Страница 21 из 49
Znalezisko
Jakub Wędrowycz ocknął się niespodziewanie. Spojrzał na swoje przedramię. W szarym blasku świtu widział wyraźnie, że czarna szczecina porastająca jego łapy nastroszyła się jak u dzikiego zwierza. Jasna cholera – mruknął – znowu się zaczyna… Pociągnął łyk karbidówki. Przeciągnął się, ale jeszcze nie wstawał. Żal mu było opuszczać ciepły dołek wygnieciony w sie
Cadyk Mojsze Apfelbaum stał na lotnisku im. Ke
Punkt ósma rano otworzyłem furtkę w płocie zabezpieczającym teren wykopalisk. Przed sobą miałem ulicę Lwowską. Ruscy, Ukraińcy i Białorusini przewalali się popękanymi chodnikami na trasie dworzec PKS – centrum miasta. Ciągnęli za sobą torby wypełnione wszelakim przeszmuglowanym dobrem – papierosami i spirytusem. Snuła się za nimi woń jaśminowej wody kolońskiej, tandetnych perfum, dziegciu i juchtowej skóry. Kolejny piękny, lipcowy dzień. Studenci pojawili się po chwili, wchodzili na teren, niepewnie popatrując w moją stronę. Część usiadła na stosikach cegieł. Liczyłem ich wzrokiem. Wreszcie przybyła cała dwunastka. – W szeregu zbiórka – huknąłem nieoczekiwanie. Przestraszyli się i zdezorientowani usiłowali wykonać polecenie. Wreszcie jakoś się ustawili. Popatrzyłem na nich ciężko, z wystudiowaną nienawiścią.Nazywam się magister Tomasz Olszakowski – powiedziałem – i przez najbliższy miesiąc będę waszym kierownikiem. Oznacza to, że macie wykonywać moje polecenia. Wszelkie polecenia i to natychmiast. Za uchybienia będę bez litości wlepiał punkty karne. Kto zbierze 15, wylatuje z praktyk. Czy to jasne? Mruknęli coś ni to potakująco, ni to zaczepnie.Jest godzina ósma siedemnaście. Mieliście się tu stawić na ósmą. Zostaniecie dziś za karę pół godziny dłużej.Od jutra za każdą minutę spóźnienia będzie jeden punktkarny. Wpatrywali się w ziemię. A więc udało mi się ich skutecznie przestraszyć. Cóż, ze studentami archeologii, zwłaszcza tymi przybyłymi z Warszawy, tak trzeba. Jeśli się na początku nie huknie, później nie chcą pracować…Spocznij – mruknąłem nieco już łagodniej. – Czy ktoś z was był już wcześniej na wykopaliskach? Pokręcili przecząco głowami.To dobrze, jest szansa, że nie staliście się jeszcze alkoholikami – mruknąłem bardziej do siebie niż do nich. A zatem parę słów na początek o miejscu, w którym sięznajdujemy. To parcela miejska przy ulicy Lwowskiej.Gdyby ktoś nie pamiętał, jesteśmy w Chełmie – dodałem złośliwie. – A więc ulica Lwowska została wytyczona jako podmiejska prawdopodobnie w XVII wieku. Sprawdzenie tej informacji będzie między i
– Za co? – tak się przestraszył, że nawet nie obraził się za tego neandertalczyka. – Brak znajomości podstawowego sprzętu archeologicznego! – zawyłem. – To co trzymasz w ręce, to szpadel, a nie łopata…
– O, a czym to się różni?Faktycznie neandertalczyk.
– Porównaj z narzędziami kolegów i sam zgadnij!Wycofałem się w cień szopki i usiadłem na krzesełku. Z zadowoleniem patrzyłem, jak skrobią ziemię. Minęła godzinka, gdy ten z żółtymi włosami wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i wsadziwszy jednego do ust, zajarał. Ty blondas! – huknąłem na niego. – Pięć punktów karnych! Za co?jęknął.
– Sabotaż! wrzasnąłem ochoczo.
– Jak to sabotaż? – przeraził się. Popiół z papierosa może zakłócić wyniki analizy radiowęglowej – wyjaśniłem z sadystycznym uśmieszkiem. Znalezisko Skrajny idiotyzm, ani kawałek drewna stąd nie trafi na badania radioizotopu C14, ale skąd mieliby o tym wiedzieć studenci pierwszego roku? Nienawidziłem palenia papierosów… O jedenastej zarządziłem czterominutową przerwę śniadaniową.
Jakub siedział na ławie, przed domem. Dziwne mrowienie ustąpiło, ale on wiedział, że to tylko na jakiś czas… Przymknął oczy. 1942 rok, Chełm ulica Lwowska. Dom cadyka Aarona Goldberga. Młody Jakub stoi po drugiej stronie ulicy. Esesmani wyłamują drzwi. Przyszły egzorcysta wie, co stanie się za chwilę. Trzask pękającego drewna. Sześciu wpada do środka. Tupot podkutych buciorów na kafelkach podłogi. Trzask drzwi prowadzących na wewnętrzne podwórko. Dziki skowyt hitlerowców pozbawianych kończyn potężnymi szarpnięciami rąk… Ich kumple czekający na ulicy wpadają do środka. Wybucha dziki tumult. Przez okno, wybijając szybę, wylatuje oderwana głowa w hełmie. – Rozwalcie to – krzyczy po niemiecku dowódca. Długie serie z broni maszynowej, eksplodują granaty, jeden, drugi, piąty… Rozpryskują się szyby. Pękają mury… I nagle zapada cisza. Słychać tylko tupot patrolu nadbiegającego z góry, ulicą. W wyłamanych drzwiach pojawia się jeden jedyny esesman. Lewą ręką podtrzymuje kikut prawej. Stracił dłoń… Brakuje mu połowy szczęki. Mózg z cichym plaśnięciem wysuwa się z pękniętej głowy i upada pod jego nogi. Niedoszły zdobywca świata przewraca się na chodnik. Nowo przybyli zaglądają ostrożnie do środka, a potem wrzucają granaty przez okna. Podłogi z łoskotem zapadają się do piwnic. Pękają ściany, sufit osuwa się na gruzowisko… Jeszcze przez chwilę, w powietrzu, unosi się biały, kredowy pył… A potem zapada świdrująca w uszach cisza. Jakub cofa się głębiej w bramę, w zbawczy cień. Niemcy rozglądają się po ulicy, szukając świadków masakry. Na szczęście nie widzą go… Ocknął się jakby z głębokiego snu. Wtedy na Lwowskiej czuł to nieznośne mrowienie, czuł włoski prostujące się na przedramionach. Czuł ten ohydny lęk podchodzący do gardła. Zanim nadbiegli ci z góry, widział przez chwilę sylwetkę sunącą przez zasnute dymem wnętrze domu. I wie, że do końca życia nie zapomni tego widoku. Mrowienie nasila się. Pora jechać. Zostawić nastawiony w piwnicy zacier, zostawić suszący się na strychu kukurydziany słód. Jakub pociągnął jeszcze jeden maleńki łyczek bimbru. Tylko tyle, by odpędzić od siebie dominujące przeczucie zagłady.
Po przerwie zebrałem całą grupę w północnej części podwórza, przy płocie oddzielającym nas od ulicy. – Skupcie się – powiedziałem. – Jak widzicie, mamy tu zarys ścian budynku… – To fundament? – zapytał neandertalczyk.
– Nie, to ściany zachowane na poziomie około 20 centymetrów nad ziemią – wyjaśniłem. – Fundament jest niżej. Jak widzicie, po tej stronie poniewiera się cała masa odłamków gruzu i kredowych bloków, z których wzniesiono ściany – wskazałem podwórko nieistniejącego domu. – To kawałki, które poupadały tam, gdy budynek się walił – zauważył Jones – a tu w środku jest jednolite zasypisko… – Właśnie – potwierdziłem. – Tu w środku nie będzie żadnych warstw kulturowych. To po prostu piwnica zawalona resztkami domu, który na nią runął. Zaczniemy od wybrania całego tego rumowiska. Odsłonimy aż do podłogi. Może nawet coś uda się tam znaleźć… Jakieś graty, które zostały zasypane. Może nawet rytualne judaica… Ale specjalnie na to bym nie liczył. Nie wiem, jak to się stało, że ten dom uległ zniszczeniu, ale przypuszczam, że po prostu w czasie wojny trafiła tu bomba… Tak czy inaczej, zdejmiemy niwelacje na tym poziomie, a następnie te dwa, czy trzy metry niżej… Wspomnienie o skarbach było bardzo sprytnym posunięciem. Gwarantowało, że ze zdwojoną uwagą będą patrzyć na wybierany gruz, dzięki czemu rosła szansa, że nie przeoczą niczego ciekawego… Zabraliśmy się do roboty. Połowa wyciągała kamienie rękami, reszta wywoziła taczkami na hałdy. Zarządziłem zmiany co pół godziny. Słońce stało wysoko i przygrzewało coraz ostrzej, więc wysłałem dwie dziewczyny po wodę mineralną. Kreda była lekko wilgotna, brudziła dłonie na biało. Zapewne, pierwotnie mury budynku wzniesiono z kamie