Страница 30 из 62
– Ja już znam całą prawdę – powiedziałem.
– Wierzcie mi, że wasza pycha i upór spotkają się z należytą uwagą w Stolicy Apostolskiej – rzekł. – Biada wam, jeśli śledztwo odkryje, że mamy do czynienia z czarami.
Wyszedłem z izby, gdyż nie było nic do dodania. Nie miałem żadnych wątpliwości, iż Sforza uzyska to, czego pragnie, a więc odkryje w Stolpen czarnoksiężnika. Zapewne nawet nie jednego, lecz całą sektę. Powiedziałem kiedyś, że najczęściej byle oprawca z rozgrzanym do czerwoności dłutem potrafi przekonać przesłuchiwanego, iż jest zielonym osłem w pomarańczowe ciapki. Cała mądrość polegała na tym, aby, mając taką władzę nad ludźmi, nie pozwolić sobie, by jej ulec. Lecz zrozumieć to mogli tylko ci, którzy przeszli wytężone szkolenie w Akademii Inkwizytorium.
Na progu domu zobaczyłem zasępionego rycerza de la Guardię, który powitał mnie niechętnym skinieniem głowy. Ale domyślałem się, że ta niechęć ma niewiele wspólnego ze mną, i jak się okazało, miałem rację.
– Powiedział wam, prawda? – właściwie stwierdził, a nie spytał.
– O Wesołym Kacie? Owszem, powiedział.
– Nie zamierzam uczestniczyć w śledztwach, które będzie prowadzić ta kreatura – stwierdził z obrzydzeniem. – A wy?
– Panie rycerzu – powiedziałem. – Mylicie pojęcia. Wesoły Kat nie poprowadzi przesłuchań, a jedynie wykona polecenia brata Sforzy. To dwie różne sprawy, gdyż…
– Nie wiem – przerwał mi. – Nie znam się na tym…
– Wasza obecność, rzecz jasna, nie będzie konieczna – rzekłem uspokajającym tonem. – Chociaż być może wasz wpływ mógłby nieco złagodzić ostrość sądów brata jałmużnika.
I do czego to doszło, biedny Mordimerze, pomyślałem z ironią, abyś uznał za korzystny obrót losu, iż w przesłuchaniach ma uczestniczyć szlachetnie urodzony, nie mający wszak większego pojęcia o prawie, herezji oraz czarach. A jednak wiedziałem, że obecność rycerza faktycznie może złagodzić spór pomiędzy Sforzą a mną, którego celowo podżegać nie miałem przecież zamiaru.
– Pomyślę jeszcze nad tym – odparł de la Guardia. – Ale to się nie godzi, to się nie godzi… – Pokręcił głową i, nie zwracając już na mnie uwagi, skierował się w stronę plebanii.
Wesołego Kata ujrzałem jednak nie nazajutrz, a jeszcze tego samego dnia. Nie wiem, kogo spodziewałem się zobaczyć, lecz na pewno nie tę jednocześnie groteskową i straszną postać. Wesoły Kat z Tia
– Żesz ty… – mruknął Kostuch i było to niezłe podsumowanie.
– Pozwólcie sobie zaprezentować, panie Madderdin – rzekł brat Sforza z niekłamaną satysfakcją w głosie. – Oto mistrz cechu katowskiego, Gaspar Louvain.
– Wesołym Katem zwany na szerokim świecie, bowiem radośniejszego człeka nigdzie nie znajdziecie.
Głos Gaspara był jednocześnie chrapliwy i piskliwy, tak jakby kat właśnie wkraczał w wiek męski, kiedy wysokie chłopięce tony zaczynają ścierać się z męskimi brzmieniami. Ponieważ jednak słyszałem o jego dokonaniach sprzed kilku lat, więc byłem przekonany, że na pewno nie jest młodzieniaszkiem. Przyglądałem mu się dłuższą chwilę.
– Trzymajcie swojego psa z dala ode mnie, jałmużniku – ostrzegłem beznamiętnym tonem.
– Przecież żeśmy bracia w fachu, obaj ludzi ślem do piachu – zapiszczał Wesoły Kat z jawnym wyrzutem w głosie.
– A rymy też ma podłe – powiedziałem. – I powtórzcie mu, jeśli łaska, że gdy raz jeszcze nazwie mnie bratem, to będziecie mu wybierać jego własne zęby z mózgu.
– Wyjdź – rozkazał Gasparowi dość ostrym tonem brat Sforza, a Wesoły Kat teatralnie wzruszył ramionami, lecz usłuchał.
Przyglądałem się, jak idzie w stronę drzwi, i nawet jego chód wydawał się zarazem dziwaczny i odrażający. Bowiem człowiek ten sunął głęboko zgarbiony, tak, że dłonie zwieszały mu się aż za kolana i drobił kroczki, kolebiąc się na obie strony. Gaspar Louvain był postawnym mężczyzną, ale kiedy szedł, wydawał się jakimś obrzydliwym, skurczonym stworzeniem, które dopiero co nauczyło się naśladować człowieka, ale które w tym naśladownictwie nie zyskało jeszcze należytej biegłości. Odwrócił się od samych drzwi.
– Wesoły Kat się na ciebie nie gniewa, gdyż jeno radość w sercu mu rozbrzmiewa – rzekł tym razem chrapliwym głosem, patrząc w moją stronę. A przynajmniej po ruchu głowy poznałem, że zerka na mnie, bo spoza maski nie widziałem źrenic.
– Nie życzę sobie, byście obrażali człowieka, który przybył, aby mi pomóc – rzekł Sforza, kiedy Wesoły Kat opuścił już izbę.
– Będę miał to na uwadze – odparłem.
Zastanawiałem się, co może łączyć tych dwóch ludzi. Brata ze Stolicy Apostolskiej i cudaczną postać, która wydawała się pozbawiona ludzkich cech, lecz która cieszyła się znaczną, choć złą sławą. Czy jałmużnicy zamierzali w śledzeniu oraz badaniu herezji (nawiasem mówiąc, wysoce naga
Przesłuchanie Mathiasa Litte miało rozpocząć się o świcie następnego dnia i tym razem nie zaspałem. Ale kiedy pojawiłem się w izbie, zauważyłem, że kat już krząta się przy palenisku. Dostrzegł mnie i zwrócił ku mnie twarz, czy raczej, złotą, roześmianą maskę, jaką na twarzy nosił.
– Ach, toż to inkwizytor, co odrzucił me powitalne ramiona. Lecz zaraz się o Wesołego Kata talentach przekona. I nie będzie już gardził biednym Gasparem, kto z jego narzędzi zapozna się czarem.
Cofnąłem się na próg, bo nie zamierzałem rozmawiać z tą kreaturą ani nawet wypytywać jej o brata Sforzę oraz oskarżonego. Jednak zaraz usłyszałem ze schodów głos proboszcza Lambacha, który cierpliwie tłumaczył, że być może szczera modlitwa z trupożercą wywrze lepszy skutek niż zadawanie mu cierpienia. Wyraźnie słyszałem zaniepokojenie w jego głosie, gdyż zapewne pierwszy raz miał uczestniczyć w przesłuchaniu połączonym z torturami. Cóż, dla ludzi delikatnego usposobienia doświadczenie to rzeczywiście nie należało do najprzyjemniejszych, choć do wszystkiego wszak można się przyzwyczaić…
– Przyprowadźcie no tego ludojada – rozkazał komuś Sforza żartobliwym tonem i usłyszałem dwa mrukliwie przytakujące głosy oraz stuk podkutych podeszew.
Wszedłem z powrotem do izby i usiadłem na zydlu przy położonym na kozłach, zbitym z desek, blacie. Po chwili do środka weszli również proboszcz oraz jałmużnik.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł z namaszczeniem Lambach, kiedy tylko mnie zobaczył.
– Na wieki wieków – odparłem.
– Witaj, Gaspar – zawołał niemal wesołym tonem Sforza, ignorując moją obecność.
– Gdy ktoś niechętnie na cię spoziera, dobrze wreszcie ujrzeć przyjaciela – wypiszczał Wesoły Kat, kiwając gorliwie głową.
Jałmużnik podszedł do niego i poufale poklepał po ramieniu. Zauważyłem, że kat z Tia
Usłyszałem szuranie, zduszone przekleństwa i do izby weszło dwóch osiłków (nie widziałem ich nigdy przedtem) ciągnących za sobą Mathiasa Litte. Trupojad miał poszarpane ubranie, włosy zlepione zaschniętą już krwią, podpuchnięte siniakami oczy i niemal zmiażdżony nos.
– A kto go tak obrządził? – zapytałem.
– A kogo to obchodzi? – odparł Sforza pytaniem na pytanie. – Rozłóżcie go na stole – rozkazał.
Mężczyźni rzucili oskarżonego na stół pośrodku izby, jakby rzucali tam wór kartofli. Litte zajęczał coś i wtedy oberwał pięścią prosto w zęby. Drgnąłem, ale postanowiłem się nie odzywać, wiedząc, że moja opinia o przebiegu przesłuchania w najmniejszym stopniu nie obejdzie brata Sforzy. Potem Mathiasowi Litte związano ręce i nogi tak, że leżał na blacie jak ukrzyżowany, a sznury przechodziły dołem. Wesoły Kat podśpiewywał coś i szczękał narzędziami przy ogniu. Zauważyłem, że Litte stara się unieść głowę i zobaczyć, co się dzieje.
Ksiądz proboszcz rozłożył obok mnie pergamin i sprawdził, czy pióro jest dobrze naostrzone. Spojrzał w moją stronę, uśmiechnął się trochę zaniepokojonym, a trochę przestraszonym uśmiechem.
– No to zaczynajmy. – Sforza zatarł dłonie, a potem powiódł wzrokiem po wilgotnych ścianach. – Przynieście no butelczynę gorzałki albo jakiego wina i kubki – rozkazał osiłkom, którzy stali już przy drzwiach i tępym wzrokiem przyglądali się oskarżonemu. – Trzeba się troszkę wzmocnić. – Mrugnął w stronę proboszcza, a Lambach roześmiał się jak na zawołanie.
Z ukosa przyglądałem się jałmużnikowi, który z wyraźną satysfakcją wodził wzrokiem od Mathiasa Litte po, obróconego teraz do nas tyłem, Wesołego Kata. Zauważyłem, że palce Sforzy znowu wykonywały bezwiednie te dziwne ruchy, jakby wysła