Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 109 из 117

– Zostaw, Twardokęsek – wiedźma wynurzyła się jak widmo spod ramienia księcia, lecz ten uciszył ją lekkim skinieniem dłoni.

– Skąd u ciebie podobna troska, zbójco? – spytał stłumionym, złym głosem. – Pomnisz jeszcze, kto ją pierwszy na śmierć posłał i jakim sposobem włożono jej tę obręcz na głowę?

Zbójca cofnął się, jakby raptownie ugodzony nożem.

– Nosiła strój norhemnów – odparł z wysiłkiem. – Ja…

– Skąd możesz wiedzieć, zbójco, kim są moi norhemni? – spytał książę, obracając się na pięcie.

Wiedźma została na ścieżce, z rękoma martwo opuszczonymi wzdłuż boków. Jej oczy połyskiwały w ciemności jak grzbiety ryb na powierzchni Wewnętrznego Morza w księżycową noc, i były w nich pytania, całe ławice pytań, na które zbójca nie potrafił odpowiedzieć.

– Chodźmy – powiedziała wreszcie.

Siedziała w tym samym miejscu co wczoraj, na korzeniu wielkiej sosny, więc odszukali ją bez trudu. Kiedy wiedźma przysiadła obok, Szarka drgnęła lekko, jakby zamierzała oprzeć się o drobną błękitnooką niewiastkę, lecz jedynie ciaśniej objęła ramionami kolana. Jej włosy wciąż pachniały spalenizną i zbójcę znów ogarnęła złość.

– Dlaczego to robicie? – zaczął napastliwie. – Dlaczego jednej nocy mówicie, że nie pociągniecie na Pomort z powodu żalnickiego wypędka, by następnego dnia chcieć zarżnąć Jastrzębca pośrodku gromady buntowników? Dlaczego w Spichrzy kazaliście mi podpalić najpiękniejsze miasto Krain Wewnętrznego Morza wedle naszego zratowania, a potem bez namysłu rzucacie się w ogień dla pomorckiego bachora?

– Kto wie, Twardokęsek? – zaśmiała się lekko. – Kto odgadnie zagadki pogrzebane na dnie naszych serc? Kto wie cokolwiek? Kto wie, dlaczego wciąż za mną idziesz?

Zbójca poczuł, jak krew nabiega mu na twarz. On wiedział – i skoczył w ogień, kiedy zdawało mu się, że słyszy jej głos. Głupi, głupi, powtarzał w myślach, lecz na nic się to nie zdało. Pieśń sorelek i głos żmijowej harfy, pomyślał ze złością. Przedksiężycowa magia, co omamiła go na dobre i przywiązała do rudowłosej dziewczyny.

– Robiłam to tak wiele razy – podjęła niemal bezgłośnie. – Robiliśmy to pospołu z Eweinrenem, zupełnie jak dzisiaj. Nie sądzę, żeby Jastrzębiec naprawdę chciał śmierci bratanka, zbójco, nie sądzę. Ale ludzie widzieli zawiść i złość, dumę urażonego paniątka i podejrzliwość. A ja dostrzegłam jeszcze, że owoc dojrzał należycie, więc wyciągnęłam rękę i poprowadziłam go w gospodzie ku jego własnej śmierci jak na sznurku, zbójco, jak mnie nauczono. Ponieważ robiłam podobnie bardzo wiele razy – z Eweinrenem. Czy spostrzegłeś, jak zgrabnie Koźlarz podchwycił tę samą nutę? – zaśmiała się dźwięcznie. – Dostrzegł okazję i uderzył, zupełnie jak ja. To proste, zbójco, bardzo proste. Każde ostrze jest dobre, by zabić, nawet śmierć towarzysza. Tylko że wiele ostrzy tnie równie ostro z obu stron.

Nie przerywał jej. W milczeniu wydobył zza pazuchy flaszkę spichrzańskiej okowity, pociągnął potężnie i podał jej naczynie.

– A dziecko? – spytała wiedźma.

– A dziecko? – powtórzyła Szarka. – O czym pomyślałeś, zbójco, kiedy dostrzegłeś dziecko wśród płomieni?

Twardokęsek wzruszył ramionami, czując, jak napitek spływa w dół gardzieli palącą strugą. Nie pomyślał o niczym szczególnym. Zeźliła go głupota karczmarki i strach mu było leźć w ogień. Nic wielkiego, usprawiedliwił się w myślach, nic, czego nie poczułby każdy z Jastrzębcowych rebeliantów.

– Ja pomyślałam, że nie może mnie to zatrzymać – zaśmiała się głucho. – Pomyślałam, że przeszłam ścieżką pośród spadających gwiazd i ogień nie może mnie dosięgnąć. Ani śmierć.

– Dziecko umarło – zauważył posępnie.

– A jakie to ma znaczenie? – ze znużeniem potarła czoło. – W obliczu ognia śmiertelnicy nie dbają o racje, przekleństwa, zdychających bogów i przeznaczenie. Więc jeśli zadowoli cię podobna odpowiedź, zbójco, chciałam przez chwilę zapomnieć o Sharkah, zakrzywionym sierpie bogini. Ale, oczywiście, nie jest to cała prawda, nawet nie najważniejsza jej część. Ponieważ poza wszystkim miałam ochotę znów rzucić kośćmi o własny los. Czasami myślę – dodała – że to jedno może nas na koniec ocalić. Gdyż bogowie, żadne z nich, nie potrafi pojąć łatwości, z jaką rzucamy kośćmi o własną zagładę. Nie potrafią zdobyć się na podobny hazard, zbójco. Więc może na koniec któreś z nas uczyni coś na tyle szalonego i nieprzewidywalnego, że wszelkie rachuby przedksiężycowych obrócą się przeciwko nim. Szaleństwo jest naszym sprzymierzeńcem – i ślepy traf, który rządzi kośćmi, karzeł objaśni cię w tym bardzo dobrze. I nie wygrana jest ważna, tylko sam rzut. Szaleństwo.

– Jak wówczas, kiedy wygrałaś od Delajati własne życie? – spytała wiedźma.

– Tak właśnie – skinęła głową Szarka. – I dlatego chciałabym odpłynąć na Wyspy Zwajeckie, nim nastaną jesie

Niebo za ich plecami pojaśniało słabo, lecz nie był to blady bagie