Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 57

Ale prawda była taka, że musiał się wysilać, by podobnie myśleć. Były to myśli pokazowe, głośne i jaskrawe, służące do zagłuszenia goryczy, wściekłości i żalu. Teraz już nie potrafił się oszukiwać: to nie oni potrzebowali jego, to on potrzebował ich. Otaczało go zewsząd przerażające szaleństwo niemożliwego wszechświata, i chociaż starał się zamykać nań swe ommatidia, chociaż starał się z całych sił owo szaleństwo ignorować, świadom był przecież naddołu i podgóry dookoła swego czterowymiarowego nieciała. Gdyby nie dom, gdyby nie człowiekoid, gdyby nie oni… runęłaby nań ciężką falą cisza, która nie wie, co to litość.

W sypialni Violetta spytała człowiekoida: – Poznajesz ten zapach?

Dla Jana Hermana był to grom z jasnego nieba. Człowiekoid to tylko człowiekoid, kawał miecha, ani to widzi, ani słyszy, ani czuje zapachy. Trudny uświadomił sobie, iż tej ułomności nigdy nie będzie w stanie zniwelować.

–  Mhm… nie. A co to?

Powiedziała mu, uśmiechając się. Zrozumiał: chce się kochać. Poruszył człowiekoidem. Zaczęła go całować. Patrzył na to ze wszystkich możliwych i niemożliwych stron, patrzył na to z podgóry, z naddołu, ze ścian, z podłogi, z sufitu, z jej skóry i ze skóry człowiekoida. Widział wnętrze tej kobiety, jak się widzi ryby pływające w akwarium. Kości, ścięgna, mięśnie, żyły, chrząstki, krew w tętnie, powietrze w oddechu.

–  Nie pocisz się – szepnęła, wpółuśmiechnięta, już powoli oddalająca się od świata.

– Zimno tu.

–  Wcale nie. Mhm, na co ty patrzysz?

–  Na ciebie, na ciebie.

–  Jakbyś był zupełnie gdzie indziej…

–  Kocham cię – powiedział człowiekoidem, szczerze i w zgodzie z bestią.

A za oknami stała noc, cała w śniegu i księżycowej poświacie.

listopad 1995-styczeń 1996

Pojawiający się w opowiadaniu Himmlerowski instytut Ahnenerbe istniał w rzeczywistości, jednakże wpisana w jego strukturę tajemnicza Grupa – Die Gruppe – stanowi już mój osobisty wymysł – co zresztą samo w sobie, rzecz jasna, nie wyklucza jej historycznej realności. O książce, którą Koń darowuje Trudnemu, mogę powiedzieć tyle, że mogłaby istnieć w rzeczywistości. Matematyk Charles Howard Hinton, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, jest postacią autentyczną (autentyzm owej postaci zdaje mi się nawet nazbyt wielki: bardziej, aniżeli z racji swych dokonań naukowych, zasłynął Hinton z powodu dowiedzionej mu wielokrotnej bigamii oraz jako wynalazca maszyny do miotania piłek baseballowych; zaś jego ojciec, szanowny James Hinton, autentyczny aż do bólu, był religijnym przywódcą sekty propagującej poligamię i wolną miłość – na wiek przed hippisami). Tenże Charles Hinton jeszcze grubo przed I wojną światową opublikował był w prasie anglojęzycznej – nie tylko stricte naukowej – wiele artykułów popularyzujących ideę czwartego wymiaru przestrze