Страница 96 из 120
– Czego stoisz?
Chwycił jej dłoń, wskoczył za nią na zad klaczy. Klacz zachrapała i zadrobiła kopytami, wykręcając łeb cofnęła się od trupa.
– Kto to był?
– Demon – odpowiedziała, odgarniając z czoła nieposłuszne włosy. – Jeden z tych, co kroczą w ciemności. Ciekawe tylko, kurwa, kto na mnie doniósł…
– Haszsz'aszin.
– Co?
– Haszsz'aszin – powtórzył. – Ten tutaj był pod wpływem odurzającej arabskiej substancji ziołowej, zwanej haszsz'isz. Nie słyszałaś o Starcu z Gór? O asasynach z cytadeli Alamut? W Chorasanie, w Persji?
– Do diabła z twoim Chorasanem – obróciła się w siodle. – I z twoją Persją. Jesteśmy, jeśli do cię jeszcze nie dotarło, na Śląsku, u podnóża Góry Grochowej, milę od Frankensteinu. Ale do ciebie, widzi mi się, dużo może nie docierać. Schodzisz ze stoków Grochowej o świcie po jesie
Dzierżka de Wirsing przesadzała – strach, jak zwykle, miał wielkie oczy. Na drodze i na zarośniętym chwastami poboczu leżało tylko osiem trupów, z czego pięciu zabitych należało do zbrojnej eskorty, broniącej się do ostatka. Blisko połowa z czternastoosobowej ekipy ocalała, ratując się ucieczką w pobliskie lasy. Z tych wrócił tylko jeden – staje
Rycerze – ich orszak wraz z giermkami i pachołkami liczył dwadzieścia jeden głów -jechali woje
Słońce uniosło się wyżej, rozproszyło mgłę, w jego blasku zalśniły rubinowo skrzepłe krople, wiszące, niczym jagody, na porastających pobocze ostach i bylicach. W żadnym z rycerzy widok nie wzbudził ani estetycznych, ani poetycznych skojarzeń.
– Ale ich, kurna mać, porąbali – powiedział, splunąwszy, Kunad von Neudeck. – Ależ tu sieczka była, hej.
– Katowskie cięcia – zgodził się Wilhelm von Kauffung. – Rzeźnia.
Z lasu wyłonili się następni ocaleli, pachołcy i koniuchy. Choć bladzi i półprzytomni ze strachu, nie zapomnieli o obowiązkach. Każdy wiódł kilka koni z tych, które rozpierzchły się podczas napadu.
Ramfold von Oppeln, najstarszy z rycerzy, spojrzał z wysokości siodła na staje
– Kto was napadł? Mówże, chłopie! Uspokój się. Przeżyłeś. Nic ci już nie grozi.
– Bóg ustrzegł… – w oczach staje
– Przy okazji daj na mszę. A teraz gadaj. Kto was pobił?
– A mnie ta skąd wiedzieć? Napadli… W zbroi byli… W żelazie… Jako i wy…
– Rycerze! – żachnął się dryblas z twarzą mnicha, noszący na czerwonej tarczy dwie srebrne skrzyżowane kłonice. – Rycerze napadają kupców na gościńcach! Na mękę Pańską, najwyższa pora temu raubritterstwu kres położyć. Najwyższa pora przedsięwziąć ostre jakie środki! Może, gdy kilka łbów na szafotach zleci, opamiętają się wreszcie pankowie z zameczków!
– Święta racja – przytaknął z kamie
– A dlaczego – wznowił śledztwo von Oppeln – was napadnięto? Wieźliście co drogoce
– Gdzie tam… No, chyba, że konie…
– Konie – powtórzył w zamyśleniu de Hartha. – Łasa rzecz, konie ze Skałki. Ze stadniny pani Dzierżki de Wirsing… Świeć, Panie, nad jej…
Urwał, przełknął ślinę, nie mogąc oderwać oczu od zmasakrowanej twarzy kobiety, leżącej na piasku w makabrycznie nienaturalnej pozie.
– To nie ona – staje
– Pomylili się – chłodno stwierdził fakt Kauffung. – Wzięli tę masztalerzową za Dzierżkę.
– Musi wzięli – potwierdził beznamiętnie staje
– Bo co?
– Wyglądała dostojniej.
– Czyżbyście – von Oppeln wyprostował się w siodle. -Czyżbyście, panie Wilhelmie, sugerowali, że to nie był napad rabunkowy? Że to pani de Wirsing…
– Była celem? Tak. Jestem tego pewien.
– Była celem – dodał, widząc pytające spojrzenia pozostałych rycerzy. – Była celem jak Mikołaj Neumarkt. Jak Fabian Pfefferkorn… Jak i
– Wi
– Mogli też – rzekł cienkim głosem młodziutki Henryk Baruth, dla odróżnienia od wszystkich i
– Jak miało ostać – Wencel de Hartha spojrzał na młodzika z politowaniem – kiedy głowy u niego nie ostało…
– Mogły tego – wtrącił ponuro Gunter von Bischofsheim – dokonać one wiedźmy na miotłach, co na nas wczoraj nocą przy ognisku spadły! Na myckę świętego Antoniego! Toż to się zaczyna pomału rozwiązywać zagadka! Przeca wam mówiłem, że był między diablicami Reinmar de Bielau, żem go rozpoznał! A rzecz pewna, że de Bielau to czarownik, że w Oleśnicy czarną magią się parał, że uroki rzucał na niewiasty. Tamtejsi panowie mogą potwierdzić!
– Ja tam nic nie wiem – zamamrotał, patrząc na Be
– Ano, tak jest – odchrząknął Ebersbach. – My w Oleśnicy rzadko bywamy. Płotków nie słuchamy…
– Nie plotki to – spojrzał na niego Runge – lecz fakty. Bielawa czary uprawiał. Przeklętnik pono brata własnego zabił, jak Kain, gdy ten czarcie jego praktyki odkrył.
– Rzecz to pewna – przytaknął Eustachy von Rochów. – Mówił o tym pan von Reideburg, strzeliński starosta. Do niego zaś takie wieści z Wrocławia doszły. Od biskupa. Młody Reinmar de Bielau oszalał od uprawianych czarów, diabeł rozum mu pomieszał. Diabeł ręką jego kieruje, do zbrodni pcha. Zabił własnego brata, zabił pana Albrechta Barta z Karczyna, zamordował kupca Neumarkta, zamordował kupca Hanusza Throsta, ba, na księcia ziębickiego się pono zamachnął…
– Jużci zamachnął – potwierdził Szpaczek. – Do wieży za to poszedł. Ale zbiegł. Z diabelską pomocą niezawodnie.
– Jeśli to czartowska sprawa – rozejrzał się z niepokojeni Kunad von Neudeck – to jedźmy stąd co żywo… Bo jeszcze się do nas co złego przyczepi…
– Do nas? – Ramfold von Oppeln pacnął dłonią w zawieszoną u siodła tarczę, powyżej herbowego srebrnego osęka przepasaną wstęgą z czerwonym krzyżem. – Do nas? Do tego znaku? Dyć żeśmy krzyż wzięli, dyć my krzyżowcy, z biskupem Konradem krzyżową wyprawą na Czechy idziem, bić heretyków, Boga bronić i religii! Nie ma do nas czart przystępu. Bośmy milites Dei, anielska milicja!
– Jako anielska milicja – zauważył von Rochów – mamy i nie tylko przywileje, ale i obowiązki.
– Co chcecie przez to rzec?
– Pan von Bischofsheim rozpoznał Reinmara z Bielawy wśród czarownic lecących na sabat. O tym, jak tylko zajedziemy do Kłodzka, na punkt zborny krucjaty, trzeba nam donieść Świętemu Oficjum.
– Donosić? Panie Eustachy! Wzdyśmy pasowani!
– Względem czarów i herezji donos rycerskiej czci nie plami.
– Zawsze plami!
– Nie plami!
– Plami – orzekł Ramfold von Oppeln. – Ale donieść trzeba. I się doniesie. A ninie dalej, panowie, w drogę, do Kłodzka, nie lza się nam, anielskiej milicji, na punkt zborny spóźnić.
– Byłby wstyd – potwierdził cienko Szpaczek – gdyby biskupia krucjata bez nas na Czechy ruszyła.
– Tedy jazda, w drogę – Kauffung obrócił konia. – Tym bardziej, że nic tu już po nas. Kto inszy, widzę, aferą się zajmie.
W samej rzeczy, gościńcem nadjeżdżali zbrojni burgrabiego z Frankensteinu
– Oto – Dzierżka de Wirsing wstrzymała konia, westchnęła mocno, przytulony do jej pleców Reynevan poczuł to westchnienie. – Oto i Frankenstein. Most na rzece Budzówce. Na lewo od drogi hospicjum bożogrobców, kościół świętego Jerzego i Narrenturm. Na prawo młyny i budy farbiarzy. Dalej, za mostem, brama miejska, zwana Kłodzką. Tam zamek książęcy, tam wieża ratusza, tam fara świętej A
– Tu?
– Tu. Ani myślę pokazywać się w pobliżu miasta. A i tobie by się zastanowić, krewniaku.
– Ja muszę.
– Tak myślałam. Zsiadaj.
– A ty?
– Ja nie muszę.
– Pytałem, dokąd pojedziesz.
Dmuchnięciem odrzuciła włosy. Spojrzała na niego. Zrozumiał spojrzenie i więcej pytań nie zadawał.
– Bywaj, krewniaku. Do widziska.
– Oby w lepszych czasach.