Страница 29 из 48
Arystokracje i upadki
A rzeczy? Rzeczy zajmowały się tym co zawsze. Przypatrywały się wszystkiemu z półek, etażerek, blatów, parapetów i nic sobie nie robiły z naszych spraw. Nie były po żadnej stronie. Cierpliwie oddawały się w nasze ręce. Pasowały do dłoni jak ulał albo wyślizgiwały się z palców, spadając z krzykiem na betonową posadzkę. Dopiero wtedy, w błysku pękającej porcelany, w brzęku srebra, w trzasku szkła, budziły nas ze snu. Bo przecież naprawdę były niewidzialne. Któż pamiętał barwę powietrza, światło szkliwa, śpiew wysuwanych szuflad, wysokie brzmienie mahoniowych szaf.
A potem przypomnienia. Jałowe polowania. Łowienie dotknięć i połysków zagubionych przez pamięć. I żal, że nie dość uwagi i serca. Że tylko przepływanie między, machinalne przestawianie, odstawianie, przecieranie – nic nadto. Żałosna niechęć? Niemądra pretensja? Że nie licząc się z naszym zmęczeniem domagały się czułej obecności naszych rąk? Zawsze nienasycone? Gasnące pod warstwą sadzy i śniedzi?
I przebudzenia – nigdy na czas? W domu Bierensteinów, w pokoju na piętrze, na mosiężnym łóżku pani Emmy, umierał pan Dłuszniewski. Dawniej hałaśliwy i ruchliwy, teraz cichy, z przymkniętymi oczami, starał się sobie przypomnieć, jak wyglądała kuchnia w mieszkaniu przy Lessingstrasse 14 tamtego dnia, gdy przyjechał do Gdańska z Pozelwy, ale obraz ciemnego wnętrza, które wtedy wydało mu się ogromne, rozświetlone blaskami porcelany, rwał się jak kruche płótno. W dębowym zarysie kredensu z wysoką attyką, kredensu, który brązową tarczą mahoniu osłaniał baterie szkła i kryształów przed czerwienią łuny znad Langfuhr, świeciły puste miejsca, których pamięć nie potrafiła niczym zapełnić, chociaż w palcach, stygnących na kołdrze, budził się wciąż dawny dotyk. Górna półka? Brzęk białości? Okrągły połysk? To była cukiernica? Arabskie pudełko z lakierowanej blachy, w którym ojciec trzymał egipskie papierosy? Kryształowa patera, którą matka przywiozła z Grodna, wracając od siostry? Myśl sięgała w przeszłość jak niewidomy, który dotyka twarzy kogoś bliskiego, lecz pod palcami czuje tylko chłodną ciemność. Rzeczy, które kiedyś miały ciężar, porowatość, dotykalną gładkość, chłodną szklistość, zmieniały się w obłoki bez barwy. Miały tylko jedną stronę – jak księżyc. Rzadko bywały w pełni.
Imbryk do herbaty z kuchni przy Lessingstrasse 14, ciężki, z wygiętym tulipanowato dzióbkiem, miał teraz lekkość wąziutkiego nowiu. Dno nie istniało, w ciemnościach wspomnienia świeciła tylko połyskliwa wypukłość pokrywki z różową gałką. Jeszcze ćmił w mroku jak zachodząca planeta ten ciepły kształt ze snu, ale już przesłaniały go czajniki późniejsze, defilujące na płycie gazowej kuchni „Junkers” – białe, zielone z czerwoną różą, niebieskie ze śnieżną gwiazdą. O parado emaliowanych blach, aluminiowych baniaków, żeliwnych obłości! W czym Mama gotowała napar z lipowego kwiatu? Co było na kubku, z którego piliśmy sok z jabłek ucieranych przez babcię? Listek róży? Pasterka z barankiem? W czym leżały kostki cukru, które podkradaliśmy z kredensu? A pudełka z herbatą? Czy to tureckie wieże na błękitnej pokrywce opowiadały nam o Dardanelach? Czy może indyjski słoń straszył i śmieszył swoją malinową trąbą? A solniczki? Naczyńka, w których jajko na miękko traciło głowę pod celnym uderzeniem nożyka? Krzesła wyplatane sitowiem, fotele z bordowym obiciem, szezlongi, które wędrowały najpierw na werandę, potem na strych, a potem – po cierpliwej kwaranta
I zniknięcia. Nieuchwytne. Kiedy poniemieckie krzesła zniknęły z Grottgera 17? Kiedy to było? W czerwcu, gdy Mama wróciła z Warszawy, a Ojciec wyjechał na parę dni do Szczecina, czy może później? Ale dzień? Godzina? Chwila? Rzeczy umierały niepostrzeżenie – jak podwórzowe koty, po których
nie zostawał nawet ślad. Kryształowe wazony pojawiały się uroczyście, wnoszone do pokoju w białej bibułce, w triumfalnej barwie urodzin czy imienin, ale kiedy znikały? Bo potem ich już nie było. I chwile przebudzenia. Nagłe otwarcie oczu. Zdziwienie. „Heniu – wołała z kuchni przy Grottgera 21 pani Potrykus – nie widziałeś no gdzie tej srebrnej łyżki, co miała na rączce kwiatki?” Cóż jednak mógł na to odpowiedzieć pan Potrykus, listonosz z poczty przy Armii Radzieckiej, który dopiero w tej chwili dowiadywał się o istnieniu pięknej łyżki z szuflady Bierensteinów, choć jadał nią przez całe lata? „To znowu Marcinkowska. Jak jej nie wstyd!” – oburzała się pani Potrykus.
Bo przecież musieliśmy mieć wi
Bo tylko się odwróciłeś, a już srebrna cukiernica traciła wieczko, jakby je zdmuchnął wiatr. Spojrzałeś w okno, a juz na etażerce, gdzie stała kryształowa solniczka, otwierała się pustka.
A patery, młynki do kawy, widelczyki do ciast? Gdzie wsiąkały korowody łyżek? Gdzie przepadały szpalery noży stołowych i kuche
Ale tak szybowali podniebnym lotem tylko junkrowie platerów, obersturmba
A upadki, zawstydzające upokorzenia płótna i drewna, blachy i emalii? W kuchni co rano nasze oczy cieszył błękitny napis w języku Goethego „Witaj Nowy Dniu. Przynieś Szczęście Rodzinie i Sąsiadom”, wyszyty gotykiem na białej makatce – ale czas dotykał bieli rdzawymi plamkami soku z jabłek i marchwi, aż wreszcie, któregoś dnia, białe płótno osunęło się na zielone linoleum i odtąd zmywano nim podłogę. I kiedy Mama obracała ryżową szczotką, zanurzając zszarzałe płótno w wiadrze z ciepłą wodą, tylko słowa „Nowy” „Szczęście” „Sąsiadom”, zgniecione i rozwleczone, wypływały spod mydlin ciemniejszym błękitem.
A cierpienia glazury? Martyrologie pękających kafelków? Dogasanie niklu na poręczach łóżek? Matowienie kranów z mosiądzu? Zielenienie miedzi? Porastanie cynkowych rynien
czarnym nalotem? Grudniowa szadź? Nocne spadanie dachówek, które dogorywały potem w sadzawce pod fonta
W łazience na Grottgera 14 huczał szewski młotek pana W., z posadzki odpadały jedna po drugiej ośmiokątne płytki, które w roku trzydziestym siódmym Erich Schultz na prośbę żony sprowadził z wytwórni „Hoesse i Syn” pod Allenstein – sześć metrów najlepszej kobaltowej terakoty! – dom jęczał od uderzeń, kryształowe szybki w okienku na klatce schodowej drżały, rury przenosiły bolesne wstrząsy na piętro i wyżej, bo cynkowy kocioł, w którym pani Janina gotowała zawsze bieliznę, spadł na posadzkę obok wa
A zmiany najdotkliwsze, raniące skrycie, podstępnie ściszone, ledwie wyczuwalne? Wracając do domu późnym popołudniem Hanema