Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 24

Wojsko zobaczyło jednak też coś i

– Bakajaro! – krzyczał żółty wartownik. – Wróg! Wróg się zbliża!

Czarni od popiołu Nihońcy wyskakiwali ze swych legowisk. Ci, którzy byli bliżej, już stali w szyku wojskowym, machając szablami. Teoretycznie nie mieli czasu, aby przygotować się na obronę. Ale zakute w szare kolczugi wojsko pułkownika Caraffaru nie ruszało na nich.

– Rzeczywiście, nic tu nie ma – stwierdził Caraffaru.

– Rzeczywiście – przytaknęli oficerowie.

– Wracamy – powiedział Caraffaru.

– Wracamy – powiedzieli oficerowie.

Wojsko odwróciło się plecami do morza i zaczęło z powrotem podążać w stronę lasu. Ale zanim weszli w jego cień, padły pierwsze trupy. Nic dopadło ich od tyłu.

Jak to zrobić? Jak to zrobić?! – myślał gorączkowo Caraffaru.

– Żołnierze! – krzyknął nagle. – Wracamy nad morze! Ta łąka… była źle skoszona! Musimy wrócić i przejść ją całą, machając szablami! Wojsko pomaga chłopom w pracach polo…

Było już za późno. Nic dopadło go jak strzała wystrzelona z łuku. Nic dopadło go jako strzała wystrzelona z łuku.

– Mamo! – zawołał Hengist i obudził się. To, co zobaczył, to były bardzo zgrabne, nagie, dziewczęce pośladki. Bardzo zgrabne i bardzo dziewczęce. Nie mogły mieć więcej niż dwanaście, trzynaście lat.

Dziewczynka klęczała pod ścianą, unosząc sukienkę do góry i ukazując światu swoją pupę. Nad nią stał ojciec z rzemie

– Aaaa! – krzyknęła dziewczynka. Straszny krzyk, który zakończył się szlochem.

– Tylko nie łap się za pupę! – krzyknął ojciec. Był spocony i straszny. Na jego śniadych policzkach pojawiły się wiśniowe rumieńce. – Nie łap się za pupę, musisz nauczyć się wytrzymywać! Jak będziesz łapała za pupę, wychłoszczę cię także po rękach.

– Ale tato… To tak strasznie boooooli!

– Tylko nie płacz! Tylko mi tu nie płacz! Zmiłuj się nade mną! – krzyknął ojciec i wymierzył córce drugie, silne uderzenie.

„Tak, synku, tak. Widzisz, jak wśród ludzi wygląda ojcostwo. I macierzyństwo”.

– Zostaw ją – Hengist zerwał się z zasłanego skórami łoża.

– Panie wijun – powiedział Zio. – Panie wijun, chowaj się pan pod łóżko i ani be, ani me, ani mru-mru. A ty co robisz z rękami? – krzyknął na dziewczynkę, która pośpiesznie masowała sobie pośladki. Dyscyplina opadła na dłonie, co skończyło się kolejnym krzykiem. – Pamiętaj, za każde dotknięcie ręką pupy dostaniesz dwa dodatkowe razy.

Córka wyraźnie drżała, dygotała, ale z krótkim szlochem i smarknięciem powróciła do poprzedniej postawy, ukazując ojcu i Hengistowi swoją czerwoną pupę z pręgami.

– Lecą ptaki nad lasem, spłoszone, na pewno kapłani jadą tu na inspekcję tyłka. Masz! – krzyknął Zio, wymierzając kolejne uderzenie. – A wy, panie wijun, pod wyrko. Nikt nie ma prawa was tu widzieć.

Hengist zrozumiał i stoczył się z łóżka na ziemię, a następnie wpełzł pod mebel, przykryty sięgającymi aż do ziemi skórami. Pod łożem i pod skórami było ciemno i duszno, ale za to słabiej rozlegały się odgłosy kary.

Wreszcie Zio uznał, że tyłek córki wygląda przepisowo. Wtedy odrzucił dyscyplinę i powoli wyszedł z chaty.

Nad lasem latały już nie tylko ptaki, ale i nietoperze, a to znaczyło, że ko

Wreszcie nadjechali. I nie byli to kapłani.

Porca troggia, przeklął w myśli Zio. Zmasakrowałem ją bez potrzeby. No, ale przynajmniej będziemy mieli spokój przez kilka dni, póki pręgi i ranki się nie zagoją.

Nie-kapłani okazali się żołnierzami o chrzęszczących kolczugach z szarej stali. Zio, ze swoim zmysłem praktycznym, zaczął od razu przeliczać, ile by można było uzyskać z nich gwoździ. Jasnowłosa i bezwąsa głowa ich młodego wodza, sierżanta chyba, pojawiła się nad ostrokołem.

– Otwierajże wrota, ty mendo z Południa! Zajrzymy, gdzie stryszek, zajrzymy, gdzie studnia! Każdy kąt przepatrzymy, zdrajcę wytropimy!

– Tu nie ma nijakich zdrajców, panie oficerze.

– To się okaże dopiero! Przejrzymy ci domek, cholero… – zaczął znowu rymować sierżant, kiedy urwał i zapytał mniej oficjalnym tonem: – A to co?

Zio obejrzał się, idąc za wzrokiem jasnowłosego sierżanta. Na progu chaty machał łapami Ujjuja, podczas gdy Ejjuja wykonywał całą serię sapnięć i chrapnięć, zwykle poprzedzających jego popisowy numery, czyli uniesienie się na tylnych nogach.

– Cóż to za bestyje?

– Rosomaki.

– Tak żech i myślał. Jedźmy stąd, chłopy!

– Ależ panie sierżancie, niech pan wejdzie, niech pan zrewiduje… Nie mamy nic do ukrycia…

– Nie trzeba!

– Ale ja zapraszam…

– Nie trzeba! Co inszego, gdyby my byli z kapłanem… Kapłan i na rosomaka zna egzorcyzm… Z kapłanem byłaby całkiem insza rzecz. A tak, to mus nam jechać, jechać, jechać precz. Ale… – Tu sierżant zawahał się i powrócił do tonu oficjalnego. – Ale byś gdzie zdrajcę zoczył, masz do miasta szybko kroczyć. O tym wrednym szpionie trzeba zaraz donieść.

– A jak on wygląda?

– On z tych pięknych, z tych uszatych, co są wredne jako katy! Przyjechał do miasta wysłaniec i posłał na polowanie! Mówi: „Gdzie las jest i bagno, i diuna, szukajcie chłopaki wiju… zdrajcy. On jest piękny, on jest zdrajca, urżniem uszy, urżniem jajca”. Pamiętaj – i tu już sierżant zrobił się bardzo oficjalny. – Pamiętaj, południowa przywłoko, gdy padnie na niego twe oko, masz w dyrdy być na komendzie, by zdać nam sprawę o mendzie.

– Nie omieszkam – zawołał jeszcze Zio za odjeżdżającymi wojakami i już miał wejść do chaty, gdy usłyszał ze środka jakieś głosy. Przyczaił się za drzwiami.

– Nieprawda! On jest dobry i mnie kocha!

– To jest bardzo zły człowiek.

– Niepra… aj… Nieprawda! On tak musi! Bo tak chcą kapłani, tutejsi kapłani!

– To jest bardzo zły człowiek!

– Co ty wiesz, jaki to jest człowiek?! Co… oj… Co ty wiesz o ludziach? Sam nie jesteś człowiek.

– Co? Skąd ty to wiesz?

– Tata mi powiedział.

– To wy wiecie?

– Wszyscy wiedzą – rzekł Zio, wchodząc do domu. – Wszyscy wiedzą, tylko się boją mówić, bo zakazano. Wszyscy wiedzą, że jesteście wijuny.

– Wi… Wi co?

– Wijuny. Fullecci. Kami. Chochliki. Elfy. Czy jak was tam jeszcze zwą.

– I wiecie, co chcę zrobić?

– A co możesz chcieć? Pewnie uciekasz, jak wszystkie wijuny, żeby ocalić uszy. I powiem ci, że dobrze wam tak. Krasnoludów trochę żal, bo jak one były, to żelastwa nigdy nie zabrakło. Ale wyście nas zawsze chcieli wykończyć.

– Szczerze ze mną rozmawiasz.

– Bo co mi możesz zrobić? Jesteś wywołaniec i banita. Nie pójdziesz na mnie donieść, bo sam pierwszy dasz swoje spiczaste uszka razem z głową.

– Uszka już są ścięte. Głowa jeszcze nie i może gadać. Nie boisz się, że jak mnie złapią, to im powiem, co mi powiedziałeś?

– Powiesz im przede wszystkim, że cię przechowałem. Choćbyś nie chciał, na torturach powiesz. Albo i bez tortur, ze zwykłej wijuńskiej złośliwości. A to już wystarczy, żebym powędrował do Rombu, ja i moja córa.

– Którą bardzo kochasz. I robisz jej to wszystko z miłości.

– Zamknij się.

Hengist przez cały czas rozmowy leżał pod łóżkiem, na zewnątrz wystawała tylko jego głowa. Zio popatrzył przez chwilę na tę głowę, a potem się odwrócił do swojej kasztanowłosej, szczupłej, zgrabnej córki.

– Już dobrze, kochanie. Już dobrze. Możesz schować pupkę.

– Nazwisko?

– Vortici.

– Prawdziwe!

– Frangipancia, ale rodzina już przed wiekami zmieniła…

– Haaaa!!! Wspaniałą Cesarską Sprawiedliwość interesuje wyłącznie prawda, prawda, prawda, z jakiegokolwiek wieku by była! Proszę dopisać oskarżonemu jedną godzinę poprzesłuchaniowych tortur.

– Nie! Słuchajcie…

– Dwie godziny.

– Dziękuję.

– O, chłopczyk się uczy. I chce nas przechytrzać. Trzy godziny za obłudę. Trzy godziny tortur, to-o-o-o-rtur, to-ho-ho-ho-ho-rtur!!! Imię.

– Zio.

– Pełne brzmienie!

– Ziofilattu.

– Naucz się, gównoszczurku, że Wspaniałą Cesarską Sprawiedliwość interesuje wyłącznie pełna, pełna, pełna prawda! Cztery godziny po przesłuchaniu. I zaraz, o co ja jeszcze miałem zapytać… Aha, kim jest ta młoda osoba, którą znaleźliśmy u ciebie w domu?

– Nie! Ona nic… Ona jest zupełnie niewi

– Po trzech nocach spędzonych we Wspaniałym Cesarskim Więzieniu IV kategorii na pewno nie jest niewi

– To moja córka. Ma dwanaście…

– Kłamiecie, Vortici. Sześć godzin.

– Nie!

– Co „nie!”?

– To naprawdę moja córka!

– A już myślałem, że wyobraziliście sobie plastycznie sześć, a może siedem godzin spędzonych w pracowni naszego poczciwego kaciska. Nieważne. Kłamiecie, Vortici. Kiedy zamiast zabić was w co najmniej kilkumiesięcznych męczarniach, w drodze nadzwyczajnej łaski przywieźli was na Północ, mieliście lat kilkanaście. Teraz wy sy stary dziad, jak mawia okoliczna ludność. Twoja suka rzeczywiście była szcze