Страница 15 из 182
– Moja żona jest…
Pietuszka pewnie zacznie się zaraz usprawiedliwiać moimi ciążowymi humorami. Świństwo.
– Moja żona jest medium, widziała ducha i za nic tam nie wróci, proszę nas zrozumieć – wskazuje dyskretnie moją opętaną głowę. Blada, wytrzęsiona kilkuset kilometrami w upale, wyglądam na omdlewające medium.
Tłumek się rozstępuje, właściciel chowa do hotelu.
W przewodniku mamy jeszcze parę adresów. Sprawdzamy. Dziewiętnastowieczny, stylowy hotel – komplet. Do i
Budzę się chora. Nic mi nie jest, nie mam temperatury. Pochlipuję na łóżku.
– Przytulić, coś cię boli? – przejmuje się Piotr.
– Nie wiem. To nie ja. Jestem głodna, ale nie mam apetytu. Chciałabym wstać, a nie mam siły. Chyba przegięliśmy, upał, całodzie
– Tutaj?
W dzień pokój wygląda jeszcze obskurniej niż nocą.
Zjedliśmy śniadanie w kawiarni. Zapominam, że przyjechaliśmy do Grecji, portowe Nafplion jest włoskie. Platany, białe pałacyki, obszerne place z powolnym rytmem dawnej stolicy. Nostalgiczna ruina przeszłości. Spacerujemy wzdłuż restauracyjnego wybrzeża. Pierwszy raz nad Morzem Egejskim, przy Zatoce Argolidzkiej; niedaleko Argos, Mykeny. Wdychamy zapach mitycznego morza, jest bezwietrznie, gorąco. Morski aromat, spod którego wyczuwam to, co się naprawdę kryje na przybrzeżnym, nieruchomym dnie, przykrytym szafirową wodą: gnicie glonów i zdechłych ryb. Dostaję kopa w nos, potem w żołądek. Moje ciało próbuje wyrzucić z siebie ten zapach zbuka, potrząsa mną i chlusta na chodnik pomarańczowym śniadaniem: sok, dżem. Rzygam na Morze Egejskie i kawiarenkę. Nie wymiotowałam chyba od czasów dzieciństwa. Dotąd ciążowe mdłości dzielnie zatrzymywałam zaciśniętymi zębami. Nie panuję nad sobą, coś miota ze mnie strumienie wydzielin. Piotr stara się mną manewrować, chcąc oszczędzić tego widoku turystom, jedzącym na tarasie śniadanie. Płaczę i rzygam, proszę, żeby odszedł, to wstrętne, upokarzające. Podtrzymuje mi głowę. Zachlapuję nam sandały i sikam. Jestem mokra od góry do dołu. Czyste, niesplamione fizjologią ja uciekło gdzieś na czubek głowy. Stamtąd ogląda skręcające się z obrzydzenia i wstydu ciało. Nie należące już tylko do mnie. Zasiedlone przez kogoś o i
Nie wyrabiam: upał, zmęczenie. Musimy zostać w Nafplion. Piotr poszedł zarezerwować miejsce w Palące. Wraca z niewyraźną miną.
– Najdroższy hotel, sama zobaczysz…
Z pokoju fantastyczny widok na morze, ale w pokoju muzeum Jamesa Bonda w stylu lat sześćdziesiątych. Drewniane kasetony na suficie, ciemna boazeria, zakurzone tapety. Jesteśmy w remeke’u z tamtej epoki i zdaje się, że oddychamy jej powietrzem: nie było tu remontu od czasów wybudowania hotelu. Kładę się na łożu, ostrożnie, zachowuję poziom z obawy, by nie rozpętać znowu nawałnicy w żołądku. Morze jest daleko pod nami, nie czuć go.
Czytamy na zmianę Calasso. Któryś raz, zamiast przewodnika. Z takim samym zachwytem jak kiedyś, w dzieciństwie, Mitologię Parandowskiego. „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią” można czytać na okrągło, czy nie inaczej słucha się mitów?
Strona 365: Osłona (…) coś, co ujmuje, owija, otacza – wstążka, taśma, opaska – to najważniejszy przedmiot, jaki napotykamy w Grecji. (…) Osłona oznajmia, że to, co żyje samotnie, nie jest w stanie podołać takiemu istnieniu, że zawsze potrzebuje tego, by przynajmniej było przesłaniane i odsłaniane, by się pojawiło i znikało. To, czego się dokonuje – wtajemniczenie lub zaślubiny, lub ofiarowanie - wymaga osłony, a to dlatego, że wówczas dokonuje się doskonałość, która jest wszystkim, a wszystko zawiera w sobie również osłonę, ten nadmiar, który jest zapachem rzeczy.
Rzeczy nie są skromne, wypinają się każdą stroną, nie zawsze tą pachnącą doskonałością. Na postoju w Arkadii próbuję pstrykać zdjęcia. Nie da się fotografować, trzymając aparat daleko od nosa, a nowiutki canon spocił się plastikowym smrodem. Chowam go szybko do bagażnika, zawijam w koc na wypadek, gdyby się dalej „ulatniał”. Zanim zdążymy wyjechać z zakrętu i zobaczyć stację, wywąchuję benzynę. Psy muszą sobie jakoś inaczej radzić ze światem. Czują mocno zapachy, my widzimy ostro kolory. Mało kto jednak dostaje mdłości, patrząc na odblaskowy fiolet. Bywają tacy, co dobierają sobie dziwaczne kolorki – wystrój Burger Kinga. Dla kolorystycznego wrażliwca dobrowolne wejście do takiego obrzydlistwa musi być równie niezrozumiałe, jak psie praktyki tarzania się w gównie.
Zrujnowane Mykeny robią o wiele większe wrażenie od stara
Zwietrzałe mury odbijały kiedyś połyskliwość zatoki, misterną ceramikę fal. Skarby mykeńskich królów – stada owiec – przechadzają się nadal pod pałacowym wzgórzem.
U podnóża Myken skarbiec Atreusa, nazywany Grobem Agamemnona, przechowuje bezsilną pozornie pustkę. Jego oszlifowane, idealnie dopasowane skalne bloki napinają przestrzeń, tworząc moc, spływającą ze ścian. Mimo że to budowla epoki brązu, jest najdoskonalszą świątynią neolitu. Dla budujących ją Mykeńczyków była grotą prowadzącą do podziemi, świata przodków czczących kamie
Bóg przewodnik, najszybszy z bogów, śmigający między niebem i podziemiami Hermes, czczony był jako kamień. Jego imię oznaczało „stertę kamieni”. Hermes – późniejszy przewodnik dusz. Wchodząc do grobowca Agamemnona, wchodzi się pod stertę kamieni. Wspierają się mocarnie, łącząc w sklepienie sali. Wciągają do wnętrza. Do duszy kamienia, gdzie ludzka dusza, jej oddech parujący w chłodzie grobowca, nasącza się magiczną siłą hermesowskiej metamorfozy. Mieszającej to, co nieuchwytne i zwiewnie żywe, z tym, co kamie
Zenona z Elei, wywyższającego swój intelekt ponad tajemnicę Hermesa, ukarano okrutną śmiercią. Za sprawą jakiegoś tyrana (czyż greccy bogowie nie byli tyranami, nawet w demokratycznych Atenach?) został skazany na śmierć przez utłuczenie w moździerzu (ku czci Hermesa kamie
– Kamień jest dla mnie zarodkiem świata – opowiadam Pietuszce w grobowcu Agamemnona. – Ma zwiniętą w sobie moc. Rozwija się z niej zimnokrwisty wąż i wtedy jest ciemność, noc. Ogrzany słońcem, staje się dniem, spiżowym wężem wyniesionym na pustyni. Wężowe meandry gnostycznych rysunków, między ciemnością a światłem, w dwoistym ciele węża.
– Aha – Piotr (z greckiego także „kamień” – „Petrus”) stoi zasłuchany. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że po prostu woli się nie ruszać. Nie spieszy się wyjść z chłodnego grobowca w skwar. Oparty o wilgotną ścianę, studzi mój rekolekcyjny zapał niczym Spartanin, podsumowując lakonicznie wywód:
– Mitotwórca i mitobiorca.
Górskimi drogami Arkadii dojeżdżamy do Olimpii. Zielone, płaskie tereny nadrzeczne, idealne na stadion.
Od rana zabawa w chowanego w ucieczce przed porażającym skwarem. Zaczyna się o dziesiątej, trzyma do zachodu słońca. Oglądamy pierwszy na świecie stadion i wracamy szybko do hotelu Europa, obejrzeć najnowszą olimpiadę w Sydney. Piotr emocjonuje się nocą biegami, ja pławię w basenie. Nurkuję w ucieczce przed spoconymi nietoperzami, przelatującymi tuż nad powierzchnią.
Po powrocie do Pargi kwaterujemy u Sofoklesa – Greka wylegującego się na balkonie i poklepującego z zadowolenia po brzuchu. Życie jest sjestą. Musaka, buzuki, olimpiada. Państwową religią prawosławie, a prywatną papierosy. Grecy palą, jakby okadzali świętą figurę w cerkwi.
Do popołudnia nie ruszamy się z pokoju. Przedtem musieliśmy zwiedzać, chowając się przed słonecznym bombardowaniem. Teraz jesteśmy kombatanci, wypoczywamy. Skończyłam książkę o mistyce św. Faustyny (nareszcie sensowne opracowanie Dzie
We Francji, gdzie za skrobankę zwraca ubezpieczalnia, kampania o przedłużenie aborcji do dwunastego tygodnia. Argumenty za i przeciw niezmie