Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 57

–  Co mu się stało w te palce? Witschko zrobił zdziwioną minę.

–  Skąd mam wiedzieć? – prychnął, nie wyjmując papierosa z ust.

Godzinę później, po kolejnych dwóch samochodach (również należących do serii zaprojektowanych osobiście przez Stalina, ponurych, kanciastych monumentów szos, co żrą paliwo niczym czołgi) minęły ich: zabytkowy traktor ciągnięty przez starego konia oraz furmanka. Witschko w marszu zgadał się z woźnicą i ten zgodził się podwieźć wędrowców. Wskoczyli od tyłu. Smith z ulgą wyprostował bolące nogi. Woźnica, młody chłopak o krzywo zamocowanej żuchwie, obejrzał się na głośne westchnienie lana.

–  Z daleka? – spytał.

–  Noo – odmruknął Smith.

–  Może byście spuścili kawałek tego, co tam targacie -wskazał batem na plecaki.

–  Lepiej patrz przed siebie, synu – włączył się Witschko – bo ci kobyła zlezie z drogi i w minę wdepnie.

–  liii tam, ona nauczona.

–  Przynajmniej tyle, że nie gada.

–  Hę, w Wilię na krok nie puszczamy ich z zagrody! -zaśmiał się krzywoszczęki. Smith nie zrozumiał dowcipu. Spojrzał na Ślązaka, który zapalał już kolejnego papierosa.

–  No i czemu tak kopcicie bez ustanku? – warknął Ian, irracjonalnie rozeźlony. Witschko wzruszył ramionami.

–  Bo mam raka – odparł. Furman zachichotał; po chwili zawtórował mu przemytnik. Smith odwrócił wzrok.

– Pan skąd? – spytał go po jakimś czasie chłopak z kozła. – Z Prus?

Smith nie mógł tego zrozumieć. Jego rosyjski nie różnił się niczym od rosyjskiego tamtych, ubiór – jeśli to możliwe – był jeszcze bardziej zeszmacony od Witschkowego, nie istniały też żadne identyfikujące go znaki szczególne – a jednak ów wieśniak już po kilku minutach bezbłędnie rozpoznał w nim cudzoziemca. Smith nie mógł tego pojąć. Spojrzał bezradnie na Ślązaka.

– Taa, z Prus, z Ameryki, z Księżyca – zamamrotał ów w odpowiedzi na tę desperacką prośbę o ratunek.

…wytłumaczył mi, że to z uwagi na brak benzyny. Nie istnieje coś takiego jak wolny obrót paliwem; są tylko przydziały i czarny rynek. Oddziały Armii Czerwonej, operujące w Europejskiej Strefie Woje

Wszak to już ósmy rok wojny. Rośnie tu cale pokolenie, dla którego pokój jest stanem nienaturalnym. A nawet ci, którzy dobrze go pamiętają – oni też są i

Czytał z uwagą swoje nowe dokumenty. Nazywał się teraz Jachim Weltzma

–  Jestem Żydem.

–  Jesteś Żydem.

Nazywał się Jachim Weltzma

–  Nie znam hebrajskiego ani jidysz.

–  I bardzo dobrze. Ile masz lat? Gdzie się urodziłeś? Nie masz prawa ich znać.

–  Czy ja wyglądam na Żyda?

–  Tylko się nim poczuj, a zaczniesz wyglądać.

–  Zanim się nauczę całej tej legendy…

–  Lepiej naucz się szybko. Zrozum, mister Smith, zrozumcie, Weltzma

–  Mówili, że oryginalne…

–  Nie w tym rzecz.

–  A w czym?

Witschko wzniósł oczy do nieba, splunął, przesunął peta na wargach.

–  One robiły cię Polakiem. Do luftu taki kamuflaż. Ty nawet śmierdzisz inaczej. Każdy głupi by się zorientował po dwóch minutach. Z was taki Polak, jak ze mnie Amerykaniec.

–  A Żyd to może być, co?

–  A Żyd może być, boście nie na Syberii; toż na Syberię dałbym wam właśnie papiery Nadwiślanina. Ale tutaj od pięćdziesiątego piątego przez czterdzieści lat nikt Żyda na oczy nie widział, więc jesteście bezpieczni.

–  Jestem bezpieczny.

–  Jesteś bezpieczny. Tylko za bardzo nie szczerz tych swoich śnieżnobiałych ząbków.

Kłócili się jeszcze o szczegóły. Przecie żem nie obrzezany, sarkał Smith/Weltzma

Szli pieszo; szli nająć się do roboty na Śląsku.

–  Jakiej znowu roboty? – pytał Smith.

–  Byle jakiej – wzruszał ramionami Witschko.

–  I to mam powiedzieć, jak spytają? Że byle jakiej?

–  Aha.

Wreszcie Ian zrozumiał, że tutaj nawet kłamie się inaczej. Nie powinien próbować łgać samodzielnie: nie zna kryteriów, podług których buduje się tu wiarygodne kłamstwa. Co gorsza, samodzielnie nie powinien również mówić prawdy, bo mimo jego woli może ona zabrzmieć niczym najgłupsze kłamstwo.

Tak naprawdę, rzecz jasna, nie szli na Śląsk.