Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 57

–  No?

–  Powiem ci na ucho.

–  Słucham, słucham. Au! Nie ciągnij tak!

–  One przyszły w nocy. Przyszły do naszego pokoju i powiedziały, że jeśli choć rękę wystawimy poza próg domu, to się nam stanie jakieś takie coś, jak panu Fąfałnicowi, i że od tego umrzemy, umrzemy na pewno, i że ty wiesz, i żeby tobie powiedzieć, i potem nagle się zrobiły takie straszne-straszne-straszne-straszne, i Krystian zaczął płakać, bo on jest tchórz, i…

–  Zaraz, zarazi Dzisiaj w nocy się wam to śniło?

–  Ale, tato, ale nie, to nie był sen, one naprawdę przyszły i…

–  Słuchaj, Lea, ty sobie tego nie wymyśliłaś, prawda?

–  Taato…!

–  Dobrze, dobrze. Powtórz, proszę, nazwisko tego pana, któremu one już zrobiły… jakieś takie coś. Jak on się nazywał?

–  Fąfałnic.

–  Krystian też je widział i słyszał?

–  Aha.

–  A właściwie jak one wyglądały? Wiem, że strasznie, ale jak?

–  Noo, o, tak, tak jakoś…

– Wiesz co, ty mi je lepiej narysuj. Siądź sobie tutaj, masz papier i ołówek, i rysuj. O, widzisz. Ja tu będę pisać, a ty będziesz rysować.

Ale nic nie pisał. Pomimo nie zapadłego za horyzont zimowego słońca, ogarnęła Trudnego miękka i wilgotna ciemność nocy. Fąfałnic, von Faulnis. Nie mogły, po prostu nie mogły o nim wiedzieć. Gdy się im to śniło – nawet ja nic o wypatroszeniu Standartenfuhrera SS jeszcze nie wiedziałem. Jakże brzmiało tłumaczenie Rosenberga słów wyszeptanych przez ducha? Gospodarzowi… że to dla mego… Dla mnie. Śmierć von Faulnisa. Duchy tego domu potrafią dokonywać rzeczy niemożliwych – lecz przecież już wcześniej zdawałem sobie z tego sprawę: ściana, megaserce, strych. Zabiły Standartenfuhrera, a teraz szantażują mnie śmiercią moich dzieci. Znam już groźbę zawartą w tym szantażu, nie wyjawiły mi jednakże jego celu. Co takiego mam uczynić w zamian za darowanie życia Lei i Krystianowi? I owo uczucie: że jestem w tej historii postacią zaledwie trzecioplanową. Ahnenerbe. Die Gruppe. WerYIIMoeErde. „Niedawno. Osobowy. Interferencje. Niewytł. stabil." Te książki… Te żydowskie sieroty… Mordechaj Abram, który ukrywał u siebie – który ukrywał u siebie Szymona Sznica; tak, ja to czuję, to zbyt wielka zbieżność, by miała się okazać pustym przypadkiem. Szymon Sznic – jego notatnik, jego Księga. Że też nie mogę się z nikim podzielić całą tą historią, rozłożyć jej ciężaru na kilkoro umysłów. Bo w samotności – czuję, jak ogarnia mnie noc. Ale nie mam wyjścia. To z pewnością jest szaleństwo. To jest szaleństwo ponad wszelką wątpliwość – niestety, pozostaje przy tym również rzeczywistością. Strzelają do mnie. Mówią z powietrza. Pokazują na jawie koszmary. Więżą dzieci. Zsyłają noc. Ta gra mnie przerasta. Nie dla mnie napisano tę sztukę, moja rola nieznacząca, umrę w drugim akcie. Boże mój, co ja mogę? Co ja mogę? Tylko posłusznie wyczekiwać na rozkazy z zaświatów. A potem posłusznie je wykonać. Nic więcej, nic mniej. Ze mnie jest jednak dzie

– O, popatrz. Takie. Takie.

Spojrzał na podsunięty przez Lee rysunek. Nie rozpoznał góry i dołu. Obrócił kartkę kilkakrotnie, przekrzywiając przy tym głowę. Potwora wyśnionego przez Lee, pomimo szczerych wysiłków, nie ujrzał. We własnym skojarzeniu zobaczył na tym prostokącie papieru skrzyżowanie mapy Europy z którymś z dzieł tego szalonego Picassa oraz rozdeptaną meduzą.

–  Ładne, ładne.

15.

Grążel i Paniebuda byli na ciężkim kacu. Główki ich bolały, światło w oczka raziło i okrutne wprost pragnienie cierpieli.

–  A niech ja kapucynem zostanę, panie szefie, jeśli się dzisiaj albo jutro do getta, kurrwa, ruszę.

–  Czy ja ci mówię, że dzisiaj? Czy ja ci mówię, że do getta? Macie mi tylko wyniuchać jakiegoś wyedukowanego starozako

–  W razie czego, to każden jeden, kurrwa, bohater, za pańskim przeproszeniem, panie szefie, siostrzyczkę rodzoną na tacy Szwabom poda. Uch…! Może jednak znalazłoby się coś dla oczyszczenia oddechu?

–  A nalejcie sobie, moja strata… Słuchajcie no, draby głupie: przecie nie chodzi mi o męcze

–  Ale ich pan, panie Trudny, nie ten-tego, nie wyrzucisz do śmieci… No to i jest robota, a my teraz, kurrwa, forrmy nie mamy.

–  Tajes. My bez formy. My sflaczali. Patrz pan. Palcem bym nie ruszył, chociażby tu na mnie spadła gołodupna blondyna. Amen. Kaput. Finito. Grążel i Paniebuda do wulkanizacji.

To oczywiście były targi i rzecz stanęła na dziesięcioprocentowym upuście w kolejnym przemytniczym transporcie z getta. Bandyci wywlekli się z biura Trudnego pośród chrapliwych westchnień i bulgotliwych inwokacji do bóstw o niecenzuralnych imionach. Wyszli na miasto o dziesiątej; o trzynastej trzydzieści Paniebuda przekręcił do firmy Trudnego z ciastkarni w śródmieściu. – Notuj pan – zamamrotał. – Notujesz?

–  No.

–  Notuj. Urszulańska siedem. Pukasz pan do mieszkania numer jeden i pytasz o Zdzisia. Zdzisio jest ślepy na jedno oko i pluje, jak mówi; poznasz go pan. Zdzisiowi rzekniesz, żeś od Apollina. Nie wiem, co to za syf, ten Apollin, ale tak trzeba wołać, więc lepiej pan nie przekręć. Zanotowałeś pan?

– No.

–  To już ten Zdzisio dalej pana zaprowadzi. Żydek jest młodziak, ale podobnież strasznie mądry i uczony, i w ogóle. Czyta i pisze po ichniemu, bo chciał pan wiedzieć, to się spytałem. Graba.

Trudny poszedł na Urszulańska 7. Była to stara, czteropiętrowa kamienica z zaśmieconym podwórkiem studnią; wchodziło się doń przez ciemną, tunelową bramę. Dozorca spod numeru pierwszego, inkryminowany Zdzisio, odpowiadał obrazowemu opisowi Paniebudy w dwustu procentach. Mówił bardzo dużo, a miał katar oraz zapewne jeszcze z pół tuzina i

–  Tutaj.

Pochyłe żelazne drzwiczki w pochyłej, nago ceglastej ścianie. Zdzisio zapukał trzy razy, a potem dwa, a potem znowu trzy. Zazgrzytało i drzwiczki się uchyliły; w loch bluzgnęło żółte światło lampy naftowej.

–  Czego?

–  To ja – mlasnął Zdzisio. – Jest ten gość do pana. Drzwiczki uchyliły się szerzej. Trudny ostrożnie wyminął dozorcę, schylił się i wszedł do środka.

–  Trafi pan z powrotem? – zatroskał się Zdzisio.

–  Ja go odprowadzę – odparł mężczyzna z brodą i zamknął celę.

Trudny rozglądnął się, dojrzał krzesło, usiadł. Gospodarz spoczął na skleconej z drewnianych skrzyń pryczy.

–  Pan…?

–  Nieważne. Słyszałem, że czyta pan po hebrajsku. To prawda?

–  Prawda.

–  Sądzę, że nie miałby pan nic przeciwko drobnemu zarobkowi?

– Słucham.

Jan Herman otworzył teczkę i wyjął zeń brulion.

–  Chciałbym, żeby mi pan przetłumaczył pewien tekst. Mężczyzna zamrugał.

– Ten zarobek. Jak drobny?

Tu zaczęli się targować. Jako że jednak żaden z nich nie miał specjalnej ochoty na bazarowe zabawy, szybko doszli do porozumienia. Trudny podał Żydowi brulion. Ten przekartkował go powoli.

–  Na kiedy chce pan to mieć?

–  Na teraz.

–  A co to znaczy?

–  To znaczy, że nie wyjdę stąd, nie dowiedziawszy się co tam jest napisane.

Żyd żachnął się.

–  Ależ panie, tego jest kilkadziesiąt stron!

–  Nie chcę tłumaczenia dosłownego. Chcę po prostu poznać treść tych zapisków. To ważne. Rozumie pan? Nie mogę czekać, muszę wiedzieć. A pan… Nie przypuszczam, żeby się pan tu skarżył na nadmiar zajęć.

–  No wie pan! Trzeba to było powiedzieć, zanim zaczęliśmy ustalać cenę!

Lecz mimo wszystko zabrał się do lektury. Dwie skrzynki, identyczne z tymi, na których sypiał, stanowiły stół; na nim to umieszczono wielką lampę naftową. Brodaty Żyd, położywszy obok brulion, przesunął się na łóżku i w końcu przysiadł na samym jego kraju, pochylając się głęboko nad notatnikiem. Trudny natomiast zamknął i odstawił teczkę, założył nogę na nogę, wyprostował się na trzeszczącym krześle i oparł potylicę o zimny mur piwnicy; obserwował. Śmierdziało naftą i szczurami. Żyd czytał. Poruszał niemo skrytymi w gęstej brodzie wargami. Był młody, ale nie w ten sposób, w jaki odmalował to sobie Jan Herman po rozmowie z Paniebudą. Inaczej wszak liczy się czas wojny, człowiek bardzo szybko się starzeje w okresie podobnego zagęszczenia śmierci. Ów brodacz, skulony nad żółtymi od światła lampy kartami, on przeżył już swoje w trójnasób, widać wysoką stojącą falę pamięci za czarnym tiulem jego rozszerzonych źrenic. Pamięć nie pożre tego samego po raz drugi, a temu mężczyźnie rzucono dostatecznie dużo ciepłych jeszcze ochłapów nie wymyślonych wcześniej przezeń wrażeń i doświadczeń, by zaspokoić jej głód na wiele lat. Trudny zamrugał. Czy to sen? Czy zaczyna tu przysypiać? Ile to już minęło? Spojrzał na Żyda: wciąż czytał. Jan Herman miał go całego zamkniętego w swym spojrzeniu, ograniczonym efektywnym zasięgiem promieni świetlnych emitowanych przez niebieski płomień tańczący na knocie. Trudny patrzył na ikonę, na witraż, na mrocznie ikonograficzne wyobrażenie symbolu. Oto jest Żyd czytający księgę. Oto jest. Zgarbiony, schylony, o całym ciele ściśniętym, zwartym, o całej uwadze skupionej na tekście, zapadły w trans zgoła religijny. Wolno wznosi dłoń z odgiętym w górę długim, brudnym kciukiem, wolno go liże, a potem dłoń tę opuszcza i przewraca za pomocą zwilżonego rzadką śliną kciuka kolejną kartkę. Tę czy