Страница 55 из 57
Kraków
Dzień później Niemcy zajęły Gdańsk. Tydzień później padł ostatni punkt rosyjskiego oporu w Krakowie.
Stali na wzgórzach po drugiej stronie Wisły i patrzyli, jak płonie Wawel.
– Masz – Xavras podał Smithowi kołpak.
– Już mogę?
– Wyjmij komputer i antenę i ugadaj z centralą transmisję na żywo na trzynastą dziesięć – rzekł Wyżryn, nie odwracając wzroku od krzywych filarów dymu chylących się powoli nad Starym Miastem.
Smith strzepnął popiół z papierosa, zerknął na zegarek: była dziewiąta pięć.
– Ostatnim razem podczas twojego wywiadu na żywo wciąż szła w atmosferę Moskwa. A jeszcze wcześniej… jeszcze wcześniej to mi przed kamerą oddawał ducha Sieriozny. Czego mam się tym razem spodziewać?
– Podczas transmisji… niczego. Będzie bardzo krótka. I sama w sobie zupełnie nie sensacyjna. Chociaż rychło zyska wartość naprawdę historyczną, to ci mogę zagwarantować.
Amerykanin spojrzał pytająco na pułkownika, ale ten twardo patrzył przed siebie.
– Mam złe przeczucia – wymamrotał Smith.
Ale wrócił pod skałę, do swojego plecaka. Wyjął zeń komputer i antenę i rozpoczął procedurę. W międzyczasie odpalił od peta nowego papierosa. Zjadały go nerwy. Oto znajdował się w sercu rewolucji, w oku cyklonu, w środku prawdziwego narodowego powstania, jakich niewiele zna historia XX wieku.
Dotarli do Krakowa tym rozsypującym się transporterem, na ostatnich kroplach wyżebranego gdzieś po drodze paliwa – wczoraj rano. I Xavrasowi owa doba wystarczyła, żeby podporządkować sobie wszystkich stacjonujących w mieście wraz ze swoimi oddziałami dowódców polowych (Bronka i Dzidziusa od razu wsadził w zdobyczne helikoptery i wysłał gdzieś w kraj), zdobyć Wawel (co prawda niezmiernie wysokim kosztem, bo po prostu zrównując go z ziemią, o co wielu miało do niego pretensje), wyemitować w świat ze studia Kochanowskiego nową deklarację niepodległości (sam ją odczytał) oraz rozesłać do poszczególnych dowódców szczegółowy plan dyslokacji sił.
Smith nie odstępował pułkownika ani na krok, podążał za nim wszędzie, niczym drugi Wyszedł I
Rankiem po tej nocy Xavras osobiście obudził Smitha i pojechali nad Wisłę. Tylko oni dwaj: Wyszedł I
– No co, już?
– Będzie – mruknął Smith, odkładając komputer.
Wyżryn przysiadł na trawie obok, oparł się plecami o zimną skałę. Przed sobą mieli brudną Wisłę, dopalające się zgliszcza Wawelu i panoramę ruin reszty miasta. Na ulicach trwał już ruch, dostrzegli nawet kilka ciężarówek lawirujących po jezdniach między krzywo zaparkowanymi wrakami i fraktalowymi dziurami w nawierzchni.
– Nadal sądzisz, że cię oszukałem? – spytał Xavras, bez patrzenia wyciągając do Smitha rękę po papierosa.
Ian wytrząsnął z paczki jednego, spojrzał na czerwoną dłoń Wyżryna – i zamarł. Był pewien, że w tym momencie nawet serce mu się zatrzymało. Ręka z papierosem zaczęła mu drżeć. Opuścił ją. Wziął głęboki oddech.
Dopiero w tej chwili Xavras obrócił głowę i spojrzał na Amerykanina. Uśmiechał się. – To ty – szepnął Smith.
Wyżryn opuścił spojrzenie na swe czerwone przedramię, przesunął po nim drugą dłonią, też ogniście karminową.
– Ja – przytaknął.
– Okłamałeś mnie.
– O nich nie – uśmiechnął się szerzej. – Przecież rzeczywiście… od urodzenia.
Smith usiłował to sobie jakoś poukładać.
– Więc Jewriej… Dlaczego…? On wiedział, widziałem, wiedział; mógł się uchylić przed tą kulą.
Xavras zgasił uśmiech.
– Jewriej naprawdę był mutantem. I naprawdę twarz miał… nieludzką. Rak go zżerał. Nie było wyjścia. Tak czy owak… Zawarł ze mną umowę. Wierzył mi, ufał. To był prawdziwy bohater. Gdybyś go znał… Ale tak musiało być; musiał pozostawać w cieniu. Gdybyś go tylko znał… – machnął ręką w stronę miasta. – To jego imię powi
– A ty go wcześniej nie widziałeś w swoich przyszłościach?
– Widziałem, widziałem. Widziałem wiele rzeczy. Ta przyszłość, ta, która teraz jest teraźniejszością… nie potrafisz sobie wyobrazić, jak bladą, jak wąską, jak niepewną była możliwością, gdy zaczynaliśmy. W tych pierwszych latach – były wtedy takie dni, całe tygodnie, kiedy w ogóle znikała mi ze zbioru prawdopodobnych rozwinięć. Prawie zwątpiliśmy…
– Ty i Jewriej – szepnął Smith, który wciąż nie potrafił uwierzyć.
– Ja i Jewriej.
– Mówisz, że jednak był mutantem. Czy posiadał jakieś…
– Nie – Wyżryn pokręcił głową. – On nie. Tylko fizyczne. I rak, rak. – Wyciągnął przed siebie czerwone ręce. Nie drżały. – Natomiast moi młodsi bracia… Żaden jednak nie pożył dostatecznie długo, byśmy się mogli wówczas przekonać, czy faktycznie barwa pigmentu skóry rąk jest genetycznie sprzężona ze zdolnością jasnowidzenia.
Smith strzepnął nerwowo popiół. Jakiś gołąb wylądował na głazie obok; Smith przepłoszył go.
– I ty przez te wszystkie lata… Tak, jak ustaliłeś z Jewriejem, co? Moskiewska hekatomba też była w planie?
– Oczywiście. Od samego początku. Ta ścieżka wciąż jest bardzo wąska.
– Wciąż? Tak blisko końca?
– Jakiego końca? Powiedziałem ci: to dopiero początek.
– A ja nie zrozumiałem, o co ci chodzi. Przecież zwyciężyliście. Co z tego, że straciliście Gdańsk? Niemcy zawsze mieli na niego chrapkę; Gdańsk to nie cała Polska.
Xavras z politowaniem pokiwał głową.
– W ciągu trzech miesięcy terytorium byłej Republiki Nadwiślańskiej zostanie rozdarte między sąsiadów. Stracimy wszystkie miasta. Kraków i Lwów praktycznie znikną z powierzchni Ziemi. Wymordują w obozach koncentracyjnych dziewięćdziesiąt procent żołnierzy AWP; Niemcy i Rosjanie, pospołu. Ale niech się ludzie cieszą, póki mają z czego. Zapamiętają te dni na całe życie.
Smith zakrztusił się dymem.
– Co ty mówisz, Xavras, co ty mówisz…?! Przecież wygraliście, wygraliście! Po toś Moskwę w powietrze wysadził, po toś milion ludzi wymordował?! Chryste Panie!