Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 62

Maskarada

Wszyscy my bowiem jesteśmy synami światła i synami dnia.

Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności.

Nie śpijmy przeto jak i

św. Paweł, I list do Tesaloniczan

Spoglądałem na twarz Jezusa o Podwójnym Obliczu. Tę o twardych rysach i zawziętą, na którą nachodził żelazny nosal hełmu. Jezus trzymał w dłoniach miecz, zwrócony ostrzem w stronę ławy, na której siedziałem, a jego napierśnik błyszczał srebrem. Drugie oblicze naszego Pana – bolesne i pokorne, z czołem przystrojonym Koroną Cierniową – schowane było w głębokim cieniu kościelnej nawy.

Siedziałem może nie tyle pogrążony w pobożnych rozmyślaniach, ile szukając w kamie

W pewnym momencie usłyszałem jednak stukot twardych podeszew na kamie

– To wy jesteście inkwizytorem? – zagadnął, a jego głos rozbrzmiał echem w pustym kościele.

Odczekałem chwilę, przeżegnałem się i obróciłem wzrok na niego.

– A jeśli tak? – odrzekłem pytaniem na pytanie.

– W takim razie mam dla was robotę. Jestem, jak wy to nazywacie, czarownikiem, czyli mówiąc i

Spotykałem już różnych ludzi. Również takich, którym wydawało się, że są białymi królikami, szczypiącymi trawę w ogrodach najjaśniejszego cesarza. Dlatego nie przejąłem się zbytnio słowami człowieka, który ośmielił się przerwać mi modlitwę.

– I cóż w związku z tym? – zapytałem spokojnie.

– Eeer… – Wyraźnie skonfundował się i zająknął. – Nie słyszeliście? – dodał, odzyskując rezon. – Jestem czarnoksiężnikiem! I żądam, abyście mnie jak najszybciej oddali w ręce mnichów z klasztoru Amszilas.

No tak, tego jeszcze nie było. Owieczka, surowo nakazująca odprowadzić się do wilczego leża. Prosiak, stanowczo domagający się wizyty u rzeźnika. Czyż świat nie bywa czasami pełen zdumiewających niespodzianek?

– Zgłoście się do lokalnego oddziału Inkwizytorium – powiedziałem obojętnie. – Najbliższy znajduje się w Vaxholen, o ile mnie pamięć nie myli. A teraz, za waszym pozwoleniem, chciałbym wrócić do modlitwy oraz pobożnych rozmyślań.

Wpatrywał się we mnie wzrokiem, w którym zdumienie walczyło o lepsze z irytacją. Palcami prawej dłoni szarpnął się za brodę.

– Nie wierzycie mi, co? – wycedził przez zęby. – A jeśli powiem wam, że studiowałem mroczną sztukę z ksiąg asyryjskich oraz perskich czarnoksiężników? I że miałem w rękach łaciński odpis „Sztuki demonologii”, w oryginale spisanej krwią na ludzkiej skórze? Jeśli powiem wam też, że znana jest mi wiedza arabskich magów, w tym „Siedemdziesiąt i siedem piekielnych otchłani” szalonego Yussufa al Ahmadiego, nazywanego Krwiopijcą z Medyny, oraz sły

Ten człowiek nie tylko nie powinien znać tych ksiąg, ale nawet słyszeć ich tytułów. Jednak wiedziałem też, że największe choćby tajemnice wyciekają, jeśli tylko wie o nich zbyt wielu ludzi. A przecież o „Sztuce demonologii”, dziełach Yussufa al Ahmadiego, czy pogańskim dębie uczono w Akademii Inkwizytorium (zagadnienia te przedstawiano również biegłym egzorcystom). Zrozumiałe więc, że prędzej czy później, mogli się o nich dowiedzieć również postro

– Dajcie pokój – powiedziałem natrętowi. – Czy godzi się dysputować o takich sprawach w domu Bożym?

– Ależ ja żądam, abyście mnie aresztowali. – Jego blada, szczupła twarz pokryła się krwistymi rumieńcami.

– A spalić was gdzie? Tu czy może w stolicy, bo więcej ludzi przyjdzie na spektakl? – Zażartowałem z poważną miną.

– Chcę, abyście mnie odprowadzili do klasztoru Amszilas! – niemal wykrzyczał. – I ja dobrze wiem, i wy dobrze wiecie, czym zajmują się tamtejsi mnisi… – dodał nieco spokojniejszym tonem i przysiadł obok mnie. – Zróbcie to, na miecz Pana! – zasyczał mi niemal w samo ucho, zionąc jednocześnie pomieszanym odorem przetrawionej cebuli i zgniłych zębów.

Odsunąłem się, gdyż moje delikatne powonienie jedynie z najwyższym trudem znosiło podobną gamę zapachową.

– Nadużywacie mojej cierpliwości – rzekłem spokojnie, chociaż o powi

– Na miecz Pana! – warknął. – Co mam zrobić, żebyście mnie aresztowali? Sprofanować, jak wy to mówicie, święte relikwie?

Wypowiedział te słowa i nagle rzucił wzrokiem w stronę ołtarza. Poderwał się z miejsca, jakby zamierzał wprowadzić w czyn śmiałe słowa. Na to już nie mogłem pozwolić. Chwyciłem go za ramię i klapnął obok mnie z bolesnym jękiem.

– Dość tego – powiedziałem stanowczo. – Chodźmy.

– Ano chodźmy. – Zgodził się bez oporu i nawet z satysfakcją w głosie.

Szedłem tuż za nim, niezadowolony, że z jego powodu będę musiał opuścić chłodne wnętrze i wyjść na rozgrzany, kamie

– Pozwólcie no tutaj. – Wskazałem rosnący nieopodal dąb, pod którego rozłożystymi gałęziami mogliśmy poszukać cienia, a jednocześnie znaleźć się z dala od ciekawskich uszu, gdyby takowe się znalazły.

Stanęliśmy przy grubym, szarobrązowym pniu o spękanej i spieczonej korze. Na jednym z konarów zauważyłem zwęglony ślad po uderzeniu pioruna.

– No więc? – spytałem. – Czego naprawdę ode mnie chcecie?

– Tylko tego, co powiedziałem. – Nie wiem, czy mi się wydawało, czy nie, ale chyba zgrzytnął zębami. – Aresztujcie mnie i odprowadźcie do klasztoru.

– Wiecie co? – Spojrzałem na niego uważnie. – Może was aresztuję i przesłucham tutaj, na miejscu, w Gorlitz?

Zauważyłem, że zbladł i wyraźnie się zaniepokoił.

– Nie, nie, nie – powiedział szybko. – Błagam was, tylko Amszilas… Uwierzcie, muszę tam dotrzeć jak najprędzej.

– Do Amszilas kawał drogi – westchnąłem. – I po co ja wam jestem potrzebny? Jedźcie sami, oddajcie się w ręce zako

– Nie rozumiecie! – Chyba chciał mnie chwycić za ramiona, ale powstrzymał się. – Musicie mnie chronić przez te trzy dni podróży… On, on… chce mnie zabić!

Jego głos stał się niemal piskliwy, a dłonie zaczęły mu tak drżeć, że jedną musiał przytrzymać drugą. No cóż, kimkolwiek był ten człowiek, z całą pewnością wierzył we własne słowa. Oczywiście, nie oznaczało to jednak, że ja mam w nie pochopnie uwierzyć.

– Uspokójcie się – rzekłem łagodnie. – I powiedzcie mi: kto was chce zabić?

Rozejrzał się wokoło spłoszonym wzrokiem.

– On – wyszeptał. – Demon.

– Ach, tak… Demon… – powtórzyłem. – No to zmienia postać sprawy! Macie tu może w Gorlitz jakąś rodzinę?

– Rodzinę? – Skrzywił się. – A co rodzina… – urwał. – Nadal mi nie wierzycie. – Ciężko oparł się o pień drzewa. – Sądzicie, że jestem szalony, prawda? I macie rację, na miecz Pana! Jestem szalony, czy raczej byłem szalony, kiedy… – Zaczerpnął spazmatycznie tchu, wbijając w korę paznokcie. Zauważyłem, że jego palce są zażółcone plamami, być może pochodzącymi z pracy nad alchemicznymi odczy

– Ależ proszę bardzo. – Zgodziłem się i spojrzałem z nadzieją w niebo, by zobaczyć, czy słońce zaczyna już chylić się ku zachodowi. Nie zaczynało.

– Nazywam się Casimirus Neuschalk i byłem doktorem teologii cesarskiego uniwersytetu – rzekł i to potwierdzało moje przypuszczenia, co do jego profesji oraz skąd mógł znać tytuły zakazanych dzieł. – Nie będę wnikał w to, jak i dlaczego poznałem tajemne sztuki. – Obróciłem na niego wzrok, ale patrzył gdzieś obok mnie. – Ważne tylko, że popełniłem błąd, inkwizytorze. Zawarłem pakt z siłami, których teraz nie potrafię okiełznać. Moje życie nie jest warte funta kłaków i nie sądzę, abym bez waszej pomocy przeżył nawet tę noc.