Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 56 из 113

– Z mojego rozkazu – powiedział – uczynisz to, co uczynisz. A to, co będzie uczynione, my, biskup Wrocławia, volumus et contentamur , akceptujemy i uznajemy za zgodne z naszą wolą. I pełną na się za to bierzemy odpowiedzialność. Wystarczy?

– Teraz w zupełności.

Wielki zegar miejski, wiszący na wieży wrocławskiego ratusza od czasów biskupa Przecława z Pogorzeli, wśród zgrzytów trybów i pojękiwania sprężyn obwieścił nagle metalicznym biciem dziewiątą godzinę dnia. Teraz, w końcu marca, oznaczało to, że do zachodu słońca i ignitegium pozostawało około trzech godzin.

Douce von Pack stała w oknie, całkiem naga, obrócona plecami do Pomurnika, wsparta o framugę jak kariatyda. Pomurnik nie mógł oderwać wzroku. Mógłby tak na nią patrzeć godzinami.

– Podejdź tu – odezwał się. – Proszę.

Usłuchała.

– Mówiłaś – powiedział wolno – że pragniesz robić to, co ja. U mego boku. Nadal tego chcesz? Nie zmieniłaś zdania? Jesteś na to gotowa?

Kiwnęła głową. Wolno.

– Jeśli zaczniesz, nie będzie odwrotu. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Znowu kiwnięcie. Pomurnik wstał.

– Włóż to.

Po chwili stała już przed nim w czarnym pikowanym aketonie, nogawkach i wysokich butach. Pomógł jej założyć i zapiąć płyty napierśnika, naplecznik, gorget, naramie

– Miecz?

– Wolę oszczep.

– Wypij to. Do dna. Powtarzaj za mną: Adsumus, Domine, adsumus peccati quidem immanitate detenti

– Przybądź do nas, pozostań z nami, zechciej przeniknąć nasze serca…

– Amen. Idziemy.

– Co to było… To, co wypiłam?

– Narkotyk.

– Niezbyt to smaczne.

– Przywykniesz. Idziemy. Aha. Jeszcze jedno. Powiedz mi…

Uniosła głowę. I oczy. Koloru toni górskiego jeziora. Piękne. Urzekające. I absolutnie nieludzkie.

– Jak ty – spytał Pomurnik z ociąganiem – właściwie masz na imię?

Dzierżka de Wirsing nie wiedziała, co ją zbudziło. Nie było to szczekanie psów, psy, niepokojone być może przez podkradającego się leśnego zwierza, szczekały w Skałce całą noc, ich szczek tylko z początku przeszkadzał w zaśnięciu, potem spowszedniał i stracił swój alarmujący charakter, stał się dla ucha czymś zwyczajnym. Prawdopodobnie była to więc mara, straszny koszmar se

Psy nie szczekały.

– Elencza! Zbudź się! I ubieraj!

– Co się stało?

– Wstawaj! Żywo!

Dzwoniąca w uszach nienaturalna cisza pękła nagle, rozpruta przez dobiegający z podwórza krzyk mordowanego. Krzykowi prawie natychmiast zawtórowały i

– Elencza! Tu! Tędy!

Dzierżka przesunęła skrzynię, zdarła ze ściany żubrzą skórę, otworzyła ukryte za nią drzwiczki. Zza drzwiczek powiało stęchlizną i chłodem.

– Pani Dzierżko!

– Prędko, nie ma czasu! Przechód doprowadzi cię nad strumień. Ukryj się tam, nie wychodź, dopóki… Dopóki wszystko się nie skończy. Żywo, dziewczyno!

– A ty? Nie zostawię cię!

– Do przechodu! Natychmiast! Nie waż się być nieposłuszną! Idź, dziecko, idź…

Zamknęła drzwiczki, zamaskowała je skórą i skrzynią. Zerwała ze ściany w sieni rohatynę. I wypadła na podwórze.

Nie zdążyła zobaczyć nic poza migotaniną sypiących i iskrami pochodni. Na samym progu staranował ją rozpędzony koń, runęła na ziemię z dławiącym oddech impetem. Podkute kopyta tłukły o grunt tuż obok niej, groziły zmiażdżeniem. Nie miała siły się poruszyć. Ktoś chwycił ją, powlókł. Poznała. Sobek Snorbein.

– Pani… Ratujcie się…

Więcej Sobek Snorbein powiedzieć nie zdołał. Stęknął, padł na kolana, z ust buchnęła mu krew. Dzierżka zobaczyła grot oszczepu, wyzierający mu z piersi. Obok przemknął ko

– Adsumus! Adsumuuus!

Dookoła znowu załomotały kopyta, zaroiło się od jeźdźców. Czarnych Jeźdźców.

– Adsumuuus!

Wprost na nią, wyciągając ręce, biegła kobieta w koszuli. Na oczach Dzierżki Czarny Jeździec rozwalił jej głowę ciosem miecza. Dzierżka zerwała się, ale znowu najechano ją, obalono. Poderwał ją arkan, ręce w żelaznych rękawicach. Zawisła między dwoma końmi. Trzeci naparł na nią.

– Gdzie jest dziewczyna?

Dzierżka splunęła. Coś świsnęło, w oczach rozbłysło. Skurczyła się z bólu.

– Gdzie jest dziewczyna?

Bicz znowu spadł, smagnął. Zawyła. Jej krzyk mieszał się z i

– Gdzie jest dziewczyna?

– Nie dostaniecie jej… Nie ma jej tu… Jest daleko.

Czarny Jeździec nachylił się ku niej z siodła. Zobaczyła jego oczy. Ptasie i złe.

– Twoich pachołków, koniuchów, dziewki i dzieciaki – powiedział – kazałem zamknąć w stajni. Spalę ich tam, upiekę razem ze wszystkimi twoimi końmi. Jeśli nie powiesz, gdzie jest dziewczyna, wszystkich usmażę żywcem.

– Nie dostaniesz jej – powtórzyła, wypluwając krew płynącą z przeciętych biczem warg. – Nigdy jej nie znajdziesz i nigdy nie zdołasz skrzywdzić.

Jeździec odwrócił się, wydał rozkaz. Wnet noc eksplodowała gorącym podmuchem, pojaśniała czerwonym blaskiem wielkiego ognia. I potwornym krzykiem, głosem, którego nie był w stanie zgłuszyć ryk pożaru. Kwikiem żywcem płonących zwierząt. I ludzi.

Boże, wybacz mi, powtarzała w myśli Dzierżka, kuląc głowę w ramiona pod uderzeniami bata. Boże, wybacz grzech. Ale oni zabiliby Elenczę… A ludzi i konie spaliliby i tak…

Ogień bił aż pod niebo. Zrobiło się jasno jak w dzień. Ale Dzierżka nie widziała nic. Była jak ślepa.

Obalono ją na ziemię. Rzemieniem spętano nogi w kostkach. Koń zarżał, zatupał, rzemień się napiął, poczuła szarpnięcie, poszorowała po ziemi.

– Masz ostatnią szansę, koniarko – dobiegł skądś z góry zły głos Czarnego Jeźdźca. – Powiesz, gdzie jest dziewczyna, a podaruję ci szybką śmierć.

Dzierżka zacisnęła zęby. Zaraz będę znowu z tobą, Zbylut, pomyślała szybko. Trochę pocierpię, nic to, wytrzymam. I będę znów u twego boku.

Ktoś krzyknął, ktoś gwizdnął, koń runął w cwał. Świat w oczach Dzierżki zmienił się w długą ognistą linię. Żwir ciął skórę jak raszpla.

Po trzecim nawrocie straciła przytomność.

– Będzie żyć – stwierdził sucho wezwany ze Środy zako

– Chodzić wydoli? – spytał, gryząc wąs, rycerz Tristram Rachenau, pan na Bukowie. Jego syn, Parsifal, wyglądał mu zza pleców.

– Ko

Franciszkanin pokręcił głową, spojrzał na Elenczę.

– Nie wiem… – zająknął się. – Może. Może kiedyś, z łaską boską… Strasznie jest zmasakrowana… Szczęście to, szlachetny panie, żeście z drużyną w czas z pomocą przyskakali, tamtych przepłoszyli. Inaczej…

– Somsiedzka pomoc, zwykła rzecz – odburknął Tristram Rachenau. – Takoż, jasna sprawa, tu, u mnie, w stanicy, niechaj leży i się kuruje. Póki nie ozdrowieje, na nogi nie stanie, a jej ludzie Skałki nie odbudują. Ha, cud to, że się z tej stajni wyłamali, inaczej wszyscy by tam zgorzeli, żywa noga by nie uszła. I koni większość uciec z pożaru zdołała… Na honor, cud to, cud prawdziwy.

– Bóg tak chciał. – Franciszkanin przeżegnał się. – I ja tu ostanę, panie rycerzu, jeśli zezwolicie. Mus teraz nieustawnie chorej doglądać, opatrunki zmieniać… Panienka mi pomoże. Panienko?

Elencza uniosła głowę, otarła przegubem opuchnięte od płaczu powieki.

– Pomogę.

Dzierżka de Wirsing poruszyła się na łożu, głucho jęknęła spod bandaży.

Był trzydziesty marca A