołka jest zatrzaśnięty jeszcze szczelniej. Więc Zird Zekrun nie wie, co się naprawdę wydarzyło, i dlatego kapłani na jego rozkaz noc w noc poją cię ziołowymi korczywami, po których powracają wspomnienia – wszystko, co pamiętasz, a także to, co dawno zapomniałeś. Z każdą milą na północ jego moc będzie rosła, więc sny staną się coraz bardziej natarczywe. Jednak nie przypuszczam, abyś wiele mu wyjawił, kupcze – dodał lekko. – Znasz zbójcę, ale to nie dość, aby rozumieć rudowłosą wysła
– Jadziołek, panie? – ośmielił się Mroczek, z ulgą czepiwszy się znajomego słowa. – Prawda, że paskudztwo okrutnie całą gromadę zbójców wymordował nad Trwogą. Mnie samego prosto w strumień zapędził i niemal na śmierć pod wodą zadusił. Ale przecie przy bogu potężnym, przy Zird Zekrunie, on ledwo ptaszysko mizerne.
– Do czasu, kupcze. Każda moc, nawet najwątlejsza, może nieoczekiwanie urosnąć w siłę – uśmiechnął się Wężymord.
Bogowie, pomyślał Mroczek, niechby on się nade mną na Przełęczy Zdechłej Krowy podobnie natrząsał. Toż wyłupiłbym mu sztyletem ślepia z tej rozradowanej gęby!
– Szczególnie teraz – ciągnął Wężymord, pomijając milczeniem mordercze zakusy Mroczka – po tym, jak ruda Zwajka posłała jadziołka w głąb zwierciadeł tropem Nur Nemruta. W normalnym świecie nie sprostałby żadnemu z bogów, ale sny są jego władztwem, jego najprawdziwszą krainą. Żywi się majakiem se
Ale jeszcze gorszy, żeby umierać z powodu boskich kłótni i Twardokęskowego spoufalenia z córką Suchywilka, pomyślał Mroczek. Zły czas, żeby żyć, powtórzył ze złością. Widzicie go, trzecie pokolenie oglądają go na północy, a i
– Uważaj, kupcze – bardzo cicho powiedział Węży – mord – bo bogowie słyszą podobne życzenia i potrafią wypełnić je co do joty.
Najwyższy zwajecki kniaź bez słowa przypatrywał się ceremonii. Szaty kapłanów bogini jaśniały w mroku świątyni, zaś słowa Koźlarza wibrowały wyraźnie aż pod kopułą przybytku. Suchywilk nie oglądał wcześniej podobnego rytuału: podczas koronacji Smardza służył na południowym dworze poza granicami Krain Wewnętrznego Morza, gdzie nikt nie dbał o Żalniki. Zresztą nawet później, kiedy obrano go zwajeckim kniaziem, nie zaprzątały go podobne mrzonki. Raz tylko, kilka lat przed najazdem Wężymorda, zawędrował do żalnickiej stolicy i miał sposobność przypatrzeć się murom kąciny Bad Bidmone. Samym murom, bo nie postało mu w głowie, aby zaglądać do środka. Zwajcy niechętnie zachodzili przed ołtarze bóstw.
Teraz jednak nie mógł się wymknąć. Przypuszczał, że Koźlarz od początku wiedział wyśmienicie, co ma się wydarzyć w sercu Nawilskiego Ostępu. Co więcej, natarczywość zwajeckiego kniazia, który uparł się dołączyć do kompanii, musiała go okrutnie ubawić. Wystrychnięty na dudka Suchywilk stał więc z kwaśną miną obok wielkiej marmurowej konchy z poświęcaną wodą i czuł się dokładnie, jak jeden z karnawałowych diasków przed przymusowym pławieniem w fonta
Jednak żaden z kapłanów nie ośmielił się ich przepędzić. Co było kryć, podobna pokora wiele znaczyła pośród zakonu, który niegdyś bez nijakiego skrępowania dyktował edykty żalnickim kniaziom. Suchywilk rozumiał, że zniknięcie bogini musiało nieźle zbić jej sługi z pantałyku, zaś lata spędzone w ostępie nieco przybliżyły ich do ce
Szarpnął ze zdumienia brodę, gdy opuszczono formułę: „Przyjmij miecz", odwieczną i tę samą we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza, samo serce ceremonii koronacyjnej. Kiedy kniaź brał miecz z rąk swoich kapłanów, przyjmował wraz z nim całą potęgę władzy, moc karania i obrony poddanych – i sam stawał się obnażonym ostrzem w służbie boga i swego władztwa. Jednak Koźlarz bez żadnych ceremonii wysunął Sorgo z pochwy i nikt nie usiłował mu przeszkodzić, co było bardziej znaczące, niż wszystkie poprzednie rytuały. Służebnicy Bad Bidmone wiedzieli doskonale, że książę nosił na plecach miecz żalnickich kniaziów od rzezi Rdestnika. Teraz jednak dawali wyraz czemuś zupełnie i
To było tak, jakby właściwa koronacja odbyła się dawno temu, kiedy bogini zacisnęła na rękojeści Sorgo palce dzieciaka, którego ojca Pomorcy zarąbali kilka uderzeń serca wcześniej. Teraz jedynie jej zakon uroczyście uznawał zwierzchnictwo kniazia.
Suchywilk przymrużył oczy, by widzieć wyraźnie, jak książę wznosi miecz do starożytnej przysięgi. Koźli Płaszcz stał dokładnie pośrodku świątyni, pod jedenastokątnym dachem bogato inkrustowanym złotem. Na ścianach przybytku, na ciężkich pilarach i na obu dachach – wewnętrzny był właściwie kunsztownym baldachimem, wyrzezanym w drewnie delikatnie niczym skalmierska koronka – lśniły niezliczone wizerunki żmij ów. W miejscu ich oczu osadzono czerwone kamienie, które połyskiwały niespokojnie w świetle pochodni. Z bólem serca Suchywilk musiał przyznać, że Koźlarzowi nie zbraknie gotowizny na opłacenie najemników: wystarczyłoby wydłubać ślepia połowie żmijów. Musiały mieć, ścierwa, pomyślał niechętnie o zapobiegliwych kapłanach, oprócz rdestnickiego skarbca i
Nie przysłuchiwał się nazbyt uważnie słowom Koźlarza. Były pewne przysięgi, które włodarz musiał wypowiedzieć i tyle. Suchywilk sądził, że najrozumniej postępowano w tej kwestii na Wyspach Zwajeckich, gdzie władców obierał wiec, zazwyczaj spośród prawej kniaziowskiej krwi, lecz zdarzało się, że podnoszono do owej godności także synów niewolnic starych władców. Nie było długich deliberacji, błogosławieństw ni i
Obywano się jednakowoż bez cudownych sztuczek, mocy i znaków boskich, które niezmiernie mierziły Suchywilka. Prawda, że Morski Koń, który prawdziwie lubił zwajecki ludek, nieraz przybywał na wiec w swej własnej boskiej osobie, ale zachowywał się godnie, jak przystoi w podobnych okolicznościach. Pił miód, gwarzył przyjaźnie z narodem o połowach i podwodnych skarbach z potopionych okrętów, a jak się zamroczył należycie, to i zapląsał wedle ogniska. Jeśli nawet kto go pytał o radę w rzadkich przebłyskach trzeźwości, to tak, jakby naradzał się z sąsiadem starym a roztropnym i biegłym w prawie. Wojownicy gwarzyli parę dni bez nadmiernych ceremonii, a potem imię kniazia wypływało jakoś z rozlicznych, drobnych pogawędek. Suchywilk miał wrażenie, że Morski Koń wielce sobie cenił tę zwajecką bezceremonialność i prostotę. Co prawda nieodmie