Страница 11 из 48
Stella
Tamtego dnia, pod oknami, tuż za szpalerem tui, krok od ogrodzenia z żelaznych prętów… Heinrich Mertenbach zapewniał, że on tam był, tam, w mieszkaniu na piętrze, był na pewno, był cały czas…
O świcie szli od strony Langfuhr, słońce żarzyło się nisko nad hangarami lotniska, wypalony tramwaj leżał w poprzek Kronprinzenallee, czarny, podobny do zwęglonej klatki na lisy, szli po torach w zupełnej ciszy, bo grzmot nad Danzig przygasł przed wschodem słońca, jakby obie strony – znużone ładowaniem, celowaniem, odpalaniem, czyszczeniem luf, smarowaniem zamków – odłożyły żelazo i czekały, aż dzień oświetli dymiącą równinę. Szli od strony Langfuhr, oni – Heinrich Mertenbach i August Walberg, i ona – Stella Lipschutz, wszyscy w mundurach „Todta” poplamionych naftą i smarami, szli potykając się o podkłady, zataczając się od szyny do szyny, padając w śnieg i powstając, szli bez żadnego bagażu, z torbami na maski gazowe, w których nie było masek, tylko butelki z grubego szkła pełne medycznego spirytusu, ściągnięte w ostatniej chwili z półek w gabinecie doktora Darnhoffa przy Brösener Weg 12, kiedy ogień podchodził już pod same okna i trzeba było uciekać. Więc uciekli – oni, Heinrich i August – najpierw Magdeburger Strasse, potem wiaduktem nad bocznicą towarową Langfuhr, potem prosto, pustą Adolf-Hitler-Strasse, bo ci, którzy chcieli wydostać się z miasta, wyszli już w nocy, więc teraz uciekali sami i dopiero na zakręcie Friedrich-Allee dołączyła do nich Stella wysoka, o rudomiedzianych włosach, wciśniętych pod czarną furażerkę.
Wiedzieli, że jeśli samoloty znów zaczną, to właśnie lotnisko zostanie ostrzelane najpierw, więc okrężną drogą cofnęli się na wiadukt, a potem skręcili w Kronprinzenallee, wyczuwając, że trzeba trzymać się willowych przedmieść między linią tramwajową do Glettkau a Pellonker-Strasse, właśnie wyczuwając, bo przecież wszystko wirowało przed oczami, domy przy Krofiprinzenallee pływały na miękkiej śniegowej fali, tonęły i wynurzały się jak skały ze spienionych wód Renu. Gdy mijali spalony tramwaj, August upuścił butelkę – rozbiła się na oblodzonej szynie, śnieg wessał różową smugę wilgoci, trzymali się za ramiona, Stella między nimi, ledwie żywa, w rozpiętym płaszczu, za długim na nią, ciągnącym się po śniegu. August mówił coś o chłopcach z Vblkssturmu, których powieszono wczoraj na Am Joha
Weszli między pierwsze domy – drewniane wille z chińskimi daszkami, na których leżał gruby śnieg – zdziwieni, że coś takiego jest możliwe w środku miasta: domy były nietknięte, najmniejszy nawet ślad nie mącił gołębiej bieli pokrywającej jezdnię – stąpali po niej bezszelestnie, nie czując zimna oblepiającego buty. August mówił coś o matce, która została w Königsberg, zapewniał, że dotrze do niej na czas, ale jaki to mógł być czas? „Najwyższy czas!” – śmiał się do rozpuku Heinrich. Wiedzieli, że tory tramwajowe doprowadzą ich do Glettkau; jeśli molo przy gasthausie nie zostało trafione bombami, może uda się wsiąść na któryś z małych statków Westerma
Ale nogi nie trafiały już tam, gdzie chciały i naraz wszyscy, jak skoszeni usypiającym powiewem, runęli w biały puch tuż pod ogrodzeniem z prętów o końcach jak płomienie, zapadli się w puch nawiany od strony ulicy, i Heinrich, jak przez mgłę, dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że jest z nimi Stella, ta sama Stella, którą tyle razy mijał na Magdeburger Strasse, kiedy wracała z gimnazjum, Stella, która teraz z przymkniętymi oczami (bo śnieg oblepił brwi i zaróżowił policzki) śmiała się nieprzytomnie, leżąc na wznak i zagarniając ramionami chłodny pył, który wcale nie mroził dłoni. Rzucała w nich sypkimi kłębami, aż musieli odwracać twarze, więc aby się obronić, chwycili ją za ręce, ale ona, wciąż wstrząsana śmiechem, rzucała głową to w prawo, to w lewo, wzbijała dookoła biały pył, nie bardzo wiedząc, kim są ci dwaj potargani chłopcy, którzy ścisnęli jej nadgarstki tak mocno, że po chwili nie mogła się już poruszyć; nie, to nie był wcale ból, tylko se
Heinrich z policzkiem wtulonym w śnieg, czuł biodrem ich tonącą we śnie, oddalającą się obecność. A kiedy otworzył oczy, zobaczył nad sobą bardzo jasne niebo, szczyty tui skrzące się kropelkami lodu, czarny świerk, ogrodzenie z żelaznych prętów o końcach jak faliste płomienie, za ogrodzeniem ścianę willi, czerwone lśniące cegiełki, wyżej okno, a w oknie, za szybą…
„To był Hanema