Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 52 из 146

– Nie wiadomo dokładnie?

– Niektórzy mówią, że stamtąd nie da się wrócić. My wracamy z patroli, więc to jeszcze nie jest naprawdę ich strona…

Znajdowali się już głęboko po stronie płaskowyżu. Stąd przełęcz nie była już widoczna. Całe zbocze usiane było kryjówkami-fortyfikacjami.

Oalbertus, chudy jak wiór legionista, wypatrzył nadchodzącą grupę. Oddział zaległ za płytowatymi wantami. Rozdzielili się między trzy koleby.

Od lewej, czyli od północy, jak twierdził Quirinu, zbliżała się kolumna pieszych. Niektórzy wyróżniali się wzrostem i posturą, stawiali kroki w i

– Żeby nas młode nie wyniuchały. – Quirinu zerknął na kłąb cierni zasłaniający dziurę w stropie koleby.

– Tędy?

– Małe Czarne fruwają, mogą nas wypatrzyć z góry. Na dodatek rzucają kamienie.

– Ale tamte nie fruną…

– Gdy dorastają, tracą skrzydła i chodzą po ziemi. Małego lepiej nie trafić, stare wtedy dostają szału.

Po paru minutach Adams wtulił się w ziemię, najmocniej jak potrafił: niemal przed jego nosem defilowała czereda Czarnych. Rogate stwory, zajęte rozmową i swarami, nie zwracały większej uwagi na otoczenie. Nie były uzbrojone, nie dźwigały zapasów. Ot, jakiś przemarsz, przegrupowanie, bo trudno przypuszczać, że spacer dla przyjemności. Legioniści wpatrywali się w nie jak urzeczeni. Czarne nie mogły wywęszyć patrolu, bo ludzie szli pod wiatr. Za to fetor bijący od Czarnych był nie do zniesienia. Mocny, drażniący, nie do pomylenia z jakimkolwiek i

Idące stwory demonstrowały cały zasób dziwaczności i pokractwa. Jedne miały dodatkowe łby na piersi, i

Wokół nich młode śmigały jak rogate jaskółki. Stara

Nagle jeden z młodych przemknął zbyt blisko dorosłego. Ten błyskawicznie machnął muskularnym ramieniem, strącając niefortu

Zdumiewało nie tyle okrucieństwo, do jakiego Adams zdołał przywyknąć, ale zupełna obojętność starego, który niedojrzałe stworzenie swojego gatunku potraktował jak pokarm. To nawet nie wyglądało jak kanibalizm: wyłuskał mózg małego, jak smacznego małża ze skorupy. Ot, posiłek w marszu.

– Mówiłeś, panie, że bronią swych małych jak szalone – powiedział Adams, kiedy urwała się kolumna przeciwników.

– Tak jest. Lepiej nie trafić szczeniaka.

– A ten tutaj?

– To i

Żołnierze wycofali się, zanim nowa grupa Czarnych wyłoniła się z oddali. Nawet niedługi bieg pod górę, w rynsztunku, potrafi zarżnąć każde serce. Ciężko sapali, rozpłaszczeni w nowej kryjówce.

W samą porę, gdyż spoza skał nadeszła następna gromada. Czarne mają dobry wzrok, słuch i węch. Lepsze zmysły niż ludzie. Na swoim terenie z pewnością zaatakowałyby. A potrafią dłużej biec pod górę niż człowiek.

Grupy Czarnych maszerowały niemal bez przerwy do wieczora. Nad każdą fruwały młode. Goniły się w powietrzu, zderzały się, baraszkowały.

Było już późno, kiedy mogli się wycofać w stronę przełęczy.

– Lepiej tutaj nie czekać na Wiatr Noży. – Quirinu wskazał ku przełęczy.

Wystarczyło. Żołnierze ruszyli wytężonym marszobiegiem. Nikogo nie pojmano, sukcesem było, że wszyscy wrócili do obozu. Szkieletu ściętego brańca już nie zastali.

Adams przy kolacji usiadł koło Barbera. Gdy wytarli już chlebem resztki tłustego sosu z misek, a jeszcze nie sięgnęli po kubki, Adams zagadał:

– Mało czarnych w obozie. Tylko ty i Hugge. A w Krum jest ich znacznie więcej…

Nagle świat zatoczył koło. Adams runął do tyłu na ziemię. Barber siedział na nim, hakiem przygniótł prawe ramię, a do gardła przycisnął sztylet.

– Jeszcze słowo, a cię zarżnę, ścierwo – wysyczał. Adamsa zamurowało, patrzył zdumiony.

– Jestem Murzynem, rozumiesz…?! – Barber gniótł mu gardło sztyletem. – Z Czarnymi wszyscy walczymy. Czarny to kolor smutku, rozpaczy i behmeta, nie mój. Nigdy więcej tak nie mów.

– Jasne – wydyszał Adams.

– Jak ci się „Murzyn” nie podoba, możesz powiedzieć „Smoluch” albo „Asfalt” i najwyżej dostaniesz w mordę, ale nigdy nie powiedz „Czarny”.

– Jesteś Murzynem, żołnierzu.

– No. – Barber uwolnił go ze stalowego chwytu. – Miałeś szczęście, bo Hugge zarżnąłby cię za to i wypłacił równowartość Hjalmirowi.

Adams wygramolił się spod niego. Nie krwawił.

– Czarny jak i czerwony to kolor behmeta, nie człowieka – powiedział później Hjalmir. – Jak złapiemy Czarnego, to Barber przyłoży swoje ramię do skóry tamtego. Zobaczysz, że to zupełnie i

– Barber zabiłby mnie za coś takiego.

– Barber nie chciał cię zabić. Przyciskał gardło tępą stroną sztyletu. A ty lepiej siadaj przy ognisku z oficerami, nie ze simplami. Jesteś niewolnikiem Katrupa.

74.

Nazajutrz Adamsa znowu przydzielono do decymy Quirinu jako felczera. Hjalmir zabrał się z oddziałem Pachoma. Adams próbował wyjaśniać, że jest ignorantem medycznym.

– Gdybyś nie poszedł, mieliby jeszcze gorszą opiekę medyczną. A poza tym to rozkaz, niewolniku.

Adams skinął głową w zadumie: oba zdania były prawdziwe.

Ścieżki oddziałów wkrótce rozeszły się. Pachom poprowadził granią na zachód, skąd nadchodzą Golcy, Quirinu płaskowyżem w dół. I podobnie jak wczoraj nie miał szczęścia. Ledwie zalegli w kolebach przy Drodze Trupa i zamaskowali się kłębami cierni, a już nadeszły hordy Czarnych. Wystarczająco blisko, by ich obejrzeć.

Skrajem grupy szła samica, otoczona wirującym kłębem młodych i oganiająca się od nich energicznie. Zgromadziły się nad nią chyba wszystkie szczeniaki towarzyszące tej grupie. Wreszcie jeden z nich, zręcznie unikając ciosu, przemknął pod włochatym, masywnym ramieniem i przypiął się pyszczkiem do długiej brodawki wieńczącej wielki, workowaty cyc gabery. Wtedy samica się uspokoiła. Przestała opędzać się od i

Czarna miała cyce w kształcie ruchliwych twarzy, przyjmujących różne grymasy, z wystającymi grubymi, cylindrycznymi brodawkami. Kiedy małe ssały jej mleko, obie twarze paradoksalne wykrzywiały się do nich, naśladując ich ruchy, jakby to one ssały pyszczek małego.

„Mogłaby je teraz bez trudu wyłapać i pożreć” pomyślał Adams. „Wyraźnie przejawia instynkt macierzyński”.

Stało się coś dziwnego. Reszta małych zerwała się z niej, skierowała do i

– Gabera zmienia zapach, kiedy karmi – wyjaśnił potem Quirinu. – I

Koło południa nadeszła chwila przerwy w przechodzących grupach. Zapowiadało się, że jedynym plonem kolejnego dnia będą znowu bolące gnaty i raport rachubca. Jego zadaniem było zliczać przechodzących Drogą Trupa oraz klepsydrą mierzyć całkowity czas obserwacji. Dopisywał jeszcze, jak wcześnie wyszli na patrol. Drubbaal stara

W następnej grupie wśród idących Adams dostrzegł ludzi. Brzydcy, o różnych kolorach skóry: mężczyźni na ogół łysi lub o nadzwyczaj przerzedzonych włosach, z balonowatymi brzuchami i patykowatymi nogami, spoceni, bezzębni; kobiety tłuste, rozczochrane, o skórze przeświecającej między włosami, z małymi, obwisłymi piersiami, z twarzami nalanymi, zaciętymi i złymi. Niektórzy byli potwornie wychudzeni, zgarbieni, mieli chorobowe przebarwienia na skórze; jeszcze i

– Można by ich namówić, żeby przeszli na Stronę Człowieka.

– Ich przekonać…? – Gjuirinu wykrzywił się ironicznie. – Golcy wolą iść z Czarnymi.