Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 64 из 117

Kiedy dotarła do klasztoru, była noc, a przeorysza stała we wrotach – Święta Mateczka Z Doliny, jak ją nazywano. Mówiono, że po odejściu bogini jej moc utaiła się w kruchej opatce i z całego kraju przybywali pątnicy, by u klasztornej bramy prosić o wybawienie z choroby i nieszczęścia. Wielu z nich w istocie uzdrowiono, choć Zarzyczka nie wierzyła, by właśnie dla tej przyczyny Wężymord oszczędził mateczkę i jej opactwo.

– Czekaliśmy na ciebie, dziecko – uśmiechnęła się przeorysza.

– Skąd mogliście wiedzieć, że przyjadę? – zdziwiła się księżniczka.

– Nie mogliśmy – przeorysza znów się uśmiechnęła, w księżycowym świetle jej twarz była równie blada, jak lniane płótno welonu. – Czekamy na wszystkich. Choć niektórzy nigdy nie przyjeżdżają.

Koło się zamyka, pomyślała Zarzyczka. Klasztor, w którym Thornveiin spotkała kopie

Potem zaprowadzono ją do gości

– Czy to ten pokój? – spytała Zarzyczka, kiedy młodziutka, wyraźnie speszona mniszeczka wkładała jej stroje do skrzyni.

– Tak, pani – dziewczyna pochyliła niżej głowę. – Jest tylko jedna gości

Rankiem obudziło ją ostre, letnie światło. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest, nie rozpoznała izby. Drzwi nie miały skobla, zaś za oknem, na wewnętrznym, czworokątnym dziedzińcu, w koronach drzew, głośno krzyczały ptaki. Drzew było jedenaście, wszystkie obrośnięte gęsto bluszczem i, jak jej się zdawało, każde i

Cały ranek chodziła po klasztorze. Bramy były otwarte, a w dolinie, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się ogrody i sły

Tego dnia opactwo wydało się Zarzyczce na skroś nierzeczywiste: Krainy Wewnętrznego Morza nieuchro

Po modłach mniszki rozeszły się do swoich zajęć. Zarzyczka nie przypuszczała, że jej unikają, lecz miała wrażenie, że jest wiele rzeczy, o których nie chcą mówić bez przyzwolenia przeoryszy. Nie wypytywała więc nikogo. Zjadła w kuchniach skromne śniadanie i poszła do rosarium, o którym napomknęła szafarka. Na skraju ogrodu znalazła kamie

Domyślała się, do kogo należały te książki. Zresztą, nietrudno było zgadnąć: w Krainach Wewnętrznego Morza od dawna nie barwiono brzegów kart królewską purpurą i nie pisano złotym atramentem. Herb wytłoczony na grzbiecie woluminu był herbem żalnickich kniaziów.

– Siadywała na tej samej ławce – przeorysza podeszła bardzo cicho i oparła o rdzawy pień sosny. – Tak mówią. Przyjechała tu jeszcze jeden raz, przed samą śmiercią. Bardzo chora. Umarła w opactwie. Chciała być pochowana w krypcie naszego kościoła, ale książęta Spichrzy uparli się, żeby ją pogrzebać w tamtejszej cytadeli.

– W Żalnikach po najeździe Vadiioneda niszczono wszystko – księżniczka delikatnie zamknęła kruche karty. – Księgi, portrety, listy. Na koniec doszczętnie spalono jej pokoje w rdestnickiej cytadeli.

– Tak – zgodziła się przeorysza. – Dolina jest chyba ostatnim miejscem, gdzie cokolwiek zostało. Może zresztą już wtedy, przed śmiercią, domyślała się, że tak będzie. Zostawiła tu swoje księgi. Nie jesteśmy zakonem nauczającym, nie rozumiałyśmy, dlaczego. A później… później w Spichrzy przestano o niej mówić. Bali się gniewu Fei Flisyon, tyle rozumiem, lecz było coś jeszcze…

Zarzyczka przygryzła wargę, wspominając karnawał w spichrzańskiej cytadeli.

– Widziałam miniaturę – ciągnęła pani opactwa. – Thornveiin w żałobnym stroju. Szeptano potem, że po kryjomu wstąpiła do naszej wspólnoty, ale to nieprawda. Po prostu nosiła się bardzo skromnie, prawie po zako

– Miała po kim ją nosić – gorzko powiedziała Zarzyczka. – Ojciec zamordowany przez męża. Bracia wbijani na pale przy pogranicznych wzgórzach. Otruty mąż. Syn, który spustoszył Żalniki i doprowadził na koniec do upadku Kopie

– Nie mnie o tym sądzić – nieoczekiwanie ostro odezwała się przeorysza. – Nie mnie sądzić, czy ludzie przeklęci przez bogów mają jakikolwiek wybór.

– W Spichrzy ktoś mi powiedział – odparła szeptem księżniczka – że każde przeznaczenie pozostawia wybór. Że nie można go zniszczyć, ale można je ominąć.

Mateczka zmarszczyła brwi. Oczy miała ciemne i głęboko wpadnięte w czaszkę.

– To brzmi jak bluźnierstwo, moje dziecko – odparła spokojnie. – Lecz pamięć o Thornveiin zatarto z powodów, które niewiele mają wspólnego z przeznaczeniem. Więcej z ludzką pychą.

– We wszystkich pieśniach śpiewają, że była dumna ponad ludzką miarę – przytaknęła księżniczka. – Rzuciła wyzwanie Fei Flisyon, zaś bogini ukarała ją wedle własnej miary.

– Była lekarką – mateczka uśmiechnęła się smutno – wiedziałaś o tym? Rozmawiała z wiedźmami, ze żmijami, mechszycami i wszelakim nieczłowieczym drobiazgiem, nawet z wodnicami z Cieśnin Wieprzy. I nieśmiertelni nadali jej imię w języku bogów, tak że nie pamiętamy nawet, jak zwano ją w mowie Krain Wewnętrznego Morza. Nie było choroby, której nie potrafiłaby uleczyć, aż na koniec wieść dotarła do Zaraźnicy, lecz nie z winy Thornveiin. Thornveiin nie obraziła Fei Flisyon. Nie było żadnego wyzwania ani gniewnych słów rzuconych na wiatr. Nic prócz tego, że bogini, która zsyła na śmiertelników chorobę i boleść, nienawidzi medyków, zaś Thornveiin była spośród nich najbieglejsza. Więc sprowadzono na nią gorętwę, której nie potrafią uleczyć żadne napary. Thornveiin pokochała kopie

– Co próbujecie mi powiedzieć, matko? – Zarzyczka przygryzła drżące wargi.

– Powiadają teraz, że Thornveiin schroniła się w Spichrzy, ponieważ Vadiioned wymordował jej braci. Lecz jest również prawdą, że kiedy wjeżdżała na stok Jaskółczej Skały, była brzemie

– Poślubiła władcę Spichrzy… – cicho powiedziała księżniczka.

– Który uznał jej syna – dopowiedziała przeorysza. – Pan miasta był stary. Jego trzy małżonki zmarły, nie donosiwszy płodu i obawiał się, że zejdzie bezpotomnie. A dziecko Thornveiin, choć zrodzone z incestu, nosiło w sobie krew najpotężniejszych panów Krain Wewnętrznego Morza. W tamtych czasach Spichrza nie była ani potężna, ani równie piękna jak dzisiaj, więc przyjął ją wraz z dzieckiem i poślubił. Oszalały z rozpaczy Vadiioned stał pod murami miasta, ale go nie zdobył, zaś Thornveiin nie chciała nawet wyjść na blanki, kiedy ją przyzywał. I tam właśnie jej syn przeklął Kii Krindara Od Ognia I Miecza, który pozwolił, by stała się podobna niegodziwość. Znieważony bóg odszedł z Gór Żmijowych, zaś Vadiioned ogłosił się nieśmiertelnym i przybrał boskie imię. Później zaś zginął i spichrzańscy panowie sięgnęli po dziedzictwo Kopie

– Dlaczego? – spytała podejrzliwie. – Nie jestem medyczką, nie potrafię leczyć. Powi

– Nie sądzę – potrząsnęła głową mateczka. – Nigdy się nie zdarzyło, aby posłańcy z uniwersytetów czy zwyczajni lekarze zastukali w nasze wrota. Potrafię zrozumieć, że lękali się gniewu Fei Flisyon. Lecz po tym, jak bogini usnęła w grotach Traganki, nie sądzę, by klątwa miała cię dosięgnąć poprzez pisma Thornveiin.