Страница 7 из 48
Flanele, płótna, jedwab
„Pani Walma
Za oknem, po drugiej stronie jezdni, szli Hardenbergowie z małym Erwinem, potem zza drzew wypadł na niebo czarny cień, przywarli do ziemi tuż pod ogrodzeniem z żelaznych prętów, wózek z czerwoną kołdrą okręconą sznurkiem przewrócił się w śnieg, cień z łoskotem przeleciał nad dachami w stronę Zoppot, dalekie odgłosy wybuchów były stłumione, jakby ktoś ręką w miękkiej rękawicy uderzał w wielki pusty słój, podbiegli znów do wózka i gdy pan Hardenberg zarzucił na ramię parcianą taśmę, przytwierdzoną do podwozia, mocną, szeroką taśmę, którą dostał wczora) od stryja Kolwitza, ze stolarni, Erwin podparł chwiejący się pakunek. Ruszyli powoli w stronę Kronprinzenallee.
Odwróciła się od okna.
Pan Walma
Pani Walma
Więc pani Walma
„Panie Hanema
Ach, dzieci! Ileż to razy prosiła, by nie wychodziły przed dom. Jak jednak mogła upilnować te dwie niespokojne dziewczynki w mysich płaszczykach, które goniąc się po schodach w sieni, co kilka chwil wybiegały do ogrodu, a potem wracały zgrzane, z białym obłoczkiem wokół twarzy: „Mutti, nam jest gorąco”. „Ale! – odpowiadała ze zniecierpliwieniem. – To po co biegacie, macie siedzieć na dole, w pralni, możecie przecież bawić się wełną. Albo lepiej pozamiatajcie korytarz”. Lecz one nie chciały o tym słyszeć. Wciąż podbiegały do ogrodzenia z prętów i wołały do dzieci idących obok wózków zapchanych pościelą: „Gerda, Fritzr już idziecie?”, po czym dodawały z dumą: „My też zaraz pójdziemy” – i kręciły się po podwórku, rzucając śnieżkami w burego kota pani Peltz, który nie zamierzał zejść z daszku werandy i tylko łapą strącał białe kule z ośnieżonej spadzizny na ścieżkę.
Śmiech Marii i Ewy… Nawet wezwania ojca nie mogły zapędzić dziewczynek pod dach. Gdy samolot z białymi cyframi na kadłubie przelatywał nad domem, niemal zahaczając brzuchem o szczyt ogromnej brzozy rosnącej w kącie podwórza, a ludzie na ulicy przywierali w śmiesznych pozach do ścian, by ukryć się pod kamie
Uspokoiła się trochę, gdy dziewczynki przyczaiły się w korytarzu szepcząc coś i chichocząc. Chciała teraz być sama, nadeszło to najgorsze, drażniła ją nawet obecność Alfreda. Więc tylko powiedziała cicho: „Może przeniesiesz się do kuchni?” Wyszedł z otwartą tekturową walizką, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.
Stanęła pośrodku pokoju przed szafą z lustrem, którą parę dni po ślubie kupili w składzie Müllera na Breitgasse, i na widok swojej poszarzałej twarzy prędkim ruchem otworzyła wszystkie troje drzwi. Odbicie z błyskiem znikło pod orzechową ramą.
W szafie, po lewej, na półkach z ciemnego drzewa, leżały białe i błękitne ręczniki, niżej prześcieradła i poszwy, jeszcze niżej złożone w kostkę bluzki z płótna, kretonu i bawełny równiutkimi warstwami ciasno wypełniały wnętrze pachnące krochmalem i suchym drewnem. A w kącie pokoju, na podłodze pod oknem, czekała już rozpostarta czerwona poszwa z mocnego drobnoziarnistego materiału, podwójna, z blaszanymi guzikami obciągniętymi płótnem, wielka czerwona poszwa, do której należało teraz włożyć to, co najpotrzebniejsze, a potem cztery rogi związać w węzeł. Pani Walma
A wszystko pachniało suchym jodłowym drewnem, bo szafa, choć wyglądała na orzechową, orzechową wcale nie była, jej ściany zostały tylko oklejone orzechowym fornirem o żółtobrązowych słojach w Brombergu, w warsztacie Joha
Ale teraz nie było już czasu na poprawianie ułożenia poszewek, wygładzanie dłonią nakrochmalonych prześcieradeł, teraz trzeba było z tych równiutkich spiętrzeń wyciągnąć to, co najpotrzebniejsze, i rzucić na czerwoną poszwę rozpostartą pod oknem. A palce, sunące po krawędziach poszew i bluzek, wciąż się wahały… Więc pani Walma