Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 117

Balwierz, a właściwie balwierka, okazała się przykrą, swarliwą staruchą. Na widok kompanii wychyliła się z okna, na którym miała porozkładane narzędzia swego rzemiosła, i z miejsca poczęła im złorzeczyć.

– Mnie tam za jedno, kto jesteście – ucięła tłumaczenia karła. – Wy mnie ócz nie próbujcie mamić, bo dobrze wiem, za jakie kurewstwo was do łysego postrzygli. No co, ladaco, ślepia wytrzeszczasz? – rzuciła ku żalnickiej księżniczce, która istotnie przypatrywała się jej ze zdumieniem. – Myślisz, że jak sobie na łbie warkoczyków pozaplatasz, niby pani ze dwora, to człek złego nie rozpozna? Złażą się, psiakrwie, z całych Gór Żmijowych jako muchy do lepu. Niby się na służbę najmują, ale zamiast gary czyścić, całe dnie po ulicach łażą, kuprami kręcą. Poprzebierane, wyszminkowane, że obraza boska. To ja powiadam, bardzo dobrze, że postrzygli, szkoda tylko, że nosa za bałamuctwo nie obcięli i czoła żelazem nie napiętnowali. Żelazem grzech wypalać trza!

Co jeszcze o grzechu rzec chciała, nie usłyszeli, bo zeźlona Szarka pochwyciła za okie

– Ludzie jacyś niezbyt tu przyjaźni – zauważyła Zarzyczka.

– Spichrzańscy – pogardliwie wyjaśnił Twardokęsek. – Harde i nadęte ścierwa. Wy wiecie, księżniczko, jak oni nas podejmowali, kiedy szczuracy na kopie

Rozważania o środku świata przerwał zadyszany wyrostek, który wczepił się w połę Twardokęskowego płaszcza. Lewe oko miał podbite, podeszłe krwią, chałat wytarty i poplamiony. Szarka pły

– Poczekajcież! – zasapał. – Ja wedle włosów.

– Jak się twoja pani namyśliła, to trochę poniewczasie – zauważyła Szarka.

– E, gdzie by się namyśliła – chłopak wyszczerzył niemiłosiernie spróchniałe zęby. – Nos starej rozbiliście. Sroży się teraz okrutnie i straży krzyczy, a was przeklina takimi wyrazy, że podziw bierze. Ja tak… wedle własnego rozumu… Bo po co macie po i

– rozsznurował sakwę i wyciągnął z niej perukę.

– Ukradłeś? Własnej mistrzyni zwędziłeś?

– Jaka ona mistrzyni! – żachnął się wyrostek. – Małpie łacniej brzytwę dać niźli jej. Mistrzem był jej mąż, zmyślny człek okrutnie, i ogolić potrafił jak nikt i

– Umarł biedaczek? – współczująco spytała wiedźma.

– E, gdzie tam! – wyjaśnił fryzjerczyk z uciechą. – Łońskiego roku od starej uciekł z dziewką do posługi. Dlatego pani na niewiasty służebne strasznie zajadła. Poty do ratusza łaziła i rajcę prześladowała, póki nie uradzili, że się sługi za nierząd postrzygać będzie na Rynku Solnym, przy pręgierzu. Ale i tego jej mało, zarazie. Umyśliła, żeby im nosy obcinać ku przestrodze. Ot, jak oszaleje baba stara, to ze szczętem. Zakład podupadł, czeladników precz popędziła, ledwo ja się ostałem, a i mnie bija, jako chce, choć przecie już po wyzwoleniu. Patrzcie, co mi przed samym świętem uczyniła – pokazał na oko.

– To czemu precz nie pójdziesz? – rozsądnie spytał Szydło. – Po wyzwoleniu twoja wola, iść li zostać.

– Bo jak się starej cholerze zemrze – oznajmił chłopak – a niezawodnie ją rychło żółć zadusi, sam się na zakładzie ostanę. Choćbym miał za schedę krom zakładu wziąć tę cherlawą niedojdę, mistrzową córkę, nic to. Niech mnie biją, póki pora. Potem ja bijał będę.

– Słuszna rzecz zakrzątnąć się wedle swego losu – pokiwał głową karzeł. – I słuszna rzecz podobną przezorność wspierać. Pokażże peruki, chłopcze.

Peruki były rozmaite: zbiegły mistrz dobrze znał rzemiosło, bowiem prócz wymyślnych zapustnych koafiur porobił też bardzo zgrabne podróbki zwyczajnych niewieścich splotów. Wiedźma aż pisnęła z zachwytu nad wielością porozkładanego na murku włosia i poczęła je kolejno przymierzać, raz po raz dopominając się werdyktów żalnickiej księżniczki.

– Chodźmy stąd! – Twardokęsek z nagła pochwycił Szarkę za łokieć. – Czego nam tu szukać? Toż to wszystko nie nasze, nie dla nas ten karnawał nagotowany. Chodźmy, póki jeszcze czas, ani kto po nas płakać będzie. Ja wiem – brnął dalej, stara

– Mnie ani napary, ani korczywa nie pomogą – powoli odparła Szarka. – To nie jest… to nie jest tak, jak myślisz, Twardokęsek.

Wiedźma roześmiała się głośno, a niziołek z rozmachem klepnął czeladnika po plecach – widać dobijali targu.

– A w Górach Żmijowych… – ciągnęła Szarka. – W Górach Żmijowych byś mnie bez zwłóczenia katu wydał.

– Może bym wydał, a może i nie – odparł po namyśle Twardokęsek. – Ja żem was na Szczeżupinach dri deonemowi na rzeź posłał, a wyście mnie przez cały zbójecki gościniec jako łysą kobyłę przepędzili. Tedy my kwita, po sprawiedliwości. Ale kiedym wczoraj w Wiedźmią Wieżę popadł, to przecie nie ostawiliście mnie oprawcy. A ja swój honor mam, choćby i zbójecki. I mnie się tak zdaje, że my jedna kompania.

– Nie, Twardokęsek – przerwała dziewczyna. – Wróciłam, bo mi wiedźma potrzebna, nic i

– I wilki w stadach chadzają.

–  Ale jak je głód bardziej przyciśnie, to dożynają co słabszych towarzyszy i na ich ścierwie ucztują. Nie rób ze mnie tego, czym nie jestem, Twardokęsek. Bo choćby cię na głównym spichrzańskim placu ogniem palili, bez słowa obok bym przeszła, nie obejrzała się za siebie. W jednym jednak masz rację: żeśmy coraz głębiej w niewodzie, a nie wiedzieć, czyje ręce sieć dzierżą. I ja tak sobie myślę – uśmiechnęła się samymi kącikami ust – że należy się twego sposobu jąć, Twardokęsek. Trzeba sobie jamę i drogę do ucieczki nagotować. Ani spiskiem, ani skomleniem, tylko starym, zbójeckim fortelem…

Kiedy skończyła, oczy zbójcy zabłysły.