Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 49

– Widziałem w działaniu… – pochwalił się egzorcysta. Co robimy? Bo pewnie masz ten sam cel. Nie dopuścić,by znowu wyrwało się na wolność… – Wolę o tym mówić w rodzaju męskim… Sądzę, że trzeba czekać. Głęboko leży? Niemcy rzucili granaty. Zerwało podłogi, zawaliło ściany. Dwa metry, może głębiej… – Granaty… Więc rozleciał się na pył…

– Też tak mi się wydawało, ale dlaczego w takim razie czujemy odbicia mocy?

– Może to, co się zachowało, wystarczy…

– Może – westchnął Jakub. – Budowlańcy wywiozą to na hałdę albo gruz pójdzie na budowę dróg… Nie zaszkodzi nam. – To nie budowlańcy tu kopią – Mojsze wskazał tabliczkę. – To archeolodzy. – Aha. Tacy, co grzebią w ziemi i garnki stare znajdują… Bo od dinozaurów to są ci, palantolodzy? – Jakub popisał się fachowym słownictwem. – Właśnie. Jeśli znajdą kawałki, to może zechcą poskładać go do kupy? Musimy być czujni… – Żyd skłonił poważnie głowę. Ulicą przejechała spóźniona ciężarówka. Niebawem – powiedziały numery na ukraińskiej tablicy rejestracyjnej.Myślę, że możemy pracować razem – na twarzy Wędrowycza wykwitł szeroki, szczery, słowiański uśmiech. Przybysz poważnie skinął głową.

Ten kawałek muru był naprawdę spory. Musieliśmy podważyć go drągami, aby można go było złapać, oplatać pasami i wyciągnąć z eksplorowanej piwnicy. Jak się okazało, po stronie przylegającej do ziemi, zachowały się resztki tynku pokrytego błękitną farbą. Od góry zdobił go złoty szlaczek odbijany wałkiem. Poniżej namalowano tuszem kilka znaków. Sfotografowałem je. Niezły zestaw kolorków – blondas trzymał w ręce i

– Na hałdę – zakomenderowałem.

– To przecież ce

– To nie są freski Brunona Schulza, on mieszkał w Drohobyczu – zażartowałem. – A co? – zaciekawił się ktoś.Dwudziestowieczny tynk z resztką napisu – odpowiedziałem. – To zbyt świeże, by było dla nas ce

– I co tu jest napisane? Przyjrzałem się literom. "I będziesz się strzegł istoty bez duszy" – odczytałem.

Jakub i Mojsze siedzieli na strychu budynku położonego opodal terenu wykopalisk. Jakub trzymał przy oczach solidną lornetkę, którą w czasie wojny zabrał hitlerowskiemu zwiadowcy. Zwiadowca nie zaprotestował, widły wbite w wątrobę utrudniały mu mówienie…

– Znaleźli? – zapytał cadyk.Egzorcysta pokręcił głową.

– Jak do tej pory nic – powiedział.

– Może ktoś to wykopał? – zastanawiał się jego towarzysz. To skąd by się brały te fluktuacje mocy? – parsknął egzorcysta. – Nawet jeśli ktoś zabrał część, to i tak zostało wystarczająco dużo. Milczeli przez chwilę. Wreszcie egzorcysta sięgnął do torby i wydobył wałówkę.Na, żryj i niech ci dupą wylizie – podsunął schabowego towarzyszowi.Nie mogę. To wieprzowina… Religia mi zabrania.Egzorcysta spojrzał mu prosto w oczy. Jednak próba hipnozy nie powiodła się.Zabrania to zabrania – mruknął zniechęcony. – Toty z głodu nogi wyciągniesz… Może łyczek śliwowicy?wyciągnął flaszkę mętnego bimbru.Nie koszerne – skrzywił się przybysz. – Ale spróbuj mojej – podał mu piersiówkę. Pejsachówka, 60% mocy, spłynęła w głąb gardła egzorcysty i przyjemnie rozgrzała jego stare kości. – A koszerne jak się robi? – Jakub z miejsca nabrał ogromnego uznania dla żydowskich wyrobów spirytusowych. – Trzeba naczynia i produkty umyć siedem razy, niewolno przygotowywać zacieru ani pędzić podczas szabasu, przy produkcji nie mogą brać udziału kobiety. Wreszcie proces technologiczny musi nadzorować przeszkolony odpowiednio rabin – wyjaśnił cadyk. – Sporo roboty – mruknął Jakub. – Ale chyba wartopociągnął jeszcze jeden łyk i uniósł lornetkę do oczu.

– Coś dziwnego szefie – blondas położył na stoliku bryłkę błękitnego koloru. Ująłem ją w dłoń.Faktycznie – mruknąłem. – To chyba glinka kimberlitowa, wypalona na cegłę… Z jednej strony kawałek był zagładzony.

– Nie mam pojęcia, co to jest, poza jednym, to glina zawierająca naturalną domieszkę kobaltu… Tylko mamy problem, bo takie gliny występują może w dwu miejscachw Polsce… A i na świecie jest ich niewiele… Glinki kimberlitowe to pozostałości starych, zerodowanych stożków wulkanicznych – wyjaśniłem. – W takich glinach w Kimberley w RPA szuka się diamentów… – dodał Indiana, pojawiając się obok. – Mam jeszcze kawałek… Trzymał na dłoni palec utoczony z tego samego surowca i stara

– Znowu ktoś im połamał kości? – zainteresował się blondas. – Gorzej – wycedziłem, patrząc na żebra rozszczepione na długie ostre drzazgi – ci goście zostali jak gdyby wgnieceni w ziemię…

– Sufit spadający z góry? – zaciekawił się blondas.

– Trudno powiedzieć, sądząc po złamaniach kości obręczy barkowej raczej coś ich gwałtownie ścisnęło, a potem uderzyło w ziemię z taką siłą, że popękały kości udowe, a warto wam wiedzieć, że każda z nich wytrzymuje nacisk pół tony. – Może jakiś wyjątkowo krzepiasty Żyd rozprawiał się z tymi esesmanami po kolei – mruknął Indiana.Musiałby mieć siłę kilku chłopa – mruknąłem.Zrobiłem fotografie szkieletów in situ.Najdziwniejsze jest co i

– Sądzisz, że znaleźli wszystkie detale? – zaciekawił się cadyk. Jakub opuścił lornetkę.Nie, raczej za wcześnie, ale chyba połowę już mają…Na dziś skończyli. Pora wkraczać – podniósł się z desek poddasza. Skrzypnęła furtka. Obaj wiedzący weszli na teren wykopalisk. Kierownik siedział na składanym krzesełku koło szopy. Na sporym, roboczym stole porozkładane miał kawałki dokładnie wypalonej, błękitnej gliny.Teren wykopalisk, nieupoważnionym wstęp wzbroniony – warknął, nie podnosząc wzroku. Jakub spojrzał na niego ponuro. Archeolog nie spodobał mu się.Ja tam jestem upoważniony – mruknął.

– Niech pan przestanie – odezwał się Mojsze po angielsku. – Pan nie wie, co pan robi. Olszakowski podniósł głowę.

– A tak właściwie, to coście za jedni? – zainteresował się. – Mojsze Apfelbaum, cadyk, bełszentow, cudotwórca przedstawił się przybysz z Ameryki.Jakub Wędrowycz egzorcysta – warknął drugi z intruzów. – Miło mi, a teraz won – kierownik wpasował kolejny brakujący element. – Pan nie wie, co to jest – zauważył łagodnie Mojsze.

– Jak to nie wiem? – obraził się Olszakowski. – To golem.Ktoś z tutejszych rabinów próbował go zbudować. I właśnie dlatego, to cholernie ciekawe znalezisko. Żadne muzeum żydowskie na świecie nie ma czegoś podobnego w swoich zbiorach. Nawet jeśli, to tylko XIX wieczna kopia. Choć sądzę,że jest starszy…

– Wypalono go w Lublinie w XVI wieku – powiedział cicho Jakub. – Wówczas ożywiony, został następnie unieruchomiony. Mój przyjaciel cadyk Goldberg odszukał go tuż przed wojną i przywiózł tu. A potem ożywił. Usiądźcie – archeolog zaciekawiony wskazał im krzesła. – A więc ta figura ma swoją historię…Ma – mruknął Wędrowycz – i najwyższy czas ją zakończyć. Znalazłeś trupy?Jakie trupy? – zdziwił się Olszakowski.Niemieckie trupy. Ciała esesmanów, którzy wdarli się do tego domu i zostali rozerwani na strzępy przez golema… – wyjaśnił Mojsze.Ja się nie zajmuję bajkami – mruknął archeolog. – Jasię zajmuję historią… A jakże – Wędrowycz otarł usta wierzchem dłoni. A poodrywane ręki i nogi w gruzie leżą… Magister spojrzał na niego spod oka.

– A czego wy chcecie?

– Oczywiście zniszczyć to, zanim dojdzie do nieszczęścia – wyjaśnił przybysz z Ameryki. – Golem nie czuje bólu, nie ma rozumu, dysponuje potworną siłą, jest odporny na zranienia… Dziś jest piątek. Jeśli ożyje, będzie się próbował wedrzeć do najbliższej synagogi. – A to się zdziwi, bo w tej, która ocalała, urządzili bibliotekę – zażartował Olszakowski. Obaj intruzi milczeli poważnie.

– Niemiaszkom udało się tylko dlatego, że użyli granatów – wyjaśnił Jakub. – Rozprysł się na kawałki, ale niestarto z niego napisów dających mu życie… Jeśli złożysz to do kupy, znowu powstanie… A nad nim nie można zapanować. A przynajmniej nikomu się nie udało. – Zniszczyć bezce