Страница 66 из 113
Rixa zamilkła. Reynevan odchrząknął.
– Co było… potem?
– Rok 1349.
– Czarna Śmierć.
– Jakbyś zgadł. Wi
– Było?
– W sumie tak. Ale później, gdy zaraza ucichła. Ot, jeden pogrom we Wrocławiu w 1360. Był pożar, obwiniono Żydów, zatłuczono lub utopiono w Odrze kilkadziesiąt osób, z mojej rodziny wszystkiego dwie. Nieco poważniej było w Krakowie, w roku 1407, we wtorek po Wielkanocy. Znaleziono zabite chrześcijańskie dziecko, oczywiście celem pozyskania krwi, niezbędnej wszak do wypieku paschalnych chlebków. Wi
– Wierzę.
– Ja się nie użalam – gwałtownie uniosła głowę. – Przyjmij to do wiadomości. Nie rozczulam się ani nad sobą, ani nad współplemieńcami. Ani nad Jerozolimą, ani nad świątynią. Uwene Jeruszalaim ir hakodesz bimhera wejameinu! Słowa znam, ich znaczenie mi umyka. Nad rzekami Babilonu siedzieć i płakać nie myślę. Nie oczekuję współczucia od i
– Rozumiem.
– Wątpię. Śpijmy. Jeśli twój specyfik podziała, wyruszymy skoro świt. Jeśli nie podziała, też.
Zjazd rodzi
Dwa dni zjazdu minęły jak z bicza strzelił, pozostała tylko jedna sprawa, sprawa trudna, która poważnie poróżniła rody Bischofsheimów i Sterczów. O ugodzie, wydawało się, nie było co nawet marzyć. Ale kanonik Henryk i Apeczko Stercza, przewodniczący, nie od parady mieli głowy. Dla uspokojenia atmosfery kanonik odmówił długą i nudną modlitwę po łacinie, Apeczko zaś zaproponował odbycie tryzny żałobnej za spokój dusz krewniaków i druhów poległych w stoczonych w obronie wiary bojach z husytami, w szczególności Heinemana Barutha, Gaweina Rachenaua, Reinharda Bischofsheima i Jencza Knobelsdorfa, zwanego Puchaczem. Uroczystości żałobne potrwały dzień i noc, wznowienie zaś obrad przyszło wstrzymać do czasu, aż żałobnicy dojdą do zmysłów.
Parsifal Rachenau w popijawie udziału nie wziął, młodym nie pasowanym tego co prawda nie zabraniano, ale też i nie zachęcano ich. Parsifal wolał zatem udać się na obchód wałów i stajni. Nagle ku ogromnemu zdumieniu spostrzegł swego druha, Henryka Barutha, zwanego Szpaczkiem, szparko idącego w jego stronę i wiodącego…
Swą kuzynkę. Jasnowłosą Ofkę von Baruth.
– Prezentuję – wysapał zdyszany Szpaczek, mrugając przy tym znacząco – mego druha i towarzysza broni, Parsifala von Rachenaua, syna pana Tristrama z Bukowa. Powiadam ci, Ofka, trudno o dzielniejszego niźli on. Jam, nie chwalęcy się, też przeciw Czechom wojował, ba, z czarownikami i czarownicami sprawę przyszło mieć… Ale on! Nie uwierzysz! On przeciw hordom heretyka Ambroża stawał pod Nachodem, samowtór ze mną przeciw stu. A na murach Kłodzka, ha, nie uwierzysz, dziewczyno! Choć ranion i krwią spływający, nieustraszenie odpór dawał kacerzom, którzy Kłodzko szturmowali. Sam pan Puta z Czastolovic głowę mu potem ścisnął!
Na policzki Parsifala uderzył karminowy rumieniec. I nie szło nawet o to, że Szpaczek łgał jak z nut. Parsifal po prostu nie mógł nie rumienić się na widok pa
– Zostawiam was – rzekł szybko Szpaczek. – Pogawędźcie sobie. Ja ważne rzeczy mam na głowie.
Zostali sami. A Parsifal, który jeszcze przed minutą gotów był odwdzięczyć się druhowi koniem z rzędem, teraz czuł, że chętnie rozkwasiłby mu nos. Choć bardzo chciał, nie mógł się bowiem przełamać i wydobyć z siebie słowa. Pewny, że pa
Wiał ciepły wiatr, w fosie zapamiętale kumkały żaby.
– Byliście ra
– Nie! – Parsifal aż podskoczył.
– Nie lza – dodał szybko – się przechwalać. Chwalipięta rycerskiego pasa nie godzien.
– Aleście się bili?
– Biłem.
– Tedy odważniście? Śmiali?
– Nie godzi się chwa…
– Obaczym, czyście tacy śmiali. – Ofka schyliła się nad fosą. – O! Złapcie dla mnie tę żabę.
– Żabę?
– Przecież mówię. Tę wielką. Dziękuję. A teraz zjedzcie ją.
– Co?
– Zjedzcie ją. Obaczym, czy wam śmiałości starczy.
Parsifal ścisnął żabsko w pięści. Zamknął oczy. I otworzył usta.
Ofka von Baruth chwyciła go za rękę, wydarła żabę i wrzuciła ją do wody. I poczerwieniała jak wiśnia.
– Wybaczcie, proszę – schyliła głowę. – Nie tak chciałam… Wcale nie tak. Prawie o mnie mówią, żem płocha…
– Nie jesteście… – przełknął ślinę Parsifal. – Nie jesteście płocha, pani. Jesteście…
Ofka uniosła głowę. Jej orzechowe oczy zrobiły się jeszcze większe, niż były.
– Jesteście piękna.
Ofka patrzyła nań długo. A potem uciekła.
Zjazd wznowiono, nierozstrzygalny, zdało by się, spór Bischofsheimów ze Sterczami zakończono wreszcie ugodą. Parsifal słuchał piąte przez dziesiąte. Był w i
– My, Henryk Landsberg, scholastyk kolegiaty niemodlińskiej, wszystkim wyznawcom Chrystusa, do których dotrze ten dokument, zaświadczamy, iż Burchard Mencelin, zarządca należącego do pana Guntera von Bischofsheima majątku w Niwniku, pozbawiony został życia przez Dietera Haxta, armigera pana Wolfhera von Stercza. Za zbrodnię tę pan von Stercza i Dieter Haxt zgodzili się uiścić na rzecz rodziny zabitego kwotę pokutną w zatwierdzonej przez świadczących panów rycerzy wysokości czterdziestu grzywien. Sumę pięciu grzywien otrzyma nadto parana kościoła w Niwniku. Wezwany do pomocy chirurg nie otrzyma nic, jako że pomoc ni żadnego skutku nie przyniosła. Na znak ugody wzniesiony zostanie na miejscu zbrodni krzyż pokutny kosztem wzmiankowanego armigera Haxta, na którym to krzyżu wykute będzie narzędzie zbrodni, czyli topór. Tym samym przychodzi do zgody między sprawcą zbrodni a rodziną zamordowanego, jako też wzmiankowanymi panami rycerzami. Działo się szóstego dnia czerwca w roku Łaski tysiąc czterysta dwudziestym dziewiątym.
– Parsifal! Mówię do ciebie! Śpisz czy co?
Poderwał głowę, wyrwany z głębiny marzeń. I struchlał. Wyraźnie rozgniewany ojciec był w towarzystwie dwóch rycerzy, starszego i młodszego. Młodszego, z twarzą kanciastą i ozdobioną białą szramą, Parsifal nie znał. Starszym był szlachetny Albrecht von Hackeborn, pan na Przewozie, rodzic Zuza