Страница 95 из 113
– Do kogo należały szachty?
– A cóż ci po tej wiedzy? Jedźmy. Nie ma co tu stać.
– Jedźmy – Reynevan obrócił się w siodle. – Jedźmy, Samso…
Zmartwiał, głos zamarł mu w krtani. Nie było obok ogromnego jeźdźca na wielkim koniu, a gotów był przysiąc, że był, że stał po jego prawicy jeszcze przed momentem. Nie było jednak nikogo.
– Coś mówiłeś? – zagadnął urzędnik. – Reinmarze?
– Jedźmy.
Pojechali lasami, z biegiem rzeczki Kłodnicy, lewym brzegiem. W dziesięć koni, Reynevan, urzędnik i czterech jego pachołków, czterech zbrojnych Podpalaczy eskorty. Około południa dostrzegli wielką chmurę dymu, wznoszącą się nad ścianą boru na północy, w odległości mniej więcej pół mili.
– To Szarlej – odgadł bez trudu Reynevan. – Drugi obiekt. Owa officina ferraria . W miejscowości Rudki, o ile pamiętam. Duży dym, a więc i huta niemała. Do kogo należała? Ach, prawda, zapomniałem. Nic mi po tej wiedzy.
– Należała do nas. Do Fuggerów.
– Że jak?
– To huta Fuggerów – wzruszył ramionami urzędnik. – Szarlej właśnie podpalił własność Kompanii. Zniszczenia woje
– Wciąż jeszcze są. Ale coraz ich mniej.
– Czemu przypisać – zaryzykował pytanie Reynevan – fakt, że jesteś tu własną osobą? W lasach pełnych wilków i bandytów, wśród wojny i dymów pożarów? Wystawiony na ryzyko, na trudy i niewygody? Opuściłeś twój luksusowy kantor, wstałeś zza biurka, zza którego zwykłeś trząść światem. Dlaczego?
– Za biurkiem – odrzekł po chwili urzędnik – traci się kontakt z prawdziwym życiem. Zza dokumentów przestaje się widzieć realny świat, zza faktur, weksli i akredytyw przestaje się dostrzegać żywego człowieka. Nabiera się rutyny, a rutyna to rzecz zgubna. Nadto, dobrze jest się od czasu do czasu podniecić. Zakosztować przygody i smaku ryzyka. Poczuć, jak krew żywiej krąży w żyłach. Poczuć, jak…
Nie dokończył. Z zagajnika wypadli na nich ko
Reynevan ledwie zdążył nakręcić windę kuszy, strzelił nie celując, bełt przeszył szyję pędzącego nań konia, koń stanął dęba i runął wraz z jeźdźcem. I
– Żywcem! – krzyknął rycerz w szmelcowanej zbroi, najwyraźniej dowódca. – Żywcem brać!
Urzędnika Fuggerów ściągnięto z konia na ziemię. Na Reynevana skoczyło dwóch, jeden wyszarpnął mu topór. Drugi, młodzik z szeroko otwartymi oczami, usiłował strącić go z kulbaki głowicą miecza. Reynevan wyłuskał mu broń, chwycił oburącz, za jelec i klingę, uderzył pod naramie
Rozległ się wrzask, ziemia zadygotała pod kopytami. Na polanę w dzikim cwale wpadli jeźdźcy. Czarni od sadzy Podpalacze, na ich czele Szarlej ze wzniesionym falcjonem.
Raz-dwa było po bitce. Nim zdążyłbyś wymówić Christe redemptor omnium , ostatni z Krzyżaków rył piasek ostrogami w przedśmiertnych skurczach. I
– Zdaję się na łaskę – powiedział butnie rycerz w szmelcowanej zbroi, gdy przyprowadzono go przed Szarleja. – Jestem Magnus de Meurs, gość Zakonu Marii Pa
Szarlej wykonał krótki gest. Jeden z Podpalaczy zamachnął się i grzmotnął rycerza obuchem topora. Głowa pękła jak dynia, na trzy kawałki, każdy poleciał w i
Reynevan klęczał obok młodzika, tego, którego pchnął. Czarem Alkmeny zatamował krwotok, zaklęcie poskutkowało natychmiast; ostrze cudem jakimś ominęło ważne elementy układu naczyniowego, nie była uszkodzona ani arteria axillaris , ani arteria brachialis . Reynevan skoncentrował się, zaklęciem zasklepił żyłę pachową. Młodzik pojękiwał, blady jak płótno.
– Odsuńcie się, panie – rzekł, stając nad nimi, któryś z Podpalaczy. – Bym was niechcąc nie skaleczył, gdy go będę dobijał.
– Precz.
– Nie powinien zostać ani jeden świadek – powiedział urzędnik Fuggerów. – Ani jeden. Nie bądź niemądry, Reinmarze. Powściągnij samarytańskie zapędy, nie miejsce i nie czas na nie.
Reynevan zerwał się jak pchnięty sprężyną i trzasnął go pięścią. Urzędnik upadł na wznak, niczym kłoda, z błędnym wzrokiem macał dokoła rękami.
– Niech ci to poprawi smak przygody – powiedział Reynevan, drżąc ze złości. – I niech ci krew żywiej zakrąży. A wy precz. Leczę tu, a wy zasłaniacie mi światło.
– Słyszeliście, co rzekł – pouczył Podpalaczy Szarlej, głosem wielce wymownym i złowróżbnym. – Precz od niego. A wy, panie urzędnik, wstańcie i pozwólcie na stronę. Mamy do pogadania. Zlecenia wykonałem, pora się zrewanżować. Jesteście mi wi
Reynevan odwrócił się, zabrał za szycie i zakładanie opatrunku. Ra
Jęczał tak przejmująco, że Reynevan zdecydował się znieczulić go kolejnym zaklęciem. Tak silnym, że chłopiec przewrócił oczami i obmiękł.
Polana opustoszała, Podpalacze odjechali w las. Wtedy wrócił Szarlej. Sam.
– Twoja zapalczywość – powiedział zimno – mogła mnie drogo kosztować. Kto to widział, żeby tak od razu w zęby. Szczęściem nasz Fugger to człowiek interesu, prawdziwy profesjonał. Do tego zdaje się mieć do ciebie słabość.
– Krótko mówiąc – Reynevan wstał, wytarł płótnem ręce – człowiek interesu wydał ci konwój z czarnym furgonem. A gdyby nie wydał, to też wszak straty byś nie poniósł. Nie zarobiłbyś, ale nie stracił. Nie wyjeżdżaj mi tu więc z kosztami.
– Nie rozumiesz, przyjacielu. – Szarlej splótł ręce na piersi. – Nie wiesz wszystkiego. I może i dobrze, zważywszy, iż zamierzasz oblec mniszy habit. Co z ra
– Umrze, jeśli go tu zostawić.
– A ty, już prawie braciszek, takim grzechem sumienia nie obarczysz – odgadł Szarlej. – Dowieziesz go więc do swojaków. A oni cię powieszą. Mają wszak w swych szeregach prawdziwych specjalistów od wieszania jeńców, przybyłych wprost z Malborka.
Zbliżył się, stanął nad ra
– Ktoś ty? Jak się zwiesz?
– Parsifal… – wyjęczał młodzik. – Parsifal… von Rachenau…
– Skąd się tu wzięliście? Gdzie stoją oleśnickie wojska? Jak są liczne? Ilu zbrojnych przysłał wam z pomocą Zakon Pa
– Zostaw go w spokoju, Szarleju.
– Słuchaj, nomen omen Parsifalu – Szarlej pochylił się nad ra
– Tak, panie…
Wspólnymi siłami, pchając i ciągnąc, umieścili ra
Potem Szarlej wziął Reynevana na stronę.
– Od pomysłu – zaczął Szarlej – nie odwiodę cię, podejrzewam. Zapytam więc tylko dla porządku: Nie odłożysz zamiarów? Na termin późniejszy? By wpierw wespół ze mną ograbić czarny furgon?
– Nie.
– Dobrze rozważ. Typ od Fuggerów zdradził mi, na co można liczyć w furgonie. Nie musiałbyś rozglądać się za cudzymi klasztorami. Ufundowałbyś własny i został w nim przeorem. Nie kusi cię to?
– Nie.
– Trudno. Ruszaj zatem. Wskazówka pierwsza: wojska książąt oleśnickich leżą najpewniej na rubieży Pyskowice-Toszek, ale podjazdy będą już w okolicy spalonych Rudek, kierują się na dymy. Tam zawieź Parsifala i postaraj się nie dać złapać.
– Postaram się.
– Wskazówka druga: kieruj się na wschód, ku polskiej granicy, przekrocz Przemszę jak możesz najszybciej. W Polsce będziesz bezpieczniejszy niż na Śląsku.
– Wiem.
– Wskazówka trzecia, tycząca twej przyszłej mniszej kariery. Jeśli naprawdę zdecydujesz się na rzecz tak radykalną, zwróć uwagę na jej praktyczny aspekt. Klasztory, konwenty i zakony nie są bynajmniej otwartymi na oścież przytułkami dla łazików i przybłędów, ani tym bardziej azylami dla przestępców i ściganych prawem wywołańców. Inaczej każdy zbój Madej wykpiwałby się od kary przemieniając w brata Madeusza i drwiłby ze sprawiedliwości za klasztorną furtą. Z własnej praktyki powiem ci, przyjacielu, że dostać się za furtę jest o niebo trudniej, niż się zza niej wydostać. Krótko mówiąc, bez koneksji ani rusz.
– Do czego zmierzasz?
– Ja otóż – oświadczył spokojnie Szarlej – mam, jeśli cię to interesuje, pewne koneksje. W Polsce. Dziesięć mil za Wieluniem…