Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 48

Klinika Lebensteinów

W połowie grudnia, okrężną drogą, przez panią Stein, i którą w jej mieszkaniu na Klonowej odwiedził duński marynarz ze statku zacumowanego w Gdyni, Hanema

„Co do «Bernhoffa» (bo o tym chciałbym Panu przede wszystkim opowiedzieć) – pisał Retz – to kotwicę podniesiono parę minut przed północą. Na pokładzie żandarmeria oświetlała wejścia fioletowymi latarkami, trudno było od razu znaleźć przyzwoite miejsce do spania, zresztą część ładowni zajęli kadeci ze szkoły obsługi łodzi podwodnych i mechanicy z warsztatów Schichaua, trochę więc błądziłem potykając się o nogi ludzi leżących w półmroku. Na szczęście miałem ze sobą tylko małą walizkę z instrumentami medycznymi i czerwony pled, którym obdarowała mnie moja gospodyni, pani Wirth; mieszkałem u niej – jak Pan pamięta – do ostatnich dni stycznia. Zimno ciągnęło od blaszanej podłogi straszne, dobrze, że włożyłem buty na futerku (również dar pani Wirth – na zawsze zachowam wdzięczność dla tej mądrej kobiety, która w dniu mojego wyjazdu z Danzig przypomniała sobie o obuwiu zmarłego męża, radcy Edwarda Wirtha; zapewne pamięta Pan tego wysokiego mężczyznę, pracującego w kancelarii Hersena). Potem zapalono żarówki zawieszone pod sufitem ładowni i wszyscy zaczęli się nawoływać. Na podłodze zasłanej grubymi kocami i kołdrami drzemały czy spały całe rodziny. Był to widok prawdziwie przygnębiający, chociaż nie słyszało się skarg czy złorzeczeń…

Potem ktoś krzyknął z drugiego końca ładowni: «Panie Retz, niechże pan tu do nas pozwoli». Gdy odwróciłem się, zobaczyłem Else Walma

Spałem bez żadnych kłopotów, wciąż nie wiem, jak to było możliwe. Rano, gdy koło siódmej kadeci zaczęli rozlewać gorącą kawę do kubków i butelek, zwinąłem pled i wtedy Pani Walma

Koło pierwszej wyszedłem z Walma

Retz przewidywał, że „Bernhoff” będzie płynąć co najwyżej trzy – cztery dni, nawet jeśli obierze kurs zygzakowaty, by uniknąć spotkania z łodziami podwodnymi, płynęli przecież – jak sądził – do Hamburga, więc nie powi

Gdy rozmieszczono uciekinierów z barki na dolnym po-; kładzie, w ładowni zrobiło się tłoczniej. Pani Walma

Dziewczynki były spokojne, dopiero koło drugiej zaczęły; grymasić. Skarciła je, ale nie na wiele to się zdało. Rozwiązała ' płócie

Pan Walma

Płynęli we mgle, a jednak koło trzeciej z białych oparów wynurzył się mały samolot i ostrzelał pokład. Wołano lekarza, więc Retz ze swoją walizeczką poszedł na dziób, gdzie znajdowały się pomieszczenia lazaretu. Rwano prześcieradła, by tamować krew. W ładowni wszyscy mówili o łodziach podwodnych. Ludzie wstawali z posłań i nerwowo chodzili między tobołami i skrzyniami. O pół do czwartej okręt zadrżał. We mgle przeleciały cztery cienie i po obu stronach kadłuba wzniosło się kilka słupów wody. Retz nie przerywał pracy. Przewiązywał bandażami czyjeś przestrzelone płuca. Po piątym czy szóstym wybuchu okręt znów zadrżał, podłoga przechyliła się, niklowane narzędzia zjechały ze stołu na podłogę, ra

Kadłub „Bernhoffa” przechylał się coraz bardziej na prawą burtę. Retz patrzył z szalupy na nadbudówkę śródokręcia, z której zaczęły wydobywać się chmury brudnożółtego dymu. Po chwili, na rufie przesłoniętej smugami ciemnego ognia, dostrzegł Walma

Czytając list Retza, Hanema

Parę tygodni zwlekał z odpowiedzią na list Retza. Dopiero na początku lutego napisał kilka uprzejmych słów, ale nie chciał zbyt wiele pisać o sobie, więc list właściwie składał się z samych pytań. Latem nadeszła odpowiedź. Pani Hildegarde Müller, asystentka profesora Jurgena T. Wolffa, w krótkim liście donosiła, że doktor Martin Retz zmarł w marcu na raka płuc w bremeńskiej klinice Lebensteinów. Bardzo cierpiał, lecz ból znosił mężnie, czym zaskarbił sobie wdzięczną pamięć personelu medycznego z oddziału III C.