Страница 32 из 40
ROZDZIAŁ DWUNASTY
Dobra, dziewczyny, obiecuję, że to już ostatnia! – zawołała Denise, i jednocześnie jej stanik przefrunął nad drzwiami przebieralni. Sharon i Holly jęknęły i opadły z powrotem na fotele.
– Godzinę temu mówiłaś to samo – utyskiwała Sharon. Zrzuciła buty i masowała teraz spuchnięte łydki.
– Tak, ale tym razem mówię szczerze. Mam dobre przeczucia co do tej sukni – szczebiotała rozemocjonowana Denise.
– To samo twierdziłaś godzinę temu – narzekała Holly.
Obeszły razem wszystkie sklepy z sukniami ślubnymi w mieście. Sharon i Holly opadały z sił. Zmęczenie zabiło w nich całą radość ze szczęścia Denise. Holly pomyślała, że jeśli jeszcze raz usłyszy jej drażniące popiskiwania…
– Bardzo mi się podoba! – radośnie zapiszczała Denise.
– Dobra, robimy tak – szepnęła Sharon na ucho Holly. – Nawet jeśli w tej sukni wygląda jak beza na rowerze, powiemy, że jest śliczna.
Holly roześmiała się.
– Oj, Sharon, tak nie wolno!
– Dziewczyny, zaraz zobaczycie! – zapiszczała ponownie Denise. – Zresztą… właściwie…
Holly zrobiła żałosną minę.
– Ta – dam!
Kiedy Denise wyszła z przymierzami, Holly wybałuszyła oczy. Zerknęła na Sharon i zagryzła wargi, żeby nie ryknąć śmiechem.
– Podoba się wam? – zapiszczała znowu Denise.
Holly skrzywiła się.
– Tak – powiedziała bez entuzjazmu Sharon.
– Sądzisz, że spodobam się w niej Tomowi na ślubnym kobiercu?
– Tak – powtórzyła Sharon.
– Uważacie, że jest warta tej ceny?
– Tak.
Holly patrzyła ze zdumieniem na Sharon. Zrozumiała, że koleżanka nie słucha już nawet pytań.
Denise trajkotała jak najęta. Ona też najwyraźniej nie słuchała pytań.
– No to kupuję…
– Nie! – wtrąciła Holly, zanim Sharon znowu przytaknęła.
– Nie? – spytała Denise. – Bo mnie pogrubia?
– Nie.
– Twoim zdaniem nie spodoba się Tomowi?
– Nie.
– Ale uważasz, że jest warta tej ceny?
– Nie.
– No tak. – Denise zwróciła się do Sharon. – Zgadzasz się z Holly?
– Tak.
– Dobra, wierzę wam – przyznała smętnie Denise. – Prawdę powiedziawszy, mnie też się nie bardzo podoba.
Sharon włożyła buty.
– Zjedzmy coś, zanim padnę z głodu.
Dowlokły się do kawiarni „Bewleya”. Udało im się znaleźć miejsce pod oknem z widokiem na Grafton Street.
– Nie znoszę robić zakupów w soboty – wyjęczała Holly, patrząc, jak ludzie potrącają się i gniotą na zatłoczonej ulicy.
– Minęły czasy zakupów w dni powszednie, bo skończyło się lenistwo – zażartowała Sharon, biorąc klubową kanapkę.
– Wiem, i przyznam, że jestem zmęczona, ale tym razem zasłużyłam na to zmęczenie – przyznała uszczęśliwiona Holly.
– Opowiedz o spotkaniu z rodzicami Gerry’ego – poprosiła Sharon.
– Nieładnie potraktowali Daniela. – Holly skrzywiła się.
– Nie mają prawa ci dyktować, z kim się możesz spotykać! – wybuchnęła Sharon.
– Wcale się z nim nie spotykam – sprostowała Holly. – Poszliśmy tylko na służbowy obiad.
– Aha, służbowy!
Sharon i Denise zaniosły się śmiechem.
– Miło go było, oczywiście, zjeść w miłym towarzystwie – dodała z uśmiechem Holly. – Kiedy wszyscy są zajęci, fajnie jest z kimś pogadać. Zwłaszcza z facetem.
– Rozumiem. – Sharon pokiwała głową. – Powi
Denise zachichotała.
– Cieszę się, że dobrze się czujesz w jego towarzystwie, bo będziesz musiała z nim tańczyć na naszym weselu.
– Niby dlaczego? – spytała ze zdziwieniem Holly.
– Bo druhna musi tradycyjnie zatańczyć z drużbą – odparła.
– Chcesz mnie poprosić na druhnę?
Denise pokiwała głową.
– Nie martw się, rozmawiałam już z Sharon. Naprawdę nie ma nic przeciwko temu.
– Bardzo chętnie! – zawołała uradowana Holly. – Ale, Sharon, na pewno nie będzie ci przykro?
– Wystarczy, jak będę z tym brzuchem stała w orszaku. Chyba ubiorę się w namiot, który pożyczę od Denise.
– Bylebyś nie zaczęła rodzić na weselu – powiedziała Denise.
– Nie martw się. Termin jest dopiero w styczniu. O właśnie, zapomniałabym wam pokazać zdjęcie dziecka!
I wyjęła z torby niewielką fotografię.
– Gdzie ono jest? – spytała Denise, wytężając wzrok.
– Tutaj.
Sharon pokazała jej niewyraźny kształt na zdjęciu.
– O rany, ale wielki chłopak! – zawołała Denise.
Sharon wzniosła oczy do nieba.
– Denise, to jest noga. Jeszcze nie znamy płci.
– Ach. – Denise zarumieniła się. – Moje gratulacje! Czyli szykuje ci się mały ufoludek.
– Oj, przestań – powiedziała Holly ze śmiechem. – Moim zdaniem to małe cudo.
– Fajnie, że ci się podoba. – Sharon spojrzała na Denise, która skinęła głową. – Bo razem z Johnem chciałam cię prosić na matkę chrzestną.
Oczy Holly zaszły łzami.
– Ejże, jak ja cię prosiłam, żebyś została druhną, to nie płakałaś – obruszyła się Denise.
– Och, Sharon, to dla mnie zaszczyt! I Holly uściskała przyjaciółkę.
Holly przedarła się przez tłum w pubie „U Hogana” i weszła na piętro do „Klubu Diwa”. W progu dosłownie oniemiała. Grupa muskularnych młodzieńców w samych kąpielówkach grała na hawajskich bębnach. Modelki w skąpych bikini witały gości, wieszając im kolorowe wieńce lei na szyjach. Klub zmienił się nie do poznania.
Barmani, również w strojach plażowych, stali w wejściu z tacami pełnymi niebieskich drinków. Sięgnęła po jeden i pociągnęła łyk. Omal się nie skrzywiła, taki był słodki. Podłogi wysypano piaskiem, na stołach rozstawiono wielkie bambusowe parasole, z wielkich bębnów zrobiono stołki barowe, a w powietrzu unosiła się cudowna woń pieczonych mięs z grilla. Holly podeszła do najbliższego stolika, wzięła kebab i natknęła się na Daniela.
– Witaj. Bar wygląda nieziemsko – pochwaliła.
– Fakt. Nieźle to wyszło.
Miał zadowoloną minę. Był ubrany w wytarte dżinsy i niebieską hawajską koszulę w wielkie różowo – żółte kwiaty. Dziś też był nieogolony. Zaczęła się zastanawiać, czy całowanie się z takim nieogolonym facetem nie sprawia bólu.
Oczywiście nie miała na myśli siebie, tylko w ogóle…
– Przepraszam za tamten wieczór.
– Mnie było przykro tylko z twojego powodu. Nie powi
Uśmiechnął się i położył jej ręce na ramionach, jak gdyby chciał powiedzieć coś więcej, ale ktoś go odwołał do baru, gdzie wyniknął jakiś problem.
Przecież się nie spotykamy – mruknęła Holly do siebie. Od tamtego wieczoru Daniel dzwonił niemal codzie
– I co sądzisz o nowym rozgrzewającym drinku na zimę? Wskazała butelkę.
Denise zrobiła minę.
– Mocny. Wypiłam tylko kilka, a już mi szumi w głowie.
Przez cały wieczór Holly dobrze się bawiła. Śmiała się i rozmawiała z Denise i Tomem. Ledwo zamieniła słowo z Danielem, którego zajmowały obowiązki gospodarza. Patrzyła, jak wydaje polecenia personelowi, który natychmiast je wykonywał. Wyraźnie cieszył się szacunkiem. Potrafił dopiąć swego. Za każdym razem, kiedy zmierzał w jej stronę, kłoś go zatrzymywał z prośbą o wywiad albo po prostu o rozmowę. Najczęściej, ku irytacji Holly, były to dziewczęta w bikini.
Denise zamknęła szufladę kasy biodrem i podała klientowi paragon.
– Dziękuję – odparła z uśmiechem, który szybko zniknął z jej twarzy, kiedy klient odwrócił się od lady. Głośno westchnęła, widząc długą kolejkę. Podminowana, wzięła od następnego klienta zakupione ubranie, zdjęła przywieszkę, wczytała, zapakowała.
– Przepraszam, czy pani Denise He
– Owszem.
– Porucznik Ryan. Proszę, żeby zechciała pani udać się ze mną na komisariat.
Właściwie było to żądanie, a nie prośba. Denise oniemiała. Absolutnie nie widziała w nim atrakcyjnego funkcjonariusza, lecz złego glinę, który na pewno zamknie ją w ciasnej celi bez ciepłej wody i bez dostępu do makijażu. Przełknęła ślinę.
– Za co?
– Wszystkiego dowie się pani na komisariacie.
Policjant obszedł ladę, Denise spojrzała bezradnie na długą kolejkę. Wszyscy się na nią gapili.
– Sprawdź jego dokumenty, złotko – poradziła jedna z klientek. Głos jej drżał, kiedy poprosiła go o legitymację służbową, co i tak nie miało sensu, bo nigdy nie widziała legitymacji policyjnej ani nie wiedziała, jak wygląda.
Ręce jej się trzęsły, kiedy na nią patrzyła, ale nie przeczytała ani litery.
– Nie pójdę, dopóki mi pan nie powie, o co chodzi – uparła się.
– Pa
I wyciągnął parę kajdanków.
– Przecież ja nic nie zrobiłam! – zawołała, wpadając w panikę.
– Omówimy to na komisariacie. On też już wpadał w złość.
Denise skrzyżowała ręce.
– Powiedziałam, że nie pójdę, dopóki się nie dowiem, o co chodzi.
– No dobrze. – Wzruszył ramionami. – Skoro pani nalega.
Miał jeszcze coś dodać, ale Denise krzyknęła, bo poczuła, że na nadgarstkach zatrzaskuje jej zimne srebrne kajdanki. Wstrząśnięta, nie odezwała się słowem, kiedy wyprowadzał ją ze sklepu.
– Powodzenia, złotko – zawołała za nią życzliwa klientka.
W głowie wirowały jej wizje wspólnej celi z psychopatycznym mordercą. Może znajdzie ptaszka ze złamanym skrzydłem, otoczy go opieką i nauczy latać, żeby jakoś przeżyć lata za kratami.
Aż spąsowiała, kiedy wyszli na Grafton Street. Tłum natychmiast się rozstąpił. Szła ze spuszczoną głową w nadziei, że nikt znajomy jej nie zauważy. Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy policjant prowadził ją do wysłużonego mikrobusu z zaciemnionymi szybami, w znanym granatowym policyjnym kolorze. Usiadła w pierwszym rzędzie dla pasażerów za kierowcą i chociaż czuła, że ktoś siedzi za nią, trzymała się sztywno, zanadto przerażona, żeby się odwrócić i poznać przyszłych towarzyszy niedoli.