Страница 64 из 113
Rozdział trzynasty
w którym mowa jest o snach i ich interpretacji, a niespodziewane osoby zawierają niespodziewane sojusze.
We Wrocławiu powoli zapadał zmierzch, nastawała pora godziny szarej, zwanej inter canem et lupum , godziną między psem a wilkiem, kiedy to ciemniało, ale świateł jeszcze nie zapalano. Było gorąco, wilgotno i duszno, zbierało się na burzę. Kundrie gwałtownym łykiem opróżniła kielich z resztek aurum potabile , oblizała wargi.
– A zatem – powiedziała, mrużąc bursztynowe oczy – jedziesz do Jawora i na łużyckie pogranicze. Albowiem doszła cię wieść o pojawieniu się tam Reinmara z Bielawy. Choć wieść, jak rozumiem, nie potwierdzona i mało pewna, ty rzucasz wszystko i pędzisz na oślep. Ode mnie zaś żądasz czarów i zaklęć zdolnych zlokalizować istotę syderyczną. Choć już sto razy mówiłam ci, że to niemożliwe.
– Nie ma – odrzekł Pomurnik – rzeczy niemożliwych. To była pierwsza rzecz, jaką wpoili nam w Aguilar.
Neufra westchnęła. A potem ziewnęła, demonstrując imponujący garnitur kłów.
– Cóż – rzekła. – Reinmar z Bielawy, to rozumiem, trzeba go usunąć, inaczej będzie utrapieniem, wciąż szukając zemsty za brata. Popieram zamiar, by go pojmać i kazać umierać powolną śmiercią; wcześniej, jeśli by się udało, zamęczywszy na jego oczach ową Apoldównę, której wciąż poszukuje. Idea rewanżu jest słuszna i przyklaskuję jej. Ale ten jego kamrat, ten olbrzym… Ten rzekomy przybysz ze świata astralnego… Jego radziłabym ci jednak poniechać. Według mnie to Czuwający, jeden z Refaim . Z nimi nie zaleca się zadzierać. Bardzo niedobre przeczucia nawiedzają mnie odnośnie twego polowania. Nie działasz racjonalnie. Twoje zainteresowanie tym olbrzymem coraz bardziej zaczyna wyglądać…
– Na co?
– Na obsesję – dokończyła zimno. – W czystej klinicznej postaci. Tyś w manię popadł, synku. Martwi mnie to. Tym bardziej, że nie jedyna to ostatnio twoja mania.
– Coś powiedziała?
– Nie jedyna to twoja mania. Jak widzę i słyszę. A zwłaszcza czuję. Węchem.
– Że co?
– Nie udawaj głupiego. Bywam na mieście, słucham plotek. O tobie i pa
– Uważaj – syknął – byś nie przeholowała.
– Nie poznaję cię. Dziewek miałeś na kopy. Ty, Birkart Grellenort, marzenie i przedmiot westchnień połowy andaluzyjskich wiedźm. Aleś nigdy dotąd nie wiązał się z żadną białogłową, żadnej nie dałeś się ogłupić. Strzeż się, masz wrogów. Nie dali ci rady żelazem, mogli sięgnąć po i
Oczy Pomurnika błysnęły. I zaraz przygasły.
– Każde dzieło literackie – odrzekł spokojnie – w tym i Biblia, wśród morza zmyśleń kryje perłę prawdy. I tu wracamy do naszego wielkoluda. Gdy go schwytam, wyduszę z niego wiedzę, poznam, co to prawda i gdzie ona leży. Bo on nie rzekomo, ale naprawdę przybył stamtąd, z płaszczyzny syderycznej, z miejsca, którego nie znamy, o którym na dobry porządek nic nie wiemy. Jedni, jak wiesz, uważają to miejsce za domenę Istoty Najwyższej, popularnego Boga. Politeiści utrzymują, że to domena wielu bogów, półbogów, bóstw i demonów. I
– Schwytasz więc olbrzyma – przerwała neufra. – I co? Jeśli to Refaim, niczego z niego nie wyciągniesz.
– Wyciągnę. Jest uwięziony w materialnym ciele, skazany na ciała tego wady i niedostatki. W szczególności odczuwa ból, na który to ciało można wystawić. Ja, Kundrie, wystawię to ciało na ból. Wystawię tak, że on wyśpiewa mi wszystko.
– W tym i to, jak się dostać do domeny gwiezdnej?
– Lub przynajmniej nawiązać z nią kontakt – potwierdził. A zaraz potem zerwał się z karła, kilkoma krokami przemierzył pomieszczenie, od opartej o szafę trumny do stojącego pod najdalszą ścianą kompletnego szkieletu wieprza, Bóg jeden wie, do jakich celów służącego żywiołaczce.
– Co ma mi do zaoferowania ten świat? – podniósł głos. – Co może mi dać? Ten prymitywny świat, w którym wszystko już podzielono, rozkradziono i rozdrapano, w którym już nulle terre sans seigneur? Czym ja tu mogę być? Jaką władzę zdobyć, jaką potęgę? Kanonika katedralnego? Starosty i zarządcy Wrocławia albo, czym wabi mnie biskup, namiestnika całego Śląska? A choćbym i został biskupem, kardynałem i w końcu papieżem, co to za władza w obecnych czasach? Nawet jeśli uda się zniszczyć husytów, przykład przetrwa, idei unicestwić się nie da. Po husytach przyjdą i
Gruchotem przetoczył się daleki grom, kontrapunktując przemowę. Kundrie milczała. Pomurnik odetchnął głęboko.
– Marco Polo – podjął – dotarł do Cathayu. Portugalczycy dopłynęli do Insulas Canarias , do Madery, do Azorów, zbierają się do wyprawy oceanicznej. Wierzą, że tam, za oceanem, w nie odkrytym jeszcze świecie, znajdą bogactwo i prawdziwą władzę. Wierzą w kraj Księdza Jana, w ziemię Mogal, w Ofir i Taprobane, zamierzają tam dotrzeć; by to osiągnąć, nie cofną się przed niczym. Ja też nie zamierzam się cofać.
Neufra nadal nie odzywała się, na przemian strosząc i kładąc kolce grzbietowe.
– Czy wiesz – spytała wreszcie – kto był ostatnim, który coś takiego powiedział? Co ciekawe, w identycznym kontekście? Szalony poeta i czarownik Abdallah Zahr-ad-Dihn, autor księgi o tytule Al Azif , tytuł to onomatopeiczny zapis odgłosu wydawanego przez nocne owady i upiory. W późniejszych przekładach nazwisko autora strawestowano na Abdul Alhazred, a tytuł zmieniono na Necronomicon . I to się przyjęło.
– Wiem.
– Wiesz więc i to, że Abdul Alhazred przemożnie pragnął przedostać się do syderium , że nie cofał się przed niczym. Był na nawiedzanej przez upiory pustyni Roba el-Khaliyeh, był w Irem, poszukiwał Kadath. Zginął okropną śmiercią w roku 738, w Damaszku, w biały dzień, na oczach wielu świadków rozszarpał go i pożarł straszliwy demon. Nie schładza to twego zapału?
– Nie schładza.
– W takim razie – neufra przewróciła oczami – życzę szczęścia. Dużo, dużo szczęścia.
– Idę. – Pomurnik wstał. – Jutro wyruszam. Aha, Kundrie, znajdzie się może w twoich zapasach trochę Perferro? Chciałbym mieć na podorędziu.
– Dobra idea – żywiołaczka wyszczerzyła żółte kły – mieć to pod ręką. Zadaj panience, tej całej Douce von Pack. Mocniej zwiążesz ją ze sobą. Zdobędziesz gwarancję, że nie ucieknie z i
– Kundrie.
– Już nic nie mówię. Perferro mam, ale niewiele, jedną dawkę, dla jednej osoby. Zwróć się do biskupa, wiem, że ma zapas. A na Sensenbergu masz przecież Skirfira i jego alchemiczne atanory.
– Biskup nie przyzna się, że ma. A na Sensenberg jechać mi nijak.
– Myślę, że mnie śledzą – wyjaśnił, widząc jej uniesione brwi. – Nie jestem pewien nawet mojej Roty. To zbieranina…
– Zbieranina mętów – dokończyła. – Hałastra złożona z łotrów, hultajów, rzeźników i zboczeńców. Twoi Czarni Jeźdźcy. Takich masz pod komendą, bo tylko takich zdołałeś zwerbować. I z takimi ruszasz na wyprawę. Zaiste, bardzo jesteś zdesperowany.
– Dasz mi Perferro czy nie?
– Dam. I dołożę coś jeszcze. Coś specjalnego. Powi
Otworzyła stojący na stole kuferek, wyjęła coś stamtąd. Pomurnik z trudem zapanował nad odruchem obrzydzenia.
– Atrakcyjne, co? – zarechotała neufra. – Uaktywnia się zaklęciem. Wywodzącym się zresztą z Al Azif , a udoskonalonym przez Nefandi i italskich nekromantów. Ćwierkanie nocnych owadów, szelest ich skrzydełek… Ma dwie funkcje. Powi
– A druga funkcja?
– Posłuż się, gdy zajdzie potrzeba kogoś zabić. Zabić tak, by zabijany czuł, że umiera.
– Bywaj, Kundrie.
– W zdrowiu, synku.
W dach zastukały pierwsze krople deszczu.
Błyskawica rozdarła niebo, prawie natychmiast gruchnął grom, przeciągle i ostro, z trzaskiem dartego materiału. Ulewa nasiliła się, ściana wody kompletnie przesłoniła świat.
– Jakby się kto na nas uwziął – Reynevan strząsnął wodę z kołnierza. – Czas nagli, a tu masz, chmura się obrywa. Potop po prostu.
Przeczekiwali burzę w lesie, w gęstych zaroślach, które jednak ochronę dały tylko przez chwilę, teraz lało się na nich równo. Konie trzęsły grzywami, pospuszczawszy łby.
– Deszcz słabnie – otarła mokry nos Rixa. – Burza się oddala. Zaraz przejdzie, a wtedy polecimy w skok, cwałem, wicher nas osuszy. I wywieje złe myśli z głów.
Ulewa nie odpuściła jednak tak prędko, a rozmiękły po niej gościniec nie bardzo pozwalał na cwał i i