Страница 30 из 39
– Królestwo ekranu podobne jest do roli, na której gospodarz rozsiał dobre nasienie. Lecz przyszedł nieprzyjaciel jego i posiał chwasty między ziarnami pszenicy. A gdy zakiełkowała pszenica, pokazały się i chwasty. Więc powiedzieli słudzy do gospodarza: Chcesz, to wyplenimy je. Odparł: Nie! Byście czasem zbierając chwasty nie wykorzenili razem z nimi pszenicy. Dopuśćcie obojgu społem róść aż do żniwa, a wtedy rzeknę żeńcom: Oddzielcie chwasty od pszenicy. Ziarno przenieście do gumna mojego, a chwasty wrzućcie w ognisty piec. Tak będzie przy dokonaniu świata tego. Pośle Twórca Anioły, które wyłączą złe z pośrodku dobrego.
Kazał jeszcze wiele w i
– Czemu w podobieństwach im mówisz? Odpowiedział:
– Wam dano widzieć tajemnicę królestwa niebieskiego, ale onym nie dano. Dlategoć mówię im w podobieństwach, iż patrząc nie widzą. I choć pilnie słuchają, przecie nie słyszą. Bowiem pełni się w nich proroctwo, które mówi: Patrzeć będziecie, ale nie ujrzycie. Kto może, niechaj to zrozumie.
A kiedy zapadły ciemności, po raz wtóry przystąpili do niego uczniowie mówiąc:
– Puste jest to miejsce, a i czas już przeminął. Rozpuść tedy lud, aby odszedł do Parayo lub do Lesaioli i kupił sobie żywności.
Lecz on rzekł:
– Dajcie wy im co jeść.
Odparli:
– Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby.
– Przynieście!
I rozkazawszy ludowi, by usiadł na trawie, łamał chleby i ryby i dawał uczniom, a oni ludowi. Tak nasycili się wszyscy i zostało jeszcze.
Zapłonęły ogniska. Płowy Jack dał każdemu według jego potrzeby. Siedziałem blisko niego i widziałem, jak dzielił ryby i chleb. Z przyniesionych wzorów – jak z matryc – ściągał bez końca cienkie plastykowe powłoki. Bochenki były puste w środku, a ryby przypominały zabawki ze sztucznego tworzywa puszczane na wodę przez dzieci. Rzesza manekinów otrzymała wielką liczbę atrap powielonych w zagadkowy sposób i każdy ze sztucznych ludzi mógł podnieść do gumowych ust swoją imitację chleba i ryby.
Wyciągnąłem rękę.
– Daj mi jeść.
Położył mi na dłoni kolejne powłoki ściągnięte z jednolitych wzorców. Już chciałem go spytać, czy nie ma dla mnie czegoś jadalnego, gdy poczułem ciężar, ciepło i zapach świeżego chleba oraz woń prawdziwej ryby, która po złamaniu parowała jeszcze, jakby ją wyjął prosto z wędzarni. Mogłem jeść, ale nie czułem głodu, tylko strach.
Odszedłem na drugi koniec obozu.
Płomień oświetlał skulone wokół ogniska sztuczne postacie, które rzucały nieruchome cienie na najbliższe dekoracje. Zastanawiałem się, czy gwiazdy są kroplami srebrnej farby, czy dziurkami w ciemnogranatowej kopule nieba. W tej części obozu, gdzie spędzałem noc, Scenograf rozstawił wielkie plastykowe kaktusy. Ich splątane rozgałęzienia i pękate bulwy po wrzuceniu do ognia paliły się jasnym płomieniem, ale wydzielały przy tym duszny, gryzący dym.
Atak kaszlu zwrócił na mnie uwagę manekinów. Po komentarzu na temat zimna wiose
Usiadłem obok plastykowej kobiety. Wspierała głowę na kolanach podciągniętych pod brodę. Udawała, że grzeje nogi w cieple płonącego kaktusa. Nie wiedziałem, przed kim grała rolę zmarzniętej atrapy, bo wszyscy jej towarzysze byli figurami czwartorzędnymi (jeśli do tej grupy zaliczyć gipsowe odlewy), ona zaś – jako postać swobodna – należała do statystów drugoplanowych, wiec miała nad nimi przewagę dwóch stopni. W każdym razie była zbudowana proporcjonalnie i nawet twarz jej w półmroku wyglądała jak żywa.
– Może ma pan papierosy?
– Mam.
Wsunąłem kartonową rurkę między jej śliskie gumowe wargi, a sam zapaliłem papierosa z paczki zakupionej rano. Zerknąłem na jej nogi. Naraz coś nienaturalnego pojawiło się w moich myślach. Już w tym fakcie, że atrapę papierosa podałem sztucznej kobiecie bezpośrednio do ust, zamiast poczęstować ją z paczki, była jakaś nie zamierzona poufałość. Jak ona zrozumiała ten gest, dowiedziałem się później.
Patrzyłem na światła przeciwległego brzegu.
– Jestem sama – powiedziała moja sąsiadka.
– Ja też – skłamałem czym prędzej.
Gwiazdy przeglądały się w szybie jeziora. Z drugiej strony, spoza rozstawionych na górze dekoracji, wyjrzała tarcza księżyca.
– Zmarzłam.
– Mam koc.
– Nie.
– Co nie?
– To nie jest koc.
– A co?
– Kołdra.
Zwinąłem rozpostartą ceratę.
– Kołdra czy koc, mniejsza o to. Przecież siedzimy koło ogniska – zauważyłem naiwnie.
– Jednak jest mi zimno. Czy nie rozumie pan takiej prostej rzeczy?
Owszem, rozumiałem, ale byłem nieśmiałym bandytą. Podniosła moją rękę i położyła ją na swoim kolanie.
– Proszę, niech pan sam sprawdzi, jaka jestem lodowata.
Nie musiałem jej dotykać, aby wyobrazić sobie wrażenie kontaktu żywego ciała z gumą i plastykiem. Lecz kiedy przesunąłem rękę po jej udzie, przekonałem się, że było ogrzane przy ognisku. W cieple plastyk nabrał miękkości.
Sztuczna kobieta miała na sobie lekką sukienkę i majtki. Bawiła się ze mną swobodnie. Usiadła tak jakoś dziwnie. Nie rozumiałem, co ona sama mogła zyskać w zamian za ofiarowaną mi namiastkę miłości. Jednak w miarę jak prowadziła moją dłoń coraz dalej i coraz wolniej, czułem fizyczne podniecenie rosnące razem ze sprzeciwem psychicznym, który wskazywał mi kierunek ostatecznego upadku, aż w końcu – po minucie strasznego wahania – siła odpychająca zawróciła w przeciwną stronę i pociągnęła mnie tam.