Страница 22 из 48
Las Gutenberga
Czytałem powoli, cierpliwie przesuwając palcem po długich rządkach gotyckich liter – bo rodzice pragnęli bym w Poznaniu, przed egzaminacyjną komisją, zabłysnął nie tylko dobrym akcentem, lecz i znajomością dawnego pisma – a Hanema
A jednak – mówił dalej Andrzej Ch., germanista, którego po latach spotkałem na uniwersytecie w Bremie, gdzie prowadzi seminarium z kultury Europy Środkowowschodniej dla czekoladowych chłopców z Bahrajnu i skośnookich dziewczyn z Tajlandii – a jednak ta bolesno-słodka przyjemność trudnego czytania, jaką odczuwały moje oczy, oczy szesnastoletniego chłopca z ulicy Bohaterów Westerplatte, powolutku sunące przez pola szwabachy, kolczaste łany fraktury, ciasno splecione łańcuchy gotyku, ta bolesna przyjemność nabrała z czasem barw, jakich nawet nie przeczuwałem, przychodząc po raz pierwszy do mieszkania na piętrze przy Grottgera 17. Bo kiedy Hanema
praszał mnie – uśmiechając się do siebie – do, jak mówił, Lasu Gutenberga; lecz nie, nie chodziło wcale o las na zachodnich zboczach Jaśkowej Doliny, noszący taką właśnie nazwę.
Podchodził wtedy do mahoniowej szafy z kryształowymi szybkami, wyciągał przypadkowy tom, zwykle z półki, na której stały książki z lat trzydziestych, oprawne w zbrązowiały półskórek i mocne płótno, przez moment wahał się, czy wybór go zadowoli, a gdy rzecz trafiała w nastrój chwili, podawał mi gruby tom, nie po to jednak bym wziął się do tłumaczenia – o nie! na to było jeszcze za wcześnie – lecz bym poczuł w dłoniach ciężar tomu o złocistociemnych brzegach i dotknął żółtawego papieru o dziwnej nazwie „jawa”, powolutku zbliżając się do spraw, które dopiero miałem poznać.
Cóż bowiem moje szesnastoletnie serce mogłoby znaleźć dla siebie w pięknym zurychskim wydaniu Rewolucji nihilizmu Rauschninga, chociaż Hanema
Ale to wszystko były tylko próby, wstępne przybliżenia, które więcej obiecywały niż spełniały, więc poddawałem się im cierpliwie, czując wciąż cielesne oddzielenie od obcego piękna, które przyjmowałem trochę na wiarę, chociaż coraz więcej słów rozjaśniało się we mnie podwójnym a nawet potrójnym znaczeniem. Odsłaniała się przede mną splątana architektura fraz, wsparta na fundamencie słów zawsze za długich – o tym nie wątpiłem – bo czym właściwie była nasza „Konstanty-nopolitańczykowianeczka”, którą mogliśmy zaszachować każdego, kto narzekał na nasze polskie stacatto, wobec „Einfuhrungsfeierlichkeit”, „Elementarrunterricht” czy „Haushaltungsvorstand” – słów brzmiących jak stukot pociągu jadącego po kilometrowym moście nad Wisłą pod Tczewem? Wszystkie te przybliżenia uczyły mnie respektu dla mocnych wiązań cudzej mowy, ale moje serce w chwilach, gdy ucho zanurzało się w świat obcych brzmień, pozostawało kompletnie nieczułe na uroki akcentowań i modulacji, i tylko z zimnym zainteresowaniem śledziłem w głosie Hanema
I było tak zazwyczaj. Lecz któregoś wrześniowego dnia, gdy z obojętną cierpliwością czekałem na kolejną próbę, ręka Hanema
Były to listy Kleista w dobrym wydaniu Ericha Schmidta, Georga Minde-Poueta i Reinholda Steiga z 1906 roku, książka, po którą i dzisiaj chętnie sięgam. I naraz słuchając, jak Hanema
Nie mogłem uchwycić całości cudzego życia, które odsłaniało się przede mną w urywkach miłosnych wyznań, ale z tego, co słyszałem – a były to fragmenty listów ostatnich – tchnęło coś zaraźliwego, odbierającego spokój, a równocześnie w niepojęty sposób uciszającego. Jakaś rozdzierająca sprzeczność, która wstrząsała nieskończenie wrażliwą duszą tego dziwnego mężczyzny, który pisał do pani Vogel, współbrzmiała z tym, co przeżywałem, a co tłumiłem w sobie jako słabe i niemęskie. Ale teraz to, czego się zawsze wstydziłem, objawiło się w dziwnie mocnej, spokojnej formie; uczucia miłości, wrogości, nadziei, rozhuśtane do kresu, które budziły lęk swoją chaotyczną bezkształtnością, w głosie nieznajomego poety nabierały jakiegoś mocnego, krystalicznego piękna. Och, nie, wtedy nie potrafiłem tego tak nazwać, wtedy tylko przeżywałem rzeczy splątane i mgliste: szaleńcze rozpętanie pragnień, miłość, drżenie, pożądanie szybkiej śmierci – ale wszystkie te uczucia, jak je nazywał Goethe: chore, w mocnej frazie listu wydały mi się właśnie czystą naturalnością serca, które żyło naprawdę.
A gdy potem zapytałem o nieznajomego poetę, Hanema
I nigdy, ani przedtem, ani potem, nie odczułem żywiej słodyczy marzenia o śmierci, jak wtedy, gdy rozmyślałem o tamtej śmierci, która zdarzyła się nad Wa
Hanema
I chyba to się jakoś łączyło z dawnymi sprawami, o których nic nie wiedziałem, bo kiedyś, któregoś popołudnia, gdy w albumie z fotografiami Wolnego Miasta natrafiłem na brązowe zdjęcie mężczyzny w białej marynarce i kobiety w długiej, sięgającej do kostek sukni z ciemnego krepdeszynu, gdy natrafiłem na to zdjęcie dwojga ludzi, którzy szli środkiem mola w Glettkau w stronę niewidocznego fotografa, a za nimi 1 widać było wysoki oflagowany maszt przystani i biały spacerowy statek z napisem „Stern” na kadłubie, więc gdy zobaczyłem to zdjęcie, radośnie uderzony szczęśliwym odkryciem zawołałem: „Przecież to pan!” – i Hanema