Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 123 из 146

„Co odpowiedzieć? Od czego zacząć? Jakich tematów unikać?”, gorączkował się Adams.

– Rozumiem, że to ja sprowokowałem to wszystko. Tę całą erupcję gniewu. Muszę za to teraz zapłacić – zaczął.

– To nie jest zręczny początek rozmowy. Przeceniasz się, ulepku, stale się przeceniasz. Trudno cię z tego wyleczyć.

– Wsadziłem rękę poza granicę. W płomień czy płomienisty opar. Wiem przecież, co nastąpiło potem.

Behetomotoh przysłuchiwał się rozmowie. Sączył ze szklaneczki złocisty płyn.

– Ujrzałeś, co jest po drugiej stronie płomienia. A potem nastąpił atak Czarnych na Linię i moje przybycie do Krum. Czy właśnie to masz na myśli?

– Tak.

– Czy nie zauważyłeś, że na całej Linii za twojego pobytu było wyjątkowo spokojnie? Mimo że legioniści opowiadali co i

– Żołnierze lubią przesadzać, koloryzują.

– Tym razem nie przesadzali. Co jakiś czas rozkręcam ruch w interesie. Walka toczy się na całego. Ty znalazłeś się tam przypadkiem. Gdybyś nie poszedł na zwiad, ataki też by nastąpiły.

– A ten koszmarny obraz za płomieniem? Ta przerażająca, obsesyjna wizja dręczenia? Tak jest tam naprawdę?

– Oczywiście, że jest inaczej. Powiedzmy, że to była drobna inscenizacja specjalnie dla ciebie.

– Więc ci ludzie nie cierpieli? To była tylko gra, pozory?

– Wtedy nie wyglądałoby to tak przekonująco.

– Czyli jednak nie inscenizacja! To była część ich cierpienia.

– Można i tak powiedzieć.

– Więc w taki sposób się tam cierpi!

– W taki też. Zdziwiłbyś się, ile jest różnych sposobów zadawania cierpienia.

– Tamto wydawało mi się takie teatralne, jakby z obrazów średniowiecznych.

– To też jest dobry sposób.

– Nie umiecie tworzyć, dlatego posiłkujecie się pomysłami ludzi, pomysłami malarzy!

– Wymyślanie to zbyteczna umiejętność. Ludzie sami projektują cierpienia dla siebie. A pomysł jednego z nich na tysiącu następnych można pożytecznie wykorzystać.

– Średniowieczni malarze zafundowali nam cierpienia?

– Oczywiście, że nie. Każdy z moich ma taki rodzaj tortur, których się najbardziej boi. Nawet jeśli sobie tego nie uświadomi, to się boi. Wystarczy podsłuchać jego myśli i zrealizować jego obawy. Nietrudna robota. Jakoś tak jest, że każdy z was się nas boi.

– Widziałem jednak obrazy sprzed setek lat.

– Pewnie. W taki sposób też cierpią. A ja wybrałem właśnie to, bo jest ci znajome.

– Mówiłem, że jest rozgarnięty – odezwał się wreszcie Behetomotoh. – Świadomie działa i stara się jak najwięcej zrozumieć. Oczywiście, to nie oryginalny Kadmon, ale to niewielka różnica.

– To dodatkowy argument za tym, żeby oboje wrócili do mnie na dół. Trzeba ich trzymać w szczelnym zamknięciu – rzucił Leviahata

– To nie jest szczelne zamknięcie. Sam byłem świadkiem, jak srebrzysty lotnik uprowadził kobietę zza Wrót.

– Tak. Zdarza się to. Zawsze podstępem. Gdybym był uprzedzony, kogo zamierzają odbić, gabriele nie mieliby żadnych szans. Zgromadziłem wystarczającą ilość środków.

– Ale przecież nawet nam udało się przedrzeć pod same Wrota. Ledwie sześciu, no, ośmiu żołnierzy, bez żadnej zaawansowanej broni. Ledwie swoją pomysłowością.

– Nie mówiłem, że moi są od was mądrzejsi.

„Czarne są głupsze niż ludzie, Golcy też wydają się mniej inteligentni od i

– Gardzisz nimi, prawda?

– „On przeczytał moją myśl…?”

– Czy to znaczy, że nikt inteligentny nie pójdzie za tobą?

– Sam odpowiedz na swoje głupie pytanie. Adams milczał, więc Leviahata

– Ilu wróciło z waszej wyprawy?

– Ja i Pachom.

– Znaczy, że inteligencja osobista nie jest najważniejsza. Zostaliście pokonani przez głupszych i przez „bezwładnych”, jak o nich mówiliście. Pobyt w Krum będzie wystarczającym zabezpieczeniem przed waszą ucieczką do Haddammah.

– W istocie mam mniej powodów, żeby zatrzymać dziewczynę – odezwał się Behetomotoh. – Jej wpis do ewidencji osobowej jest relatywnie świeżej daty. Nie jest niemożliwe, że nie urodziła się w Mieście pod Skałą.

– To jest mieszkanka Krum, córka Szosza

– Po urodzinach…? – Behetomotoh spojrzał krzywo.

– No co? Specyfika życia w Krum wymaga, żeby urzędnik nie był obecny przy narodzinach. Rodzice sami przynoszą simbolon nowo narodzonej dziewczynki, który zostaje zdeponowany w warowni. Odbiera go dopiero małżonek.

– Ja mam simbolon Renaty. Jest wśród przedmiotów zdanych przeze mnie przy aresztowaniu. Wystarczy sprawdzić ich listę. Protokół został podpisany przeze mnie i przez Bielenia.

– Okradłeś archiwum?! – w głosie Leviahata

– Dobrze wiesz, że to niemożliwe. Któż mógłby z gołymi rękami włamać się nad oczodoły Krum, twojej twierdzy, strzeżonej siłą behmetim i strachem sidlącym duszę każdego mieszkańca Krum. Nikt oprócz behmetim tam nie wszedł. A gdybym jako jedyny w historii nawet to pokonał, jak miałbym znaleźć pomieszczenia, w których przechowują akta osobowe?

– On argumentuje bardzo przekonująco – zauważył Behetomotoh. – Wydaje się wielce nieprawdopodobne, że ukradł simbolon z twojego archiwum.

Leviahata

– Zgadza się. Adams jest w posiadaniu rzeczonego simbolonu. Jest to pozycja umieszczona wśród długiego wykazu. Nie dało się jej dopisać, nie da się jej też wymazać ani utargać.

– Jak zatem wymknęło się to z moich rąk? – Ciężko sapnął olbrzym.

– Simbolon wydano Drubbaalowi, jako jej mężowi. Małżeństwo bardzo szybko miało dojść do skutku – wyjaśnił Behetomotoh. – Jednak sotnik tylko zabezpieczył sobie prawa do Renaty i nadal pełnił służbę. Stąd braki w ewidencji.

– A ty skąd to wiesz!?

Behetomotoh okrągłym ruchem wskazał na aparat telefoniczny.

– Noo… – powiedział.

– Coś nie chce mi się wierzyć… Maczałeś w tym swoje łapy. Behemotoh wlepił w niego lodowaty wzrok. Krew odpłynęła mu z twarzy. Wyglądał teraz przerażająco. Leviahata

– Pewnie uprowadziłeś tę dziewczynę! – ryknął.

– Ona jest pod moją opieką. Na to mam zaświadczenie sotnika Reutela. Też jest wśród mojego zdeponowanego mienia.

– Wy obaj! To wy obaj uknuliście przeciw mnie! – Twarz Leviahata

– Rozegrać po swojemu!

Behetomotoh, wsparty obiema dłońmi o biurko, przypłaszczył się, jego ślepia zmatowiały, poszarzały.

– Jak śmiesz…! – syknął, a jednocześnie z jego gardzieli wydobył się przeraźliwy wizg.

Leviahata

Leviahata

Behetomotoh straszliwie ryknął z bólu, jednak już po chwili wystrzelił parą dodatkowych ramion i jeszcze jedną, i jeszcze. Osiem nowych ramion żarłocznie wpiło się w przeciwnika. Leviahata

Ciaken podszedł do Adamsa i szybko zrobił mu zastrzyk. Ręce śledczego drżały.

Chwila wytchnienia pozwoliła Leviahata

Z ogłuszającym rykiem obaj przeciwnicy zwarli się w walce. Potężne kłapnięcie krokodylej paszczy rozdarło szarą, gumowatą skórę hipopotama, ukazując warstwy białawego tłuszczu. Tłuszcz zaczął wzbierać, kipiąc białą, kleistą masą, pęczniał wokół w bulgoczące kalafiory. Zakleił paszczę smoka. Wtedy, wydzielając smród jakiegoś chemikalium, szybko zaczął tężeć i zmieniać barwę. Smok pluł i krztusił się, starając opróżnić gardziel z kleistej masy. Hipopotam raz i drugi szarpnął kołkowatymi zębami jego pokrytą łuskami skórę. Rozorał ją głęboko. Strugą pociekła zielonawa posoka. Liczne zęby hipopotama łatwo wyłamywały się, pozostając w ciele jaszczura. Wokół nich w przyśpieszonym tempie przebiegały procesy gnilne.