Страница 8 из 113
Wyrzeźbiona w tympanonie ratusza Śmierć śmiała się szyderczo i wywijała kosą.
Elencza płakała.
Reynevan skończył opowiadać. Jan Kralovec z Hradku, hejtman Sierotek, wsparty na bombardzie, patrzył na Strzegom, w zapadającym mroku czarny i groźny jak przyczajony leśny zwierz. Patrzył długo. Potem odwrócił się gwałtownie.
– Odchodzimy stąd – rzucił. – Dość będzie. Odchodzimy. Wracamy do domu.
Poranek był mglisty, jak na porę roku dość nawet ciepły. Poprzedzona patrolami i awangardą lekkiej jazdy, flankowana przez roty obciążonych pawężami piechocińców kolumna wozów szła, zostawiając za sobą Strzegom, na południe. Traktem na Świdnicę. Na Rychbach, Frankenstein, Bardo, Kłodzko. Na Homole. Do Czech. Do domu.
Skrzypiały pod ciężarem ładunków osie, koła żłobiły w topniejącym śniegu głębokie koleiny. Strzelały baty, rżały konie, porykiwały woły. Woźnice klęli. Nad kolumną krążyły stada czarnych ptaków.
W Strzegomiu bito w dzwony.
Był dwunasty lutego Roku Pańskiego 1429, sobota przed pierwszą niedzielą postu, sabbato proximo ante dominicam Invocavit.
Hejtmani Sierotek obserwowali wymarsz z przydrożnego wzniesienia. Zrywający się wiatr szarpał płaszcze, targał chorągwiami.
Nastroje nie były najlepsze. Przeziębiony Brazda z Klinsztejna kichał. Matej Salava spluwał. Zwykle i na co dzień posępny Piotr Polak sposępniał jeszcze bardziej. Nawet pogodny zazwyczaj Jan Kolda z Żampachu powarkiwał pod nosem. Jan Kralovec milczał ponuro.
– O! Patrzajcie! – Salava wskazał nagle zauważonego jeźdźca, ośnieżonym stokiem wzgórza zmierzającego na północ. – Kto to? Czy nie ten ra
– Puściłem – przyznał niechętnie Kralovec. – Chudziak. Okupu by nie dali. No to niech go szlag trafi.
– Da Bóg, trafi – charknął Piotr Polak. – Raniony jest. Sam, bez pomocy, do Wrocławia się nie dowlecze. Zdechnie gdzieś w zaspie.
– Nie będzie sam ni bez pomocy – zaprzeczył Jan Kolda, wskazując drugiego jeźdźca. – Ha! Toć to Reynevan na swoim inochodźcu! Jemu też pozwoliłeś odjechać, bracie?
– Pozwoliłem. Bo co on, niewolny czy jak? Gadaliśmy. Wagował się, wagował, widziałem, gryzie go coś. Wreszcie rzekł mi, pry, do Wrocławia mu mus wrócić. To wracaj, rzekłem. I tyle.
– No i niech go tam Pambiczek ma w opiece – skonkludował Brazda i kichnął. – Jedziem, bratrzy.
– Jedziem.
Zjechali ze wzniesienia, krótkim galopem dogonili kolumnę, wysforowali się na czoło.
– Ciekawe – rzekł, wstrzymując konia do kłusa, Brazda do jadącego obok Jana Koldy. – Ciekawe, co też tam ninie w dalekim świecie słychać…
– A tobie – odwrócił się Kolda – na co się znów zebrało? Świat, świat. Co ci po tym świecie?
– Nic – przyznał Brazda. – Ja ot tak, z ciekawości.
Poranek był mglisty, jak na miesiąc luty dość ciepły. Całą noc miało się na odwilż, od świtu śnieg topniał, odciski podkutych kopyt i wygniecione kołami wozów koleiny momentalnie wypełniały się czarną wodą. Osie i orczyce skrzypiały, kopie chrapały, woźnice klęli se
Sir John Fastolf se
– Co jest?
– De Lacy powraca!
Reginald de Lacy, dowódca straży przedniej, wrył przed nimi konia, tak gwałtownie, że aż musieli zmrużyć oczy przed pryskającym błotem. Na pokrytej jasnym puchem młodzieńczego zarostu twarzy rycerzyka malował się przestrach. Zmieszany z podnieceniem.
– Francuzi, sir Johnie! – zapiał, opanowując wierzchowca. – Przed nami! Na wschód i na zachód od nas! W zasadzce! Wielka siła!
Już po nas, pomyślał sir John Fastolf. Już po mnie. Zginąłem. A tak było blisko, tak było blisko. Omal się nie udało. Udałoby się nam, gdyby nie…
Udałoby się, pomyślał Tomasz Blackbourne. Udałoby się nam, Johnie Fastolfie, gdybyś, wstrętny opoju, nie chlał na umór w każdej przydrożnej oberży. Gdybyś, zbereźny wieprzu, nie kurwił się w każdym okolicznym burdelu. Gdyby nie to, żabojady nie zwiedziałyby się o nas, już od dawna bylibyśmy wśród swoich. A teraz jesteśmy zgubieni…
– Ilu… – sir John Fastolf chrząknięciem oczyścił gardło. – Ilu ich jest? I kto? Widziałeś znaki?
– Będzie… – zacukał się Reginald de Lacy, zawstydzony, że zemknął, nie przyjrzawszy się dokładniej francuskim proporcom. – Chyba ze dwa tysiące… Z Orleanu, więc to pewnie Bastard… Albo La Hire…
Blackbourne zaklął. Sir John westchnął ukradkiem. Spojrzał na swe własne wojsko. Na stu ko
Trzysta wozów śledzi. Trzysta wozów. Wozów.
– Wyprzęgać konie! – zaryczał byczo sir John Fastolf, stając w strzemionach. – Ustawić wozy w czworobok! Związać razem dyszle i koła! Wszystkim rozdać łuki!
Oszalał, pomyślał Tomasz Blackbourne. Albo jeszcze nie wytrzeźwiał. Ale pobiegł wykonać rozkazy.
Zaraz przekonamy się, ile w tym prawdy, myślał sir John, patrząc na krzątaninę swego wojska i formowany wozowy szaniec. W tym, co opowiadali o Bohemianach, o Hussites, tych skądś z Europy Wschodniej czy z Azji Mniejszej… O ich triumfach, o miażdżących klęskach, zadanych Sasom i Bawarom… O ich sły
Był dwunasty lutego Roku Pańskiego 1429, sobota przed pierwszą niedzielą postu. Słońce błysnęło, rozproszyło nisko snujące się mgły. Śledzie, zdawało się, zaczęły śmierdzieć jeszcze silniej. Od wschodu, od strony miasteczka Rouvray, rozbrzmiewał i narastał łomot kopyt.
– Łuki w garść! – wrzasnął, dobywając miecza, Tomasz Blackbourne. – They’re coming!
Ani Blackbourne, ani sir John Fastolf pojęcia nie mieli, że żyją jeszcze tylko przez przypadek, że ocalił ich szczęśliwy traf. Że gdyby nie ten traf, nie ujrzeliby świtu. Hrabia Jean Dunois, Bastard Orleański, zwiedział się o transporcie śledzi już kilka dni temu. Jego półtora tysiąca ko
Chłoptaś Clermont, jak zwał go La Hire, zawiódł, rzecz jasna, na całej linii. Przepuścił moment, zaprzepaścił zaskoczenie. Nie dał rozkazu do ataku, był bowiem zajęty. Śniadał. Po śniadaniu pomadowano go i fryzowano mu włosy. W czasie fryzowania hrabia uśmiechał się do jednego z towarzyszących mu młodzieńców, słał mu całusy, trzepotał rzęsami. Gońców od Dunois hrabia zignorował. A o Anglikach zapomniał. Miał ważniejsze sprawy i plany.
W zamieszaniu i bezhołowiu, gdy stało się jasne, że moment utracono, że Anglików już nie da się zaskoczyć, gdy Dunois klął, gdy La Hire i Xantrailles stali bezczy
– Celuj! – krzyknął Dikkon Wilby, dowódca łuczników, widząc pędzący na nich pancerny klin. – Celuj! Remember Agincourt!
Łucznicy, stęknąwszy, napięli długie łuki. Zaskrzypiały naciągane cięciwy. Sir John Fastolf zdjął hełm, jego płomie
– Teraz! – zaryczał jak tur. – Fuck them good, lads! Fuck the buggers!
Wystarczyło trzech salw, trzech ulew strzał, by Szkoci poszli w rozsypkę. Do wozów docwałowali nieliczni, po to tylko, by znaleźć śmierć. Skłuły ich oszczepy i gizarmy, porąbały halabardy i topory lochaberskie. Wrzask zabijanych bił w zimowe niebo.
De Lacy i Blackbourne, choć o husytach słyszeli mało, a o ich taktyce bojowej jeszcze mniej, w lot pojęli, co należy uczynić. Na czele swych stu ciężkozbrojnych wypadli zza wozów do kontrataku i w pościg. Jadąc na karkach Szkotów rąbali ich tak, że aż echo szło po równinie. Na wozach Walijczycy darli się triumfalnie, bluźnili i pokazywali uciekającym dwa uniesione palce.
Śledzie śmierdziały.
Dzięki ci, Panie, wzniósł oczy sir John Fastolf. Dzięki wam, wozy. Chwała wam, mężni azjatyccy Bohemianie, chwała ci, wodzu Sheeshka, choć imię twe pogańskie, twój woje
O mnie będą pisać sztuki dla teatru.