Страница 2 из 39
Odniosłem wrażenie, że wszystko, co poza sobą ukrywały te pozorne mury, nie miało już większego znaczenia. Rusztowania i pomosty wewnętrzne przybierały niekiedy kształty kolejnych pięter, korytarzy oraz mieszkań, tandetnie zagospodarowanych, w których tu i ówdzie – między zarysami mebli – spoczywały kukły ludzi. Począwszy od połowy odległości między torem a biegnącą równolegle do niego linią brzegową jeziora wszystkie zabudowania imitowane były naturalnej wielkości makietami ustawionymi frontem do toru.
Stałem kilka minut w miejscu obok zmontowanego z puszek palmowego pnia, pod papierowymi liśćmi cytryny, na której plastykowych gałęziach wisiały puste żółte bańki. Kiedy spojrzałem w dal na pomarańczowe drzewa, nie miałem już pewności, czy stoją one tam rzeczywiście, czy są jedynie barwnym obrazem namalowanym na tarczy o konturach podmiejskiej willi.
Przez cały ten czas Ryan bacznie mi się przypatrywał.
– Co ci jest? – zapytał wreszcie. – Chory jesteś?
– Właśnie zastanawiam się nad tym.
– Pięknie! A wiesz, która jest godzina?
– Zostaw mnie w spokoju.
Przełożył teczkę z lewej protezy do prawej i zbliżył swoją maskę do mojej twarzy.
– Chyba jednak coś ci dolega, bo minę masz upiorną.
– A ty… gdybyś siebie zobaczył!
– Pomazałem się czymś?
Wyciągnął z kieszeni prostokątny kartonik i zajrzał do niego szklanymi oczami. Kiedy gładził włosy kawałkiem poliniowanej blaszki, peruka zsunęła mu się na maskę twarzy. Zaraz ją poprawił. Najbardziej zdumiewał mnie fakt, że mówił normalnym ludzkim głosem:
– Wcale się dzisiaj nie czesałem.
– A rozejrzałeś się przynajmniej raz w pociągu albo na ulicy?
– Powiedz w końcu, o co ci właściwie chodzi.
– To ty wyduś wreszcie – podniosłem głos – czy też je wszędzie dookoła siebie widzisz. Przestraszył się.
– Co?
– Te cholerne dekoracje! Patrzył w ziemię.
– Widzę – potwierdził po chwili namysłu. Miał na sobie koszulę bez jednego guzika, na stałe przylepioną do sztucznego ciała. – Tak, słowo honoru, Carlos, ja je też dostrzegam. Paskudne są, no nie? I całymi dniami prześladują człowieka.
– Nie całymi dniami, tylko dzisiaj od samego rana.
Nawet nie poruszył głową. Usiadł pod tekturowym parkanem na ziemi posypanej zielonym proszkiem, co z dala wyglądało pewnie tak, jakby siadł na ostrzyżonym trawniku. Coś mu się nagle przypomniało. Pogrzebał w teczce i podał mi pustą butelkę po koniaku. Nie zrozumiałem go; w zamyśleniu upuściłem butelkę pod nogi.
Pociąg zadudnił na dalekim torze. Gdy znów spojrzałem na Ryana, trzymał szyjkę butelki przy swych gumowych wargach i poruszał grdyką.
– Niezły – mlasnął. Otarł usta wierzchem dłoni. – Pociągnij sobie jeszcze raz. To cię postawi na nogi.
To mnie ostatecznie dobiło.
– Czy nie widzisz, baranie, że butelka jest pusta?
Skierował szklane oczy na betonowy słupek, pozorowany kartonowym prostopadłościanem, na którym stał przedmiot naszego sporu. Gdyby nie miał wciąż tej samej nieruchomej twarzy, powiedziałbym, że uśmiechnął się z niedowierzaniem.
– Przecież ledwie ją napoczęliśmy.
– Była i jest pusta – oświadczyłem z naciskiem.
– Takiej bańki nie opróżniłbyś dwoma łykami. Carlos, głupi kołku, zalałeś się już.
– Więc powiem ci wszystko. Nie ma i
– Ciekaw jestem, co lepszego jeszcze wymyślisz.
– Wprawdzie swojej plastykowej gęby nie mogłeś zobaczyć w kartce papieru, którą przezornie pomyliłeś z lusterkiem, ale ja ją bardzo dobrze widzę. Jesteś sztuczny!
– Uważasz, że moje zachowanie nie jest naturalne?
– Gorzej!
– Czy fałszywie tłumaczę sobie twoją mglistą przenośnię na temat koniaku?
– To drobiazg na tle i
– Jestem pajacem? To chciałeś powiedzieć!
– Nie miałem zamiaru ciebie urazić.
– Jasne. Tylko nazwałeś mnie kukłą!
– I
– Już się domyślam, że w swej pięknej wizji ty jeden pozostałeś żywy i autentyczny. Kiedy mi plotłeś o dekoracjach, miało to jeszcze cechy niebanalnej obsesji. Teraz, gdy już zdradziłeś, do czego zmierza twoje urojenie, nie mam zamiaru dłużej słuchać tych egocentrycznych bredni. Poszukaj sobie i
Wstał, pociągnął łyk powietrza z butelki, zakorkował ją stara
Doszedł do skrzyżowania ulic. Ale na rogu nie skręcił w pierwszą ulicę na lewo, gdzie znajdował się nasz zakład. Szedł dalej prosto w kierunku jeziora. Pewnie pod wpływem pięknej pogody lub może pod działaniem wyobrażonego alkoholu postanowił w tym dniu trochę poleniuchować. Mnie również perspektywa kolejnego wstrząsu na stanowisku pracy otoczonym dekoracjami nie zachęcała do poznania nowej szaty zakładu. Ruszyłem powoli za Ryanem.
Od linii metra jezioro dzieliła odległość około dwóch kilometrów. Po przejściu wąskiego pasa lasu utworzonego ze sztucznych palm dotarłem do piaszczystej plaży. Ryan siedział pod palmą. Przechylał nad ustami swoją butelkę. Wodę jeziora pozorowała wielka szklana płyta o barwie nieba. Postawiłem na niej nogę. Powierzchnia szkła była twarda i lekko pomarszczona. Poszedłem po niej w kierunku przeciwległego brzegu.
W tym miejscu jezioro miało szerokość sześciu kilometrów. Daleko z lewej strony, na dużej wyspie położonej pomiędzy Tawedą a Lesaiolą, zielenił się gęsty palmowy las. Słońce wznosiło się coraz wyżej na bezchmurnym niebie. Kiedy oddaliłem się na odległość jednego kilometra od brzegu w Pial Edin, dotarłem do krawędzi szkła. Począwszy od tego miejsca aż do brzegu pod Lesaiolą woda była prawdziwa.
Powróciłem do Ryana.
– Poczęstuj mnie swoim koniakiem, głupi kołku, jeśli sam go jeszcze do końca nie wytrąbiłeś – powiedziałem pojednawczo.
Leżał na wznak. Poderwał się z ziemi i zamachał rękoma. Odzyskał równowagę, kładąc swe sztuczne dłonie na kołnierzyku mojej koszuli.
– Ty wiesz, co ja przed chwilą widziałem? – zapiszczał.
– Pewnie coś bardzo ciekawego, bo inaczej ze wzruszenia nie próbowałbyś mnie zaraz udusić.
– Chodziłeś po powierzchni wody!
– Zalewasz.
– Widziałem ciebie na środku jeziora, powtarzam.
– Pływałem tam w ubraniu?
– Nie. Szedłeś po powierzchni wody.
– Mógłbyś mi takich kawałków nie opowiadać.
– Przysięgam!
– Wariata ze mnie chcesz zrobić?
– Widziałem to na własne oczy.
Trąciłem nogą butelkę i wskazałem ją ruchem głowy.
– Wszystko się zgadza – podsumowałem znaczącym tonem. – Najpierw ja po wczorajszym piciu wygłupiałem się przed tobą, a teraz…
– Urżnąłem się jak ostatnia świnia! – wykrzyknął radośnie. -
Ale numer – dodał ciszej i odetchnął z ulgą.
Wcale nie miałem ochoty na żarty. Jednak aby mu zrobić przyjemność, podniosłem butelkę do ust i wypompowałem z niej dwa łyki powietrza.
Zrozumiałem w tej chwili przynajmniej jedno: że gdybym chciał pozostać w zgodzie z przemienionym światem, musiałbym dla siebie zatrzymać wszystko, czego się o nim dowiedziałem.