Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 116 из 146

Woda nie była przeraźliwie zimna, ale wystarczająco chłodna, by się pod nią kulić. Znowu cios szpicruty.

– Trzymaj się prosto i szoruj gnaty.

Renata stara

Kiedy funkcjonariuszka uznała, że wystarczy, rzuciła dziewczynie lnianą ścierkę. Zaraz potem, jakby niezadowolona z wycierania się więźniarki, sama zaczęła energicznie rozcierać jej ciało ścierką, jednocześnie pobudzając krążenie.

Renata syczała z bólu.

– No, wreszcie – orzekła funkcjonariuszka. – Teraz odwszenie. Wetrzyj ten proszek we włosy. – Podała jej tekturowe pudełko z dziurkami.

– Nie mam wszy. Nigdy nie miałam. Znowu cios szpicrutą. Teraz w udo.

– Nie szkodzi. Wcieraj we wszystkie: na głowie, pod pachami i na cipie.

Renata już nie protestowała. Rozszedł się słodkawy, duszący zapach.

– Teraz do celi.

– Mam iść naga? Funkcjonariuszka wzruszyła ramionami, więc Renata nałożyła bieliznę, więzie

– Jestem twoją prowadzącą. Będę profilować twoją resocjalizację. Ze wszystkim masz się zwracać do mnie. Nazywam się Mówiąca, pedagog Wassilisa Mówiąca.

Cela, do której zaprowadziła ją Mówiąca, była większa i lepiej urządzona niż jej pokój w domu Hrabbana.

– Na wieczór masz spłukać włosy z proszku – rzuciła jeszcze w drzwiach Mówiąca.

163.

Adamsa przeniesiono z aresztu śledczego do regularnego więzienia. Oznaczało to tylko dwa posiłki dzie

Nie było ciemno. Panował półmrok, światło wpadało tylko przez szczeliny w blindach, pod samym sufitem. Stanowczo za wysoko, aby wspiąć się tam i wyjrzeć na dwór. Jedynym sprzętem w celi było wiadro nakryte klapą. Adams mógł stać, dreptać w kółko albo siedzieć na zimnej posadzce, bo prycza musiała być na dzień składana. Mógł też pisać palcem w kurzu na podłodze.

Dreptanie jest całkiem miłym zajęciem, szczególnie kiedy porównuje się je z przesłuchaniem: myśli nikt nie wymusza, same przychodzą, te które chcą. Przesłuchania przeprowadzano regularnie, dwa razy dzie

Adams zatrzymał się naprzeciw świetlika. W wąskim paśmie wpadającego światła leniwie poruszały się drobinki kurzu. „Słoneczny dzień mamy dzisiaj”, pomyślał. „Tramwaje już się wloką miastem, przeraźliwie zgrzytając na zakrętach; bezrobotni ustawiają się po pracę przy zbieraniu koźliny”.

Gdy słońce wdrapie się wyżej na nieboskłon, wąski promień zniknie. Adams uważał, że cela jest pod samym dachem i okap zasłania światło.

Co z Natalią…? Ta nieszczęsna piękność, stworzona dla niego, kojarzyła się z Górnym Miastem. Liliane ujawniła swą tożsamość, kiedy rozpostarła kolorowe skrzydła i pofrunęła, Natalia nie. Natalia pozostała zagubiona. Bez wątpienia bardziej niż on.

„W tym mieście sztuka Lulliusa działa lepiej niż gdziekolwiek indziej…” Adams palcem na kurzu nakreślił diagram, chociaż już wcześniej domyślił się, co wyjdzie.

Rysował kolejne wierzchołki, w kolejności chronologicznej: „Rzym” – „Liliane” (przecież już kiedyś ustalił, że łączyła oba te miasta) – „Behet.” (bo przecież to jego miasto) – „Natalia” – „Krum” – „Renata”. Połączył je bokami, oczywiście chronologia narzuciła obieg. Zrezygnował z dalszej analizy, przekątne musiały połączyć bądź miasta, bądź kobiety. Liliane trafiła tu z Rzymu, nic nowego. Prawdopodobnie tu zostanie, fruwając po niebie. Natomiast los Natalii wyglądał ponuro: obieg diagramu lullijskiego nakazywał jej trafić jeszcze niżej – żeby choć do Krum, a nie na płaskowyż.

„Zasługiwała na lepszy los”, pomyślał. Już miał wystartować do dalszej tury wzdłuż ścian celi, jednak zerknął jeszcze raz. Dostrzegł dobrą wieść niesioną przez diagram. „Jednak spotkam Renatę…” Przetarł dłonią twarz. „Więc jest jeszcze nadzieja. Tyle warta, co przypadkowo skreślony wykres”, pomyślał z sarkazmem.

Nie pomyślał, że Renata może samotnie powrócić do Rzymu, a on może pozostać w Górnym Mieście na zawsze. Na diagramie zabrakło też Falzarofy, Crispy i Złotej Pięknookiej.

164.

Przed kolejnym przesłuchaniem skuto Adamsa ciężkimi, ozdobnymi kajdanami, na których wygrawerowano tu wzory geometryczne, tu wypukłe oczy i wyszczerzone kły fantastycznego stwora. Zerknął parę razy na grawerunek, ale motyw nie przywiódł nic na myśl.

– To jakaś pokazówka…? – spytał Ciakena.

– Może przyjdzie pan Leviahata

W sali przesłuchań Uombocco miał gościa. Obaj studiowali akta rozrzucone na biurku.

Przybyły łypnął spode łba na Adamsa. Miał szeroko sklepione, wypukłe jak ćwiartka sfery czoło; błyszczące, bezwłose ciemię; brutalną twarz o rysach wygiętych w zakrzepłym uśmiechu; o głowę górował nad Adamsem, był z półtora raza szerszy od niego w ramionach i miał nieprawdopodobnie grube uda. Wręcz emanował energią i siłą.

– Pan z Morza? – wyrwało się z ust Adamsa.

– No pewnie, że nie tamto gnijące ścierwo – obruszył się nieznajomy.

Adams musiał zrobić dziwną minę, bo Leviahata

– Jakże można brać za mnie gnijącą stonogę, utopioną w kałuży pod kamieniem?!

– Wija – poprawił Behetomotoh.

– Wija. Ale i z tego wija mają dość pożytku. W państwie, gdzie morzem jest mała kałuża pod kamykiem. A, co tam…

Podszedł do Adamsa i mocno złapał go pod brodę, wykręcając mu skórę na twarzy. Adams nie zaprotestował. Mocarna łapa zacisnęła mu szczęki, tak że nawet jęk nie zdołał się przedrzeć.

– To, według ciebie, miałby być Haddam Kadmon…? – Leviahata

– Tłumaczyłem ci już różnicę – powiedział Behetomotoh, który rozsiadł się za biurkiem. – To przebiegło inaczej… – urwał. – Ale coś z Kadmona jest wypisane na jego twarzy. Przypatrz się uważnie, Panie z Morza.

– Taak – mruknął Leviahata

– Natura tego podobieństwa nie jest oczywista na pierwszy rzut oka.

– Przecież widzę więcej niż zewnętrzną powłokę. Rozmowa toczyła się ponad głową Adamsa. Skute archaicznymi kajdanami przeguby zdążyły zdrętwieć; bolała żuchwa zgniatana wielką jak bochen dłonią Leviahata

Więzień zaczął niezdarnie rozcierać sobie szczękę skutymi rękoma.

– To była kałuża…? – wysapał.

– Dla ciebie cała kraina! – huknął olbrzym.

– Dla mnie krainą było już Dolne Miasto.

– Właśnie! Śmieszny, mały bunt garstki drobinek!

– Wyłamali się spod twej władzy…? – rzucił Adams. „On włada nimi administracyjnie, ale stracił nad nimi rząd dusz…”, pomyślał. „Już nie należą do niego, nie różnią się od i

Ten domyślił się lub odczytał jego myśli.

– Czym dla mnie jest taki skrawek…?! – Pogardliwie wydął mięsiste wargi. – Małe miasteczko i parę osad. To jest nic! – Zaczął w złości uderzać pięścią w stół.

„To dlaczego tego nie zgnieciesz?”, pomyślał Adams. „Może próbowałeś, a oni odparli twój atak…?”

Widać to pytanie wypisane zostało i w jego oczach, bo Leviahata

– Legion!? To ledwie ze siedemdziesięciu, może osiemdziesięciu żołnierzy! Też mi legion!

Adams wiedział, że lepiej nie podnosić wzroku, bo znowu oberwie. Widać rzeczywiście obowiązuje swoista symetria i w kraju Leviahata

165.

Renatę umieszczono w pojedynczej celi. Mówiąca zdarła z niej strój, jednak jej nie pobiła. Uderzyła tylko kilka razy i niezbyt silnie. Potem już żadna i

Uwięziona otrzymała szary drelich więzie

Co drugi dzień przychodziła resocjalizatorka. Groźna, masywna baba wzbudzała jej lęk. Łypała na nią rozbieżnym zezem wodnistych oczu i wygłaszała swoje opinie i pouczenia, którym Renata musiała potakiwać. Dużo mówiła o uwolnieniu Renaty i obowiązku rozwijania się, jaki na Renacie nieuchro

Po wygłoszeniu dwudziestominutowego pouczenia Mówiąca wyciągała notatnik i rozpoczynała wypytywanie więźniarki. Chodziło głównie o detale życia w Krum oraz o ucieczkę kanałami. Po wysłuchaniu odpowiedzi Mówiąca, drapiąc się po tłustym brzuszysku, notowała je niezdarnymi kulfonami półanalfabety, ignorując znaki przestankowe. Po wizycie resocjalizatorki Renata oddychała z ulgą i upewniwszy się, że ciężkie kroki Mówiącej ucichły już na korytarzu, ustawiała zydel w stałym miejscu, na wydrapanych jego nogami śladach na posadzce.

Nudziła się w samotności, lecz było to lepsze niż natrętne indagowanie Mówiącej. Ustawiała zydel zawsze w tym samym miejscu: takim, by z niego widać było w oknie ograniczony linią murów fragment błękitu. Takiego nieba nie znała i jeszcze nie zdążyła się nim nasycić. Było zadośćuczynieniem za jej obecne, dziwne bytowanie.