Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 117

Pozbawieni przywódcy buntownicy wciąż zapamiętale miotali się po placu, kiedy rozpadła się wieża Nur Nemruta. A także wtedy, gdy zza resztek świąty

Nieoczekiwanie klęskę odwrócił zwyczajny rzeźnik, który do owego wieczoru nie poświęcił ni jednej żywszej myśli knowaniom Rutewki, a po prawdzie niewiele dbał ani o Rutewkę, ani o księcia pana. Dbał natomiast o swoją jatkę, niewielki, niski budynek o świeżo pobielonych ścianach i żółtych okie

Nie zdejmując zakrwawionego fartucha, rzeźnik Dyrga skinął na dwóch rzemieślników, którzy pracowali w jatce, na swoich trzech czeladników i kilku struchlałych uczniów. Żaden nie ośmielił się sprzeciwić – Dyrga był może człekiem powściągliwym, ale też jednym uderzeniem topora rozpołowiał wołu. I tak wyszli na ulicę. Dobry tuzin potężnych mężczyzn z rzeźnickimi toporami. Kiedy stanęli w przejściu, ulica nagle zmalała, skurczyła się w sobie. Buntownicy zawahali się.

– Ławy brać! – huknął Dyrga. A głos miał donośny. – Ławy brać, gamonie, i przejście zagrodzić! Nie przejadą!

W wąskich uliczkach starego miasta pospiesznie poczęto stawiać barykady.

I tym sposobem poczciwy Dyrga, który ani się spodziewał podobnego zaszczytu, został obwołany obrońcą dzielnicy. Po prawdzie wyrywał się, kiedy buntownicy w triumfie poczęli go obnosić na ramionach, lecz poczytano ów sprzeciw za skromność dzielnego człowieka. Zaś kiedy jatka była już bezpieczna, Dyrga stracił cały rezon i wymowność. Nie podobały mu się wstęgi, którymi przystrojono jego przyodziewek. Jeszcze mniej podobał mu się znak szubienicy na nich umieszczony. Chciał jedynie wrócić do rzeźni. Skończyć oprawiać barany. I w spokojności pójść do domu, umknąwszy czujnemu oku teściowej, która niezawodnie czyhała nań w sieni.

Starowina była przekonana, że jej córka haniebnie zmarnowała sobie życie. Mogłaś poślubić szlachetnego pana, wspominała z rozrzewnieniem, nie pamiętając – bądź nie chcąc pamiętać – że ów szlachetny pan był w istocie podstarzałym, sprośnym chudopachołkiem, który wynajmował się do ochrony kupieckich konwojów. Nie zająknęła się również ani słowem, że szlachetka bardziej wypytywał się o posag ślicznej piekarzówny, niźli o nią samą. Nie, dla niej córka zmarnowała sobie życie. Dlatego nie przepuszczała żadnej okazji, by wypomnieć Dyrdze bijący odeń smród rzeźni i zaschniętą krew za paznokciami. Ten zaś widział jedynie wilgotny, przestraszony wzrok żony i nie miał serca wypędzić baby na zbity pysk. Zaś dzisiejszego wieczoru był zbyt zmęczony na kłótnie.

Ale w żaden sposób nie potrafił tego wytłumaczyć buntownikom. A później ktoś podał mu roztruchan mocnej, spichrzańskiej okowity. Naczynie było wysadzane turkusami i niezawodnie zrabowano je w zasobnym, mieszczańskim domostwie, ale Dyrga nie wyznawał się na klejnotach. Nadto, choć był chłopem potężnym i silnym, nie przywykł do mocnych trunków. Teściowa trzymała domostwo twardą ręką i rzeźnik Dyrga nie przesiadywał nocami w szynkach, świadom, że po podobnej eskapadzie w najlepszym razie przeczeka do świtu pod własnymi drzwiami. Zresztą, nie ciągnęło go do karczemnej kompanii. Wolał własną komorę.

Nic tedy dziwnego, że nawet nie spostrzegł, jak gorzałka zamroczyła go z lekka. Wystarczająco, by nasz rzeźnik Dyrga odkrył w sobie niespodziewane zasoby gadulstwa oraz niechęci do Servenedyjek, poborców podatkowych, a także księżnej Egre

W i

Sine Paluchy rzuciły się na przybyszów, lecz czekała ich niespodzianka, bo górale byli ludem twardym i nieufnym. Rychło spod opończy wyłoniły się długie kopie

W kilku miejscach wybuchły pożary. Przed świtem jeden z nich doszczętnie strawił kamienicę kupca Kurzopłocha. Sam Kurzopłoch zginął w piwniczce, usiłując ratować beczułki najce

Dziwna rzecz zdarzyła się w zakolu Psiego Ruczaju. Mieściła się tam garbarnia Starego Chodurka. Chodurek był człekiem osobliwym. Nosił się w strojach z grubego, nie bielonego sukna, niczym zwyczajny włościanin, i był tak skąpy, że zalewajka z czerstwym chlebem była w jego domu prawdziwą ucztą dla służby. Gadano też, że pokątnie zatrudnia w garbarni zbiegłych niewolnych chłopów, ale mimo licznych prób książęcy pachołkowie nie zdołali go na owym procederze przyłapać. Nie znaleźli też wejścia do sławetnych Chodurkowych lochów, gdzie się ci zbiegli chłopi jakoby gnieździli i gdzie garbarz miał zwyczaj przechowywać przemycane z Książęcych Wiergów skóry, którą to działalność rajcowie z całą surowością tępili.

Przy całym swym skąpstwie i nieużytości, Chodurek był głęboko pobożny. W każde święto pojawiał się w świątyni w przetartej ze starości, lecz czystej opończy, z siwą brodą schludnie zaplecioną w trzy warkocze. Nieodmie

Dlatego czynił wiele, aby uchronić swych ludzi przed grzesznymi pokusami: w czas Żarów zamykał ich w garbarni, za najeżoną kołami palisadą i donośnie modlił się do Śniącego o litość nad rozpasanym miastem.

Kiedy runęła wieża Nur Nemruta, nie potrafił pohamować zadowolenia. Oto spełniały się przepowiednie, a potępieni zaczynali płacić za swoje czyny. Nadchodził dzień sądu. Dzień miecza. Przy palisadzie stały dwa tuziny jego najbardziej zaufanych najemników. Kiedy Chodurek jął bredzić o oczyszczeniu i karze, ich dowódca wzruszył jedynie ramionami. Pochodził ze Skalmierza, czcił Sen Silvara Od Wichrów i zupełnie nie dbał o religijne uniesienia spichrzańskich mieszczan. Natomiast rozkazy wypełniał co do joty, ostatecznie, takie miał rzemiosło. Rozstawił ludzi po bokach placu i począł metodycznie wybijać z łuków służbę garbarza.

Sam Chodurek upewnił się jeszcze, że nikt nie przeszkodzi jego zbawczej misji. A potem powędrował do swojej komnaty i stara

Ludzie mawiali potem, że pokutujący duch garbarza włóczy się wokół Psiego Ruczaju z zakrwawioną brzytwą w ręce.

Pan Krzeszcz jednakże pozostawał doskonale nieświadom owych wydarzeń. Gdyby się baczniej rozejrzał, może by i dostrzegł łuny pożarów, lecz zanadto zajmowała go strata zagrabionego wieśniakowi tobołka. Wraz ze srebrnikami przepadł dwustro

Ów szlachetny poryw miał go ocalić. Bowiem zza murów wypadli książęcy pachołkowie i nim się ktokolwiek obejrzał, pierwsze szeregi buntowników zostały wybite do nogi. Pan Krzeszcz tymczasem dopędził łapserdaka, który rzekomo dzierżył skradziony tobołek. Przyparł go w załomie muru, wcisnął niemal pod przyporę i akuratnie przebił nożownickiem kordem. W tobołku co prawda nie znalazł zagrabionego dobytku, ale było tam kilka naczyń ze szczerego srebra, zgrabna, zdobiona turkusami kolia i ze dwie garści srebrników, co pan Krzeszcz uznał za sprawiedliwe zadośćuczynienie za swoją krzywdę.

Kiedy skończył szacować zdobycz i wynurzył się zza przypory, książęcy pachołkowie kończyli właśnie oczyszczać pole. Pan Krzeszcz pospiesznie czmychnął w ścielące się nisko przy murze krzaki. Liczył, że uda mu się całą rzecz przeczekać.

I tak się też stało. Szczęśliwy obrót wypadków jeszcze bardziej upewnił pana Krzeszcza o szczególnej opiece boskiej nad jego szlachetną osobą. Otrząsnął się z igliwia, przygładził włosy i ruszył w głąb książęcych ogrodów. Spodziewał się rychło jeszcze pomyślniejszej odmiany losów: skoro trafił na koniec do cytadeli spichrzańskiego władcy, zamyślał bez zwłoki ofiarować mu swoje służby. Kto jak kto, ale książę Evorinth niezawodnie pozna się na panu Krzeszczu, myślał sobie. A może być uda się jeszcze dojść przy dworze do jakiejś godności i pomścić na księciu Piorunku. Trza tylko nie upadać na duchu i ufać w bożą łaskę.