Страница 5 из 146
– Przecież nie leje się z niej krew – odpowiedział.
– Nie leje się z niej krew ani woda, ale teraz składasz się z dwóch niezależnych części.
– Ale jak…?!
– Zwyczajnie. Krwotok jest, jeśli rozerwano większe naczynia krwionośne, a to nie w twoim przypadku. Cięcie skorpiona przepołowiło cię. Gdy chodzisz, dolna połowa wyprzedza, a górna za nią nadąża albo odwrotnie. Krew na razie trafia do swych koryt.
– Twoje odpowiedzi są trudniejsze niż twoje pytania. Wzruszyła ramionami, aż zachrobotały kamie
– Chcesz odpowiedzi prawdziwych czy miłych dla uszu?
– Ale moja górna połowa steruje dolną. Wiesz, mózg i takie tam sprawy… Powinienem je scalić?
– Nie wiem, czy zdołasz stworzyć spójną całość. Od zanieczyszczenia rozwinie się zakażenie, obojętnie, czy jest otwarta rana, czy jej nie ma.
Nagle w dalszej części korytarza zapanowało ożywienie. Z postumentów zrywały się muchy, jedna, druga, następne, coraz ich więcej. Korytarz muzeum wypełniło nie bzyczenie, ale brzęk i łomot blachy. Metalowe rzeźby wielkości kury nadlatywały lotem koszącym, wyciągając ostre łapy. Parę razy ostry pazur trafił Adamsa w czoło. Osłaniając kułakiem oczy, zaczął się wycofywać. Na dodatek z głębi korytarza ruszył okazały skorpion, a za nim, z potężnym łomotem, uzbrojony w trójząb, kroczył trzymetrowy osiłek. Adams pobiegł, bo i skorpion sunął szybkim truchtem. Już przy wyjściu potknął się i byłby upadł, jednak Pani z Melos wyciągnęła ku niemu pomocną, choć zimną, marmurowo-metalową dłoń.
Zamknął za sobą furtkę i wsparł się na niej. Wystarczy się tutaj schować. Napęd sprężynowy ma krótki zasięg, więc jest bez znaczenia, czy posągi zdołają sforsować tę zaporę, nawet jeśli zdołają wyważyć blaszane drzwi.
Za drzwiami hurgot kamieni i łomot blachy stopniowo cichły.
5.
Nie dotarł do końca korytarza mechanitonów, więc nie wiedział, czy wszystkie zabawki z muzealnej kolekcji ujawniły swoje irytujące możliwości. Zapuszczać się tam na razie nie zamierzał. Bardziej niepokoiła niebolesna rana. Czuł, że gdyby najsły
Może lepiej posłuchać Sfinks i badać nie oznakowane korytarze…? Utykając, poszedł prawym, minął znajomą muchę z zielonego marmuru, doszedł do końca, a dalej w prawe drzwi. Miał nadzieję, że stale je wybierając, zatoczy kółko i trafi do salki z otwartym dwojgiem drzwi. Każdy korytarz to kolejne sto metrów. Adams był zmęczony, jakby łaził już godzinami, jednak głodu nie czuł, a sączące się spod stropu łagodne światło nie słabło.
Na końcu korytarza drzwi, a za nimi nowa salka z parą nie zaplombowanych wejść. Za prawymi znowu korytarz, rząd niezdarnych podobizn much. Niektórym wyrzeźbiono przesadnie wielkie oczy – może miały udawać gzy. Dalej większa mucha ze skorpionim odwłokiem – nieudaczna podobizna wojsiłki.
Przyspieszył kroku. Niedaleko przecież do końca. Watykan można obejść w godzinę, a tu stumetrowe korytarze, jeden za drugim, ciągną się w nieskończoność. I to irytujące zakrzywienie, by nie można było dojrzeć końca, stojąc na początku.
Znów drzwi, znów salka – na końcu kreski, nakreślonej na rachunku z „Buca dell’Inferno”, przybędzie kółko. Rysunek labiryntu rozrasta się w dziwaczną pajęczynę. Na żadnych drzwiach nie ma plomby. Za lewymi korytarz – więc nowa kreska na wykresie. Na półkach rzędy kamie
Na końcu korytarza drzwi, dalej salka z dwoma następnymi, nie zabezpieczonymi. Za prawymi na cokole uproszczona modliszka. Adams usiadł i oparł plecy o cokół. Zzuł buty. Prawa skarpeta przesiąkła krwią. Poruszył palcami. Z pięty skapnęła samotna kropla. Uzupełnił schemat nową salką i nowym korytarzem. Podziemia watykańskie jawiły się jako nieskończona sieć, w której z każdej salki wychodziły dokładnie trzy korytarze, łączące ją z trzema i
Od dłuższego czasu słyszał za sobą czyjeś kroki, ale jakoś nie wydawało się mu to ważne. Dogoniły go dwa posągi. Dwie dziewczyny naturalnej wielkości. Zupełnie nagie, pewnie po to, by ruch blaszanego odzienia zbytnio nie komplikował poruszeń mechanitonu.
Spojrzał niepewnie.
– Chodzisz z trudnością. Możesz się rozpaść – powiedziała wyższa, wykonana z ciemnobrązowej blachy, o kędzierzawych, miedzianych lokach.
– Kimże wy jesteście?
– Dwie Bezimie
Jej uwaga ubawiła Adamsa. Westchnął i zebrał się z nimi, a one poprowadziły go pod ramiona.
Otoczyło ich kilkanaście dziwacznych trójnogów, zakończonych mosiężnymi kółkami. Kroczyły, by mniej hałasować metalowymi kółkami po posadzce.
Adams spojrzał na Kędzierzawą.
– Masz w nich dodatkowe wsparcie. Owady też odgonią – wyjaśniła.
Z rękawa kapały krople krwi, znacząc przebywany szlak. But nasiąkł krwią jak gąbka, pozostawiając widoczne ślady na posadzce. Właściwie krwawiły wszystkie rany, a tylko ta na lewej stopie i ta na lewej dłoni słabiej.
Obok metalowe i kamie
Krwi ubywało. To jasne – korytarze to jego życie, a każda salka z parą drzwi to decyzja. Kiedy krew wyleje się do końca, linia jego życia zostanie wykreślona w całości. Ale jeśli tak rysuje się życie, to sieć korytarzy nie może nigdzie tworzyć zamkniętej pętli, bo nigdy nie da się wrócić w krainę minionej młodości. Co można złapać w sieć, która nie ma ani jednego oczka…? Mnie. – Cicho zachichotał.
Obie jego towarzyszki spojrzały zdziwione, a i trójnogi zamarły w bezruchu, ciekawe jego śmiechu.
– Nie… nie… chodźmy dalej. – Machnął ręką.
Badał ową sieć. Wracał korytarzami nawet o pięć sal, żeby w szóstej zajrzeć za nie sprawdzone drzwiczki.
„Jasno widać, że niektóre decyzje nie są nieodwołalne…” Rewers rachunku z „Buca dell’Inferno” przypominał pajęczynę, ale bez jednego zamkniętego oczka.
„Dobrze, to logiczne – utwierdził się w swoich domysłach. – Przecież nie można żyć cudzego życia”.
Czas działania mechanitonów jest mocno ograniczony, nawet tych najdoskonalszych. Po kolei potracił swoich towarzyszy. Najpierw, jeden po drugim, trójnogi zamarły w bezruchu. Wreszcie ta z loczkami, a chwilę później Kędzierzawa znieruchomiały w pół kroku.
W jednym z korytarzy znalazł okazałą szarańczę. Zastanawiał się, co ta żywa rzeźba zrobi. Musiała przyjść za nim, gdyż mechanitony umieszczono tylko w zaplombowanych korytarzach. W i
Nie można korytarzy uzupełniać z pamięci, choć trudno za każdym razem wracać i sprawdzać, gdzie prowadzi alternatywny wariant. Wzruszył ramionami – niech krew kapie. Będzie szedł przed siebie. Korytarz za korytarzem, sala za salą, wśród niezdarnie gramolących się wielgachnych owadów i pajęczaków.
„Tak duże owady nie mogą być żwawe”.
6.
Nagle wszystko się zakołysało. Korytarz skoczył gdzieś na bok; ciszę przerwał potężny głos dochodzący spoza świata.
– Monsieur le professeur! Monsieur, monsieur…!
Adams uniósł powieki: lekko szarpała go za ramię dziewczyna, którą widział rano, w ulewie, w kolejce po bilet do Muzeów Watykańskich. Zapamiętał ją sprzed kasy. Była tam najpiękniejsza. Adams mókł w deszczu, aż z litości wzięła go pod parasol stara Japonka. Tamta stała nieco za nimi, ubrana w lekką kurteczkę przeciwdeszczową, zielono-amarantową. Teraz też była w tej kurteczce. Złocista blondynka o oczach modrych jak niebo nad Alpami, chociaż lekko podkrążonych – a może to skóra wokół jej oczu była nadmiernie delikatna.
– Adams. Humphrey Adams jr., ale mów mi Adams.
– Mam na imię Liliane – okropnie akcentowała ostatnie sylaby.
– Miałem koszmarny sen: podziemia, żywe posągi, dziwne rany. Oderwał zachwycony wzrok od jej twarzy i wróciło poczucie rzeczywistości: nadal siedział na posadzce wsparty o cokół posągu. Obok walał się rachunek z „Buca dell’Inferno”, zarysowany siatką korytarzy, a przed Adamsem zzute adidasy. Obmacał bok: rany nie było, nie był przecięty na pół. Dłonie czyste, skóra ciągła i gładka; stopy też całe, choć prawy but zabrudzony brunatną mazią, przypominającą rozmoczony pył ceglany. Lewy też, ale mniej. Zmęczone stopy bolały. Przynajmniej część przeżyć zawdzięczał se
– Przepraszam – mruknął i naciągnął buty, skrywając założone rano skarpety. Miał nadzieję, że Liliane nie pochyliła się zbytnio nad jego stopami.
Uśmiechnęła się.
– Chyba nie spałeś długo, bo jeszcze siedziałeś. Tylko kartka i długopis wypadły ci z rąk – podała mu dwie części długopisu. – Przysiadłeś na nim, czy co…?
„Nie mam stalowego zadka”, pomyślał, gramoląc się z ziemi.