Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 50 из 62

– Ano widzę. – Wzruszył ramionami i wykrzywił się szyderczo.

– Wyświadczcie mi tę łaskę i otwórzcie bramę – powiedziałem pokorniejszym tonem, patrząc w górę.

– Może, może – mnich zamruczał tym razem, wyraźnie zadowolony z siebie. – Ale zmówisz mi tu zaraz, zuchwały chłopcze, pięć razy „Chwałę Zstąpienia”, trzy razy „Wierzę w Boga” i trzy razy „Ojcze nasz”…

– Na miecz Pana – jęknąłem, chociaż ucieszyłem się w myślach, gdyż miałem nadzieję, że furtian zrozumiał kod i teraz szuka tylko sposobu, by znaleźć czas na zawiadomienie przełożonych oraz powzięcie stosownych przygotowań.

– No już, już… – ponaglił mnie.

– Panie nasz, Ty zaniosłeś Słowo i Miecz swemu ludowi… – zacząłem.

– Głośniej! – nakazał surowo. – I ten drugi też ma się modlić!

Westchnąłem i spojrzałem przepraszającym wzrokiem w stronę Neuschalka.

– Módlcie się – szepnąłem – bo inaczej nas nie wpuszczą.

Skinął głową z ponurym grymasem i rozpoczęliśmy modlitwę jeszcze raz, wypowiadając jej słowa w miarę zgodnym chórem. Furtian przez pewien czas pomrukiwał nam do taktu, ale potem przestałem słyszeć jego głos. Starałem się wyraźnie artykułować wyrazy i mówić w miarę wolno, aby dać mu jak najwięcej czasu. I miałem nieśmiałą nadzieję, że to, co robię, ma w ogóle jakiś sens. Kiedy po raz trzeci dopowiadaliśmy: i daj nam siłę, byśmy nie wybaczali naszym winowajcom (obaj już nieco zmęczeni głośną recytacją), furtian zachichotał i wraz z nami wypowiedział słowo „Amen”.

– Teraz dobrze – rzekł wyraźnie zadowolony. – Co by tu jeszcze, hmmm? Może byście zaśpiewali „Jeruzalem, och niewierne Jeruzalem”? Bardzo lubię tę pieśń.

– Nie będę śpiewał – syknął mi Neuschalk niemal w samo ucho.

– Mogę i zaśpiewać, i zatańczyć, abyście mnie tylko wpuścili – powiedziałem zrezygnowanym tonem, znowu zadzierając głowę.

– No, dobrze. Co za dużo to niezdrowo – burknął zako

Stęknął głośno, z wyraźnie udawanym wysiłkiem, i musiał pchnąć kołowrót, bo usłyszeliśmy donośne skrzypnięcie. Krata, zagradzająca nam drogę do klasztoru, drgnęła i powoli zaczęła się unosić.

– Tylko pilnujcie koni, bo jak obeżrą nam krzewy, to brat Serafin powiesi was za jaja – ostrzegł surowo furtian.

W końcu więc dostaliśmy się do Amszilas i tak jak poprzednio zastałem niemal pusty dziedziniec. Tylko jeden z młodych mnichów, nie zwracając na nas uwagi, z trudem przetaczał dużą beczkę, w której coś głośno chlupotało.

– Czekajcie – rozkazał nam odźwierny z wysokości muru.

Nie musieliśmy jednak czekać długo, gdyż rychło zobaczyłem starszego zako

– Jestem Casimirus Neuschalk, doktor teologii, profesor cesarskiego uniwersytetu i mistrz wiedzy tajemnej, którą wy nazywacie mroczną sztuką – powiedział wyniośle. – Mam wam do przekazania sprawy niezmiernej wagi, lecz stanę tylko przed Radą Klasztoru. Tak, tak, dobrze wiem, że dwunastu starych mnichów sprawuje tu rządy, i będę rozmawiał tylko z nimi.

– Czarnoksiężnik żąda, aby przyjęła go Rada Klasztoru? – powiedział brat głosem, w którym zdumienie walczyło o lepsze z oburzeniem. – Czyś postradał zmysły, człowieku? – dodał, nie negując jednak twierdzenia Neuschalka o Radzie Klasztoru, choć ja sam po raz pierwszy o takim urzędzie słyszałem.

– Właśnie tak!

– A jeśli nie? – zapytał cicho mnich

– Wtedy moja wiedza umrze wraz ze mną – powiedział, wykrzywiając się. – Gdyż przypuśćmy tylko, że mam na palcu zatruty pierścień, a drobne zranienie wystarczy, abym udał się w podróż, z której się już nie wraca. Chcesz wziąć za to odpowiedzialność, stary człowieku? A może mam truciznę w zębie? – zapytał, odwracając się w moją stronę. – Co mówię po to, Mordimerze, by odwieść cię od jakichś gwałtowniejszych uczynków…

– Nie zamierzam czynić nic bez wiedzy i zgody gospodarzy – wyjaśniłem spokojnie. – Gdyż nade wszystko potrzebujemy wsparcia mądrych braci.

– Przekażę twą prośbę, czarowniku – odparł mnich po chwili milczenia, a ja byłem pewien, iż przynajmniej on zrozumiał właściwe znaczenie mych słów. – Ale nie spodziewaj się prędkiej odpowiedzi.

– Daję wam czas do zachodu słońca – rzekł demonolog oschle. – I to moje ostatnie słowo. Tylko pod warunkiem, że przed zmierzchem przyjmie mnie Rada, podzielę się moją wiedzą. A wiedz, że dotyczy ona między i

Zawsze wydawało mi się, że klasztor Amszilas nie jest miejscem, w którym czarnoksiężnicy, demonolodzy i heretycy mogą żądać czegokolwiek poza doznaniem zbawie

– Skoro taka jest ostateczna cena twych usług – odpowiedział skrzypiącym głosem – zgodzimy się na nią w pełnej pokorze.

– Ja myślę, bo i co i

Byłem święcie pewien, że na mojej twarzy nie drgnął nawet mięsień. Tak samo twarz zako

Neuschalk rozejrzał się po komnacie, a w jego wzroku czaiła się bezczelna kpina.

– Myślałem, że wnętrza tego klasztoru nie cechują się tak siermiężną surowością – rzekł. – Cóż, nie zabawię tu w każdym razie na tyle długo, by zdołały mi nadmiernie obmierznąć. – Westchnął z udawanym smutkiem. – Ale na razie przynieście mi jakieś śniadanie zanim zbierze się ta wasza rada.

Mnich nawet nie skinął dłonią w stronę stojących pod ścianami braci, a tylko leciuteńko zwrócił w ich stronę głowę. Natychmiast wiedzieli, co czynić, gdyż dwóch z nich ruszyło szybkim krokiem w stronę drzwi.

– Dobrze wytresowani – rzekł Neuschalk z szyderczym podziwem w głosie.

– Pokora i posłuszeństwo – powiedziałem, widząc, że mnich się nie odzywa – są zasadami przyświecającymi nam na każdym kroku, zgodnie z naukami naszego Pana.

– Którym to naukom dobitnie dał wyraz, schodząc z krzyża z mieczem w dłoniach – zakpił demonolog.

– Lecz wcześniej dał się pojmać, biczować oraz ukrzyżować – rzekłem spokojnie. – Ale przecież nie przyszliście tu rozprawiać o teologii, doktorze, prawda? Zwłaszcza że w człowieku tak rażąco skromnej wiedzy jak moja, nie zyskalibyście interesującego rozmówcy.

– Też prawda – mruknął i odszedł od nas, stając przy oknie o szerokim, kamie

Neuschalkowi przyniesiono posiłek: chleb, zimne mięso oraz dzban wody. Skrzywił się teatralnie, ale potem zaczął się w milczeniu posilać, cały czas stojąc przy kamie

– Rada się zebrała – obwieścił cicho. – I prosi was, doktorze Neuschalk, was, ojcze Bonawenturo, oraz was, mistrzu Madderdin. Zechciejcie udać się za mną.

– Wreszcie – mruknął czarnoksiężnik.

Podszedł w naszą stronę, przeczyszczając szpary między zębami głośnym cmokaniem.

– Na obiad przygotujcie coś bardziej strawnego – rzekł.

Prowadzeni przez młodego zako

– Pozwólcie, panie – odezwał się cicho prowadzący nas brat. – Rada czeka na was.

– Patrzcie uważnie. – Zwrócił się do mnie Neuschalk pyszałkowatym tonem. – Gdyż niedługo będziecie świadkiem triumfu niezłomnej wiedzy oraz nieujarzmionej woli.

– Tak i ja to sobie wyobrażam – odparłem, chyląc lekko głowę.

– No, chodźmy. – Czarnoksiężnik pstryknął palcami na młodego mnicha, którego usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie.

Ruszyli w stronę podwyższenia. Demonolog szybkim i pewnym krokiem, młody brat tuż za jego plecami. Neuschalk wszedł po schodach, ale nawet nie odsunął przeznaczonego dlań krzesła, postawionego u szczytu stołu. Rozłożył nagle ramiona i krzyknął coś potężnym głosem. Jego postać, przypominająca teraz wielkiego, czarnego ptaka o rozpostartych skrzydłach, zdawała się rosnąć pod samo sklepienie. I nim zdołałem cokolwiek pomyśleć lub uczynić, z ciała Neuschalka trysnęły strumienie ognia. W jednej chwili dwunastu mnichów oraz brat-przewodnik demonologa zostali spopieleni na proch. Nie zostało nic. Nawet resztki kości lub strzępy szat. Żar był tak ogromny, iż poczułem, jak owiewa mnie palące tchnienie, i z trudem powstrzymując jęk, zasłoniłem twarz. Niemniej i tak miałem wrażenie, że skóra za chwilę zejdzie mi płatami z policzków, czoła i nosa.