Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 69 из 113

Rozdział czternasty

w którym krwawią hostie i spotykają się przyjaciele. A nad miastem Bolesławiec zapada noc. I niczym u Wergilego sen pogrążył wszystko co żywe.

Dzień dziewiątego czerwca A

Z otępienia wyrwał ich krzyk. Krzyk pełen przerażenia.

– Sygnał! Sygnaaał!

Krzyczał rolnik z najdalej położonego pola. Krzyczał, wskazując na górę Warnkoppe, ze szczytu której wznosił się i bił w niebo pionowy słup czarnego dymu.

W Jemlitz, miasteczku położonym na południe od Żytawy, proboszcz parafii Świętego Cyriaka dreptał przez nawę kościółka, ocierając rękawem suta

Zatrzymał się, przyklęknął. I zaczął krzyczeć. Głosem tak okropnym, że usłyszeli i przybiegli robotnicy z plebanii.

Ołtarz zalany był krwią. Krwią, która wyciekła z tabernakulum.

Na żytawskim gościńcu załomotały kopyta, obok wozu przemknął goniec ko

– Jorg! – wrzasnął na syna. – Biegiem przez las do chałupy! Niech matka pakuje dobytek! Uciekamy! Czechy idą!

Biły na trwogę dzwony kościołów Świętego Krzyża i Piotra i Pawła. Dudniły buty, szczękało żelazo, krzyczeli setnicy. Miasto gotowało się do obrony.

– Przodem idą patrole – zameldował przybyły ze zwiadu rycerz Anzelm von Redern. – Za nimi idzie oddział ko

– A zatem na miasto nie uderzą – odetchnął Lutpold Uechteritz, starosta Żytawy. – Zgorzelec za swymi murami też może, widzi mi się, spać spokojnie. Ale co się dostanie miasteczkom, podgrodziom i wsiom, to się dostanie. Niektórym już po raz drugi.

– W Ostritz – załamał ręce Venantius Pack, opat franciszkanów – ledwo nowe krokwie gontem kryją… Klasztor cysterek ciągle w ruinie… Bernstadt jeszcze się z popiołów nie podniosło…

– Pozwolim na to? – zawołał zapalczywie młody Kaspar Gersdorf. – Nie wyjdziem zza murów? Nie ruszym w pole?

Ulryk von Biberstein, pan na Frydlandzie i Żarach, tylko parsknął lekceważąco. Starosta Uechteritz spojrzał młodzikowi w oczy.

– Ich jest siedem tysięcy – odrzekł zimno. – Z czym chcesz w pole, chłopcze?

– Z imieniem Boga na ustach! Przebóg, ja z moimi idę!

– Nie zatrzymuję.

– Jeśli pozwolicie, opuszczę Żytawę i ja. Z moimi ludźmi.

Lutpold Uechteritz obejrzał się. I przełknął ślinę.

Birkart Grellenort, wysła

– Idźcie – skinął przyzwalająco. – Idźcie, panie Grellenort.

Oby jak najdalej, dodał w myśli. I nie wracajcie. Ani ty, ani żaden z twoich piekielnych jeźdźców.

Reynevan czuł magię. Umiał ją wyczuwać. Nie stracił, jak się okazało, tej przydatnej umiejętności.

Wysoką drogę opuścili wkrótce po wyjeździe z Legnicy, zmusiła ich do tego nagła a nadzwyczajna aktywność podjazdów i patroli, zatrzymujących wszystkich do kontroli i naprzykrzających się na wszelkie możliwe sposoby. Wieści z Łużyc sprawiły, że psychoza husyckich szpiegów, czarownic i żydowskich dywersantów udzieliła się w Legnicy wszystkim, zapanowała nad wszystkimi umysłami. Przy wyjeździe z miasta zmitrężyli mnóstwo czasu, Brama Chojnowska była kompletnie zakorkowana. Kontroli i śledztwu poddawano co prawda tylko chcących wjechać do miasta, ale i opuszczającym przyglądano się nader podejrzliwie. Drogi roiły się od zbrojnych. Zaraz za Legnicą, ledwo wjechali na Via Regia , trakt wiodący przez całą Europę, napatoczyli się na kontrolujący podróżnych oddział ko

Noc zastała ich w bliskości Chojnowa, po ubiegłorocznej rejzie wciąż będącego ruiną i pogorzeliskiem. Przyjrzawszy się rankiem zgliszczom miasta, Reynevan zwątpił, by kiedykolwiek zdołało podnieść się z ruin.

Nadal trzymali się dróg polnych, ścieżek i wyboistych leśnych duktów, zmierzając ku zachodowi. Minęli, patrząc z góry, położoną w dolinie wioszczynę nad zakolem krętej rzeczki. I tu Reynevan wyczuł magię.

Czuł ją, węszył w leśnym zapachu mchu i żywicy, w wietrze, słyszał w nerwowym pokrzykiwaniu sójek i srok, w szumie liści i skrzypie pni. Wzbierający gwałtowną falą niepokój sprawił, że zatrzymał Rixę, mocno chwytając za tręzle jej konia. Nim zdążyła o cokolwiek spytać, zaczęło się.

– Adsumus! Adsuuumus!

Zza porośniętego jeżyną grzbietu po lewej wypadło i runęło na nich po pochyłości dziesięciu Czarnych Jeźdźców.

Obrócili konie i karkołomnym galopem puścili się w dół, ku rzeczce. Gdy forsowali ją w rozbryzgach błota, od prawej flanki osaczyło ich następnych pięciu Jeźdźców. Reynevan zdążył już, choć w pędzie, nakręcić windę swej myśliwskiej kuszy, teraz podrzucił łoże do policzka i nacisnął spust. Pomny dawnych nauk i doświadczeń nie mierzył w człowieka, lecz w konia. Trafiony bełtem kary ogier stanął dęba i zaszalał, zwalając na ziemię nie tylko własnego Jeźdźca, ale i dwóch sąsiednich, wśród pozostałych czyniąc zamieszanie, które pozwoliło im się przemknąć. I teraz rwali, bodąc boki koni ostrogami, kotliną w dół, na równinę, tam, gdzie bieliła się wstążka Wysokiej Drogi. Spod kopyt leciała rwana darń. A pościg następował im na pięty.

– Adsumus! Adsumus!

Z jaru po prawej, całkiem z bliska, wypadli kolejni Jeźdźcy, w pięć koni. Byli tak blisko, że w jednym rozpoznał dziewczynę. Ja ją znam, widziałem już, pomyślał. I skulił się w siodle, w samą porę, bo ciśnięty oszczep otarł mu się o ramię.

– Adsuuuumuuus!

Z łomotem kopyt wypadli na Via Regia, odsądzili się w szaleńczym cwale. Jeźdźcy byli tuż za nimi. Reynevan z przerażeniem dostrzegł, jak na ich czoło wysuwa się jeden, jak pędzi z rozwianym na kształt demonich skrzydeł płaszczem. Wiedział, kto to jest. Wiedział, zanim rozpoznał. Pochylił głowę na grzywę i runął w dziki bieg. Za Rixą, której gniada klacz rwała jak jeleń. Pomimo szaleńczych wysiłków, Czarni Jeźdźcy zaczęli zostawać z tyłu. Z początku nieznacznie, potem coraz wyraźniej. Zostawali w tyle. Ale nie zaprzestawali pogoni. Reynevan wiedział, że nie zaprzestaną. Rixa też to wiedziała.

– Komora! – przekrzyczała wiatr. – Celna!

Pojął. Punkt kontrolny w Tomaszowie, który chcieli ominąć, teraz mógł być ich ratunkiem. Zbiorowisko ludzi mogło być ich ocaleniem.

Ale od komory dzieliła ich jednak wciąż znaczna odległość. A konie, choć rącze, choć wciąż nie pozwalające Czarnym Jeźdźcom skrócić dystansu, nie były wszak z żelaza.

Reynevan poczuł magię. Usłyszał ją.

Pomurnik, nie zaprzestając cwału, uniósł rękę, wywrzeszczał zaklęcie. Konie Reynevana i Rixy zarżały dziko w odpowiedzi.

Droga przed nimi, biegnąca wśród szpaleru drzew Via Regia, dotychczas płaska jak stół, nagle jakby stanęła dęba. Tam, gdzie jeszcze przed momentem było równo i płasko, teraz wyrosła stromizna. Nie mające końca strome wzniesienie.

– To iluzja! – krzyknął Reynevan. – To czar! Tego nie ma!

– Powiedz to koniom!

Nie było sensu mówić. Konie zwolniły na stromiźnie. Darły się na nią, ale zaczęły chrapać, rzęzić, ronić płaty piany. Z tyłu doleciał ich triumfalny wrzask.

– W pole! Z drogi i w pole!

Skręcili. Ale pole też już nie było polem. Było górą, z pozoru jeszcze bardziej stromą aniżeli droga.

Przyszedł, uznał Reynevan, czas na środki rozpaczliwe.

Wysupłał spod kabata sznurek i zawieszony na nim żyłkowany kamyk z oczkiem w kształcie ludzkiego oka. Jakoby kastylijski, jakoby przywieziony z Burgos, nabyty w legnickim Zaułku Magów. Kosztujący trzy grosze. I prawdopodobnie tyleż wart.

– Viendo, no vean! – zakrzyczał, ściskając talizman w spoconej dłoni, tak mocno, jakby chciał go zgnieść. – Viendo, no vean! W bok, Rixa, w bok! Ku lasowi! Jedź ku lasowi!

– Widzą nas! Osaczą!

– Skręcaj ku lasowi!

Stało się niemożliwe. Niewiarygodne i nieprawdopodobne.

Talizman zareagował na zaklęcie-aktywator. I zadziałał.

Gnali ku lasowi, a doganiały ich krzyki, krzyki zdumienia i niedowierzania. A potem wściekłości. Nie oglądali się. Z twarzami wtulonymi w grzywy gnali, ile sił w koniach. Spowolnił i wyhamował ich dopiero las, gąszcz, wiatrołom, przepaściste wykroty. I cisza.

– Nie widzieli nas… – wciągnęła powietrze Rixa. – Naprawdę nas nie widzieli… Staliśmy się dla nich niewidzialni…