Страница 13 из 57
Była noc, mógł więc tak myśleć, pozostając zarazem spokojny o swe zdrowie psychiczne. W ciemności nie widział otwierającej się powoli ponad nim paszczy szaleństwa, która jest większa od Słońca i mniejsza od pszenicznego ziarna. Oczy bestii są tak jasne, że czarniejsze od najczarniejszej czerni. Jej ciało zbudowane jest ze strachu; bestia jest bardzo piękna. Posiada imię, lecz nikt go nie zna.
10.
– Masz.
– Co to jest?
– Mój świąteczny prezent dla ciebie. Nie spóźnij się na to spotkanie, on pojutrze jedzie gdzieś w okolice frontu organizować nowe obozy.
– O czym ty gadasz, do cholery? – Bierz, bierz.
Wziął. Była to kartka papieru z adresem pewnej kawiarni, datą i godziną oraz nazwiskiem porucznika SS; porucznik nazywał się Klaus Jemke.
Trudny spojrzał pytająco na zadowolonego z siebie Janosa.
– No i co?
Janos wyciągnął się wygodnie w swoim antycznym fotelu za antycznym biurkiem. Ironiczny półuśmiech, jaki wykrzywiał mu wargi, mógł oznaczać wszystko.
– Chciałem ci zrobić przyjemność – rzekł. – Wyraźnie zalazł ci za skórę ten trup na strychu, słyszałem, że wypytujesz ludzi. No i sam się zakręciłem; tego Jemkego złapałem w ostatniej chwili, jego kumpel ma dług wobec mnie, więc facet poszedł mi na rękę. On ci opowie całą tę historię.
– Jaką historię?
– Historię zwłok w twoim domu. Trudny żachnął się.
– A odwal ty się ode mnie, dobra!? Mało mam przez to kłopotów, jeszcze ty będziesz sobie żarty robił?
– Ależ mój drogi Janie Hermanie, ja chcę ci tylko pomóc. – Janos zgarnął z biurka dopiero co podpisane przez siebie papiery, wsunął do tekturowej teczki, zapiął ją i rzucił Trudnemu. – Co to był za przekręt z tymi wa
– Aa, jak zwykle. Orżnij Polaczka ku chwale Trzeciej Rzeszy i takie tam. – Trudny poprawił okulary na nosie i zaczął grzebać w grubym pliku dokumentów złożonym na kolanach. – Co z zamówieniami IG? Widzę tu zlecenia dla jakichś niderlandzkich podwykonawców. Co jest, wchodzimy w tulipany, czy jak?
Standartenfuhrer Waffen-SS przysunął się wraz z fotelem ku bocznemu stolikowi, na którym urzędował podczas swych wizyt w intendenturze Trudny; teraz stały tu trzy segregatory i poobijany kołonotatnik, a obok piętrzył się krzywy stos starych dokumentów Wehrmachtu i SS. Stolik był po to, żeby zachować pozory na wypadek niespodziewanych wizyt podwładnych Janosa, bo oficjalnie Trudny był zwykły petent; na dodatek potencjalny wróg; na dodatek wciąż jeszcze Untermensch.
Dzisiejsza konferencja dwóch cichych wspólników trwała już sześć godzin: kończył się kwartał, kończył się rok,zbliżał się dzień nie zapowiedzianej kontroli WYHA SS -musieli dojść do jakiego takiego ładu z księgami podatkowymi (fałszowanymi, rzecz jasna) oraz statystyką (zupełnie już fikcyjną).
– Pokaż to.
– Stoi jak byk.
– Ja tego nie podpisywałem.
– A ta pieczątka?
– Cholera jasna, ktoś tu bierze w łapę za moimi plecami! Jaka to data?
– Masz, sprawdź. Coś mi się zdaje, że któryś z twoich ludzi wpadł na genialny pomysł oszukiwania oszustów Skalkulował sobie, że sprawy mu i tak nie wytoczysz. Mhm, trzeba by skontrolować kopie wszystkich dawniejszych zamówień, diabli wiedzą, za co my kładziemy głowę.
– Sprawy mu nie wytoczę, co? A, skurwysyn! Czekaj, czekaj… to Jeschke! No, Jeschke, kochaniutki, widzę, że, niedługo ubiją cię polscy bandyci.
Trudny skrzywił się.
– Nie można jakoś inaczej? Ostatnio nieco popsuły mi się z nimi stosunki. Zresztą… niektórzy zaczynają mieć opory. Skrupuły, sam rozumiesz.
Janos wzruszył ramionami.
– Nie rozumiem. Wróg jest wróg. Z Niemcami chyba walczą, no nie? Duża to różnica, którego esesmana rąbna? A jeszcze przysługę przyjacielowi zrobią.
– Jaki tam ja ich przyjaciel…
– A bardzo dobry, bardzo dobry. Nadaj im tego Jeschkego.
– Śmieją się z nich, że tylko księgowych likwidować potrafią…
– No, patrz, jak płaczę rzewnymi łzami nad ich urażoną- dumą…!
– …a tu jeszcze ta wsypa. Mają gdzieś wtykę i strasznie podejrzliwi się zrobili.
– Ponoć już ją rąbnęli. Jakiś ksiądz to był.
– Poważnie?
– A bo ja wiem? Jest taka dyrektywa: podtrzymywać plotki o kolaboracji polskiego kleru. To obniża ich morale. Z drugiej strony… przecież jednak nie myśmy tego księdza. Więc ciężko coś powiedzieć. Tak czy owak, powi
– Zobaczę, co się da zrobić.
Ale już nie tego dnia i nie przed świętami. Prosto od Janosa pojechał na spotkanie z Obersturmfuhrerem SS Klausem Jemke. Kawiarnia zwała się „Die Butterblume"; właściciel był chyba totalnym daltonistą, bo rzeczywiście całe jej wnętrze pomalowano na ohydny, jaskrawo kaczeńcowy kolor. Człowiek wchodził i już miał kaca, nie musiał nic pić, wystarczało, że spojrzał na ściany.
Jemke jednakowoż pił. Kelner wskazał Trudnemu zajmowany przez esesmana stolik; Trudny podszedł, rzucił płaszcz na krzesło, teczkę na stół – Jemke podniósł nań swą bladą twarz, wzrok niejasny, nieskupiony.
– Ehm… Herr Trudny?
Jan Herman usiadł. Przyjrzał się porucznikowi z nieukrywanym niesmakiem.
– Co z panem? – mruknął. – Kobieta?
Klaus parsknął, zaśliniając przy okazji mankiety munduru i obrus – opierał swą głowę na rękach, czasami jednak mu się z nich wymykała i musiał wtedy dłuższą chwilę walczyć o odzyskanie nad nią pełnej kontroli.
– Hitler – wymamrotał.
– Ach, ten front.
Jemke sięgnął po kieliszek, podniósł go do ust. Spojrzał: pusty. Wypuścił szkło z jękiem.
– Ja nie chcę umierać! – zarzęził, nachylając się ku Trudnemu. Połą rozpiętego munduru zahaczył o suchy badyl wystający z brunatnego wazonika stanowiącego jedyną ozdobę stolika.
– A kto chce? – zauważył sentencjonalnie Jan Herman, szukając po kieszeniach papierosów i zapałek, bo jak zwykle nie pamiętał, gdzie je ostatnio schował.
– Oni chcą! Oni chcą! – zaszlochał Klaus. – Tu wszyscy chcą umrzeć! – Zamierzył się rozdygotaną ręką na jakieś deliryczne zwidy zawieszone przed nim w nieruchomym powietrzu. – Pan jest Polak, prawda? Pan jest Polak- skierował swe przekrwione oczy na Trudnego. -Pan mi powie, o co w tym chodzi. Ja nie rozumiem. Ja nic nie rozumiem.
Trudny znalazł papierosy, zapalił jednego. Rozejrzał się po sali. Ciasna, nie doświetlona, oferowała klientom niskiej klasy ułudę prywatności, obskurnie fałszywą z braku tłumu wytwarzającego hałas i ścisk kamuflujący wszystkich jednaką maską anonimowości. Znudzeni kelnerzy rozmawiali o czymś przy barze. Dwie kurwy płaczliwie zwierzały się sobie nawzajem nad kieliszkami czerwonego wina. Łysawy kapitan Luftwaffe chrapał rozwalony na stoliku o dziko pomiętym obrusie, zalanym jakąś zielonkawą cieczą. W najciemniejszym kącie siedział posępny starzec i z rozciągniętą na pomarszczonym obliczu miną świadomego transcendentalnego znaczenia chwili męcze
– Czego pan nie rozumie?
– Śmierci! – wrzasnął Jemke, potem przeszedł do szeptu: – Jak to jest z tym zabijaniem, co? No, jak to jest? – Wygrzebał skądś swą czarną czapkę i podstawił Janowi Hermanowi pod nos srebrny emblemat nagiej czaszki podkreślonej dwoma piszczelami. – Widzi pan to? A oni widzą i myślą, że ja wiem. Ale ja nie wiem. Pan mi powie. Co to znaczy? O co tu chodzi z tym całym umieraniem?
Trudny spojrzał w dym.
– Jaki ma pan przydział? – spytał.
– Totenkopfyerbande – pociągnął nosem Obersturmfiihrer.
– No to się pan szybko dowie.
– Ale ja chcę teraz! – wydarł się Jemke. – Teraz! -I na kelnera: – Piwa! Albo czegokolwiek!
Kelner przyniósł cokolwiek.
Jan Herman zastanawiał się, czy po prostu nie wstać i nie wyjść stąd. Podarunki Janosa potrafiły być niebezpieczne dla obdarowywanego, o czym Trudny dopiero co się przekonał.
– Herr Jemke. Herr Jemke…! Pan mi miał opowiedzieć historię pewnego domu na Pięknej. Pamięta pan? Taka była umowa. Pamięta pan rozmowę ze Standarten-fuhrerem Janosem?
Coś tam Jemke pamiętał.
– Janos… ehm, Janos. No tak. Ten dom – zamrugał, potrząsnął głową. – A właściwie co panu do niego, hę?
– Mieszkam w nim.
– Aaa, mieszkasz pan w nim! Aa… to przepraszam. Jeśli pan mieszka, to owszem, proszę bardzo… – przysnął i zaraz się obudził. – Ale o co chodzi?
Jan Herman zrezygnował.
– Nie, o nic, śpij pan.
Naraz Klaus Jemke się oburzył.
– Ja nie śpię! Ja nigdy nie śpię! Ja w ogóle nie muszę spać! Siadaj pan! Wszystko pamiętam! Wszystko opowiem! No siadaj pan! I milcz, kiedy Jemke mówi! – Tu przestał mówić, lecz Trudny i tak się nie odzywał. Obersturmfuhrer przez dłuższą chwilę zbierał myśli, po czym ruszył na pierwszym biegu. – Mhm… ja wtedy robiłem w transporcie. Lato było. Upał, że skarż mnie Bóg. Wścieklizna na ludzi od tego gorąca. Dwóch w kompanii się pobiło, jednemu szwy, drugiemu areszt. I wtedy przyszedł rozkaz, żeby skończyć ten cały interes z Żydami. Wywoziliśmy ich już ponad rok, a tu jeszcze tysiące tego plugastwa, no, mówię panu, jak szczury, jak szczury… A na kolei zatory, bo to i transporty na front szły, więc walka priorytetów, i szyny gnące się od nieziemskich temperatur, i ten most, co to go wysadzili. Urwanie głowy. Były harmonogramy, ale nikt się ich nie trzymał, sam żem widział, jak się rozchodzi plan i życie. Na szczęście udało mi się znaleźć takiego kaprala, co w cywilu był dzie