Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 48

Hanka

A kiedyś, któregoś dnia, otworzyłem oczy i zobaczyłem, że w domu jest Ukrainka. „Jaka tam znowu Ukrainka” – mawiał ojciec, zwijając tytoń w bibułce. Zawsze się obruszał, gdy ktoś ją tak nazwał. Ale tak na nią mówili chyba wszyscy.

Więc tamtego dnia rano, gdy zza drzwi dobiegł i

Ukrainka stała przy oknie i lnianą szmatką wycierała szklankę ze srebrnym brzeżkiem, raz po raz chuchając w szkło i sprawdzając pod światło, czy jest już czyste. Włosy spięte nad uchem czarną spinką, szyja, gołe ramiona, ciemna cera, no, może niezupełnie ciemna, ale taka, jakby się na nią patrzyło przez przydymione szkiełko… Z policzkiem przy szybce, śledziłem każdy ruch rąk, w których połyskiwało wycierane szkło, chłonąłem każde zawinięcie kretonowej sukienki w żółte i czerwone kwiaty, i nawet nie spostrzegłem, jak drzwi, przy których stałem, otworzyły się nagle i mój policzek zderzył się z ciepłym kwiecistym materiałem. Ręce o leciutko przydymionej skórze chwyciły mnie pod pachy. Usłyszałem śmiech: „To ty jesteś Piotr?”. Palił mnie wstyd, że dałem się tak głupio przyłapać, więc tylko kiwnąłem głową, a ona odsunęła mnie pół kroku, by mi się lepiej przypatrzeć: „Ja jestem Hanka. Pewnie mama ci mówiła. A teraz idź do pokoju i ubierz się. Zaraz zrobię ci śniadanie”.

Cóż to było za śniadanie! Ledwie przełykałem bułkę z konfiturą wiśniową, bo teraz dziewczyna, która miała na imię Hanka, usiadła po drugiej stronie stołu i z brodą opartą na złożonych dłoniach, spojrzeniem zmrużonych oczu odmierzała każdy ruch mojej ręki. A kiedy tak odmierzała spojrzeniem każdy ruch mojej ręki, wszystko to, co jadłem, zaczęło smakować mi zupełnie inaczej niż zwykle. I jeszcze nie skończyłem jeść i pić, a ona już rozkroiła na cztery części czerwoną mali-nówkę, wydrążyła łyżeczką środek z pestkami i obrane kawałki ułożyła na talerzyku w gwiazdkę nazywając to wszystko „ciasteczkiem”.

Byłem oszołomiony i trochę przerażony (przecież ona będzie u nas ciągle, rano, w południe, wieczorem!), ale oczu nie mogłem oderwać. „Co mi się tak przyglądasz?” – zapytała wstając od stołu, od razu jednak wyczułem, że wcale nie jest ciekawa odpowiedzi. Ach, nie, wcale nie o to chodziło, czy była ładna, tylko że była taka niepodobna do kobiet, które widywało się na Grottgera: jakieś czułe, żartobliwe przechylanie głowy, blask gładkich, ciemnych włosów, zręczny ruch przy zakładaniu kosmyka wskazującym palcem za ucho, blaszana spinka…

Jadłem udając, że nie patrzę, a ona, rozgniatając w miseczce twaróg z cukrem i śmietaną, nuciła jakąś piosenkę, której nie znałem. „Chcesz twarogu?” – na moment przerwała nucenie. Lecz gdyby ktoś jej teraz powiedział, że właśnie przed chwilą nuciła, pewnie wzruszyłaby tylko ramionami: „Cóż za głupstwa!” Patrzyłem z zachwytem, jak ładnie ujmuje w palce bladoszarą filiżankę i odlewa trochę śmietany z dzbanuszka, jak wydyma usta ostrożnie dmuchając na mleko, wzbierające w niebieskim garnku, i zręcznie sieka nożem świeżo umyte warzywa, które ułożyła na stolnicy. A wszystko robiła tak, jakby myślała o czymś i

Kiedy śmiała się, to tak jakby fala drżącej radości obejmowała szyję, kark, ramiona, plecy, brzuch… I wcale się nie zdziwiłem, gdy kiedyś pan J. powiedział do Ojca w ogrodzie: „Ona ma takie śmiejące się ciało, prawda?”. Pewnie mówili o kimś zupełnie i

W domu nastały nowe porządki, bo wszystko musiało być po myśli Hanki, na co Mama chętnie przystała, tylko Ojciec burczał czasem, gdy po sprzątaniu dużego pokoju rzeczy zmieniły miejsce na półkach, chociaż też podobało mu się to, co Hanka robiła.

Bo ona, inaczej niż Mama, lubiła dotykać wszystkiego gołymi palcami: bawiło ją zanurzanie talerza w ciepłej wodzie, przecieranie szklanek do błysku, ustawianie porcelanowych naczyń z napisem „Zucker”, „Salz”, „Pfeffer” na półkach w głębi kredensu, polerowanie kredą srebrnych łyżek z gotyckim monogramem „W”, by pięknie świeciły na dnie pudła wyłożonego bordowym pluszem, sortowanie noży i widelców, tak by małe leżały po lewej, w bocznej przegródce, a te duże spały sobie na boku w nacięciach dębowej listewki przegradzającej szufladę. A smaki, gęstości, przezroczystości, zapachy! Wszystko się zmieniło. Na kółeczkach wieszaka obok kredensu pojawił się warkocz czosnku i bukiet ziół o popielatobłękitnych listkach, a pod oknem wianek brązowych nasion. Na stole pokrytym dotąd ceratą Hanka rozłożyła obrus z grubo tkanego płótna, haftowany w żółte kwiaty z czerwoną łodyżką. Cieszyła się jego granatową barwą, na której miseczka z twarogiem, wyglądała jak porcelanowa łódka na ciemnym morzu. A gdy rano przed wyjściem do szkoły wbiegałem do kuchni, na talerzyku czekały już na mnie dwie rozkrojone kajzerki z masłem: na każdej śmiała się czyjaś zabawna twarz ułożona ze skrawków czerwonej rzodkiewki i koperku. A jak smakował na białym serze drobniutko siekany szczypiorek – jeszcze

pachnący zimnem pora

Kiedy zaś robiło się konfitury z wiśni, wiedziałem, że w środku nocy przez przedpokój przemknie cień w białej koszuli haftowanej w listki i już po chwili leciutkie brzęknięcia zdradzą ruch łyżeczki, która zanurzy się w słodkiej brunatno-ści, odsunie pianę (w języku Hanki nazywało się to „zgręzy”) i ku niecierpliwym ustom powędruje wiśnia w lśniącym soku, a potem druga, trzecia, czwarta… Och, te miękkie mlaśnięcia, czułe przełykania o północy, gdy dom pogrążony w ciszy snu poskrzypywał podłogami i spojeniami szaf.

Hanka ze świecą przepływała za mlecznymi szybami, żółtawe światło tonęło w głębi kuchni, cień głowy z włosami związanymi czerwoną wstążką stawał na ścianie, a ja powolutku wypełzałem spod kołdry, ostrożnie naciskałem klamkę, wślizgiwałem się do kuchni, ona zaś, gdy tylko mnie spostrzegła, dawała znak, bym podszedł do stołu na palcach, bo rodzice powi

Kiedyś pan Wierzbołowski powiedział do Mamy, że Hanka przyjechała transportem z Przemyśla, że przeszła straszne rzeczy, że ktoś jej zrobił coś, o czym nie można mówić głośno, ale Ojciec tylko machnął ręką: „Co on opowiada, ona taka Ukrainka, jak ja Herma

Więc pod koniec maja zdobyłem się na odwagę. „Hanka, a skąd ty właściwie jesteś?” (Nie wolno mi było tak mówić; miałem mówić: „Pani Haniu” albo lepiej „Ciociu Haniu”). Lecz ona, słysząc moje pytanie, nawet nie odwróciła głowy znad przyprószonej mąką stolnicy, na której szybkimi ukośnymi stuknięciami noża kroiła długie wałeczki ciasta na kopytka: „Skąd? Ze świata”. „Jak to: ze świata?” – nie dawałem za wygraną. „Ze świata i tyle” – odpowiedziała dotykając mi nosa umączonym palcem. Nazajutrz w przypływie gniewu chciałem zajrzeć do walizki, którą trzymała pod łóżkiem w swoim pokoju (zajęła mały pokój obok łazienki, z oknem wychodzącym na ogród i brzozę, z którego widać było dawny dom Bierensteinów), ale walizka miała nie tylko dwa zatrzaski, lecz i mosiężną kłódeczkę z napisem „Wertheim”.

Kończył się czerwiec. Był chyba czternasty czy piętnasty. Wracając ze szkoły trochę wcześniej niż zwykle, zajrzałem do kuchni. Lubiłem czasem wpadać niespodziewanie, z głośnym okrzykiem, ze śmiechem, z brzękiem skuwek tornistra i tupotem sandałków, Hanka pokazywała wtedy, jak bardzo się boi, przyciskała ręce do piersi i unosząc wysoko brwi, śmiesznie przewracała oczami. Lecz teraz to, co zobaczyłem po otwarciu drzwi do kuchni, przeraziło mnie tak, że nie mogłem wymówić słowa. Hanka stała przy oknie. Podszedłem do niej, położyłem na plecach rękę i delikatnie pogłaskałem kwiecisty kreton, jakbym głaskał piórka spłoszonego gołębia, ale ona odepchnęła mnie z całej siły. Nie poznawałem jej: miała mokre cienie pod oczami, spuchnięte powieki – było to tak straszne, że łzy napłynęły mi do oczu. „Hanka, co się stało?” Nie odpowiedziała,