Страница 20 из 117
– Wasza głupota, żeście się dali jako bydlęta na rzeź prowadzić. – Starszawy mężczyzna w kapeluszu pątnika splunął na przebiegającego ulicą sparszywiałego kota. – U nas w Górach Żmijowych takowe rzeczy nie bywają. Książę Piorunek twardy jest, to prawda, ale mieszczany a świątynie krótką ręką trzyma. Nie jak tutaj. Ot, powiadam wam, że po mojemu to jest zwyczajny zamtuz, nie książęce władztwo!
– O to się z wami nikt spierać nie zamyśla – przyznał radośnie farbiarz. – Od śmierci starego księcia jedno tu bezhołowie a nierząd. Kapłani księżnę Egre
– Nie gadajcie! – prychnęła tłusta niewiasta w falbaniastym czepku, którą chwilę wcześniej książęcy pachołkowie z wielką rewerencją wyprowadzili z bramy. – Młody jeszcze, a młodzi zawsze za babami ganiają. Pan jest prawy, kraśny, dla zbójów surowy. I dobrze że kapłanów słucha, boć oni wiele wiedzą i więcej jeszcze ze snów Nur Nemruta odczytują.
– Wy baby – skrzywił się farbiarz – wszystkie na jednaką modłę gadacie. Kraśny jest pan, urodny, tedy trza go cierpieć. A co on? Mercha uliczna, żeby gładką gębą ludzi wabić? Słaby jest włodarz, chwiejny i tchórzliwy, matczynej spódnicy się trzyma. Toż onegdaj dwa miasteczka pode Spichrza szczuracy wymordowali, a co nasz jaśnie pan Evorinth gotuje? Ano, karnawał i w ogrodach wielkie tańcowanie. I jak wam się to, ojciec, podoba? – z przekąsem spytał pana Krzeszcza.
– Nie podoba się – odrzekł niepewnie pan Krzeszcz, którego co prawda nadal nie obchodziły zmartwienia miejscowych farbiarzy, ale chytrze dostrzegł, że wokół rozjątrzonego wyrostka zbiera się coraz więcej słuchaczy o znacząco zabarwionych kciukach.
– Znać, żeście człek roztropny, ojciec. – Chłopak familiarnie poklepał go po ramieniu. – A nam w dzisiejszej dobie roztropni ludzie bardzo potrzebni. Szczególniej po tym, jak nas nowa wieść o jaśnie pana przeniewierstwie doszła.
– Breszecie – tłustawa niewiasta wzruszyła ramionami. – Łeb gorzałką zmąciliście. Łatwo póki co mleć ozorem na gościńcu, ale jak w książęcej ciemnicy do przytomności przyjdziecie, za późno będzie na płacze i skargi.
– A wy na mieleniu ozorem na gościńcu niezawodnie się wyznajecie, matko – szyderczo odpowiedział wyrostek – bo was tu przecie nic i
Kilku co młodszych słuchaczy przytaknęło mu skwapliwie. Pan Krzeszcz pomyślał jednak, że coś za bardzo ten farbiarz w retoryce szkolony.
I tu nie omylił się pan Krzeszcz ni odrobinę. Jaza, bowiem tak zwał się nasz farbiarz, najmłodszy syn zubożałego szlachcica z Gór Żmijowych, został wysłany „do szkół", nim jeszcze minął mu pierwszy tuzin lat. Rychło okazało się, że rachunki jego ojca pana na dochowanie się w rodzie kapłana Nur Nemruta albo co najmniej książęcego sekretarza były bezwarunkowo chybione. Zamiast dyskutować o niepoznawalnym bądź mozolnie wczytywać się w stare kroniki, Jaza przesiadywał w karczmach albo u dziwek na Krzywej. Oczywista, pan ojciec ani się spodziewał podobnych zdrożności, bo synalek bardzo skrupulatnie opisywał swe uniwersyteckie zasługi, a do rodzi
Nie pamiętał już, kto go wciągnął do Rutewkowego spisku. Szkolarze od dawna bratali się ze spiskowcami, po części z niechęci do kapłanów, po części zaś dla zwykłej, małpiej zabawy. Takoż i Jazie podobało się owo spiskowanie nie tyle ze względu na nieszczęścia farbiarzy, podatki i książęcą rozpustę, albowiem były mu one głęboko obojętnymi. Natomiast układanie sprośnych kupletów o panu Spichrzy szło mu nader sprawnie, zaś bijatyki z pachołkami miejskimi wydawały się miłą odmianą po nudzie wykładów o istocie bogów i filozofii światła. Zresztą z tej ostatniej pojmował nader niewiele.
Knowania Rutewki objawiły się więc Jazie jako przednia zabawa – ot, zasadzić się nocką na świeżo uszlachconego mieszczanina i wysmagać go do żywego albo przypinać do kolebki pani Jasenki szpetne paszkwilusy. Narady w piwnicy wielmożnego Krzywopłocha też go ogromnie zachęciły do Rutewkowego sprzysiężenia. Co prawda trzeba było godzinami siedzieć w zawilgłych, śmierdzących murach i wysłuchiwać głupawych narzekań czeladników nożownickich, farbiarzy i wszelakiego durnego tałałajstwa. Jednak wina Krzywopłocha były przednie, zaś wciągnięte do spisku posługaczki bardziej niż ochocze i wielce oddane sprawie.
Wszystko szło bardzo składnie, aż pewnego chłodnego, przedwiose
Wtedy właśnie Jaza wpadł na pomysł, żeby przyczaić się w zaułku koło ulicy Bednarskiej i poczekać na stosowną zdobycz. Łup napatoczył się szybko, a jakże. Duża, czarna lektyka z herbem wytłoczonym na drzwiach. Jaza przymrużył oczy, spoglądając na labry, które opadały po obu stronach tarczy herbowej pozłocistą, spienioną falbaną – świeżo uszlachceni mieszczanie lubowali się w sutych ozdobach. Nie zwłócząc, zdzielił pierwszego tragarza w łeb, zaś kamraci dokończyli dzieła. W lektyce kwiczała niewiasta o twarzy szczelnie pokrytej kosztownym bielidłem, ale tak dalece posunięta w latach, że Jaza obdarł ją tylko rezolutnie z kosztowności i puścił luzem. Co okazało się błędem, bowiem niewiasta, aczkolwiek zestrachana okrutnie, pomknęła prosto do książęcych drabów, którzy dopadli całą kompanię podczas odrywania z lektyki gałek z kutego srebra.
Na nieszczęście pachołkowie byli dobrze podpici i ani trochę nie zamyślali słuchać tłumaczeń Jazy o wolności szkolarzy i władzy rektorskiej. Co więcej, żakowskie pokrzykiwania jeszcze bardziej ich rozjuszyły. Toteż, kiedy na koniec zrzucili go do ciemnicy pod książęcą wieżą, Jaza nie był już w stanie pokrzykiwać czegokolwiek. Dalej wszystko odbyło się bardzo szybko. Wyrok obwieszczono jeszcze tego samego wieczoru, zaś przed następnym południem małodobry odciął nieszczęsnym żakom po uchu.
Rektor bynajmniej się za nimi nie ujmował. Gdyby jeszcze chodziło o sąd miejski, dowiedział się potem Jaza, sprawa byłaby zgoła odmie
Dlatego okrutnie się ucieszył, gdy Rutewka zaprzestał nareszcie próżnego wygrażania rajcom i zabrał się za znacznie bardziej frapujące wzniecanie buntu. A dla urozmaicenia i lepszej zabawy Jaza postanowił, że nie tylko będzie wedle przykazania Rutewki roznosił wieści o wieczornym napadzie na książęce ogrody, ale jeszcze własnym sumptem dokaptuje buntowników. Straszenie pospólstwa gniewem Zird Zekruna i podbechtywanie go przeciwko księżnej Egre
Jednak nade wszystko radowała go łatwość, z jaką szerzył się zamęt.
– A jak go przysposabiała? – Jaza z zapałem rozwiódł się nad niegodziwością księżnej Egre
– Pani Jasenka pono zeszłej nocy zdechła – bąknął ktoś nieśmiało z tłumu.