Страница 12 из 62
– Tak bywa. Człek dziś się weseli, jutro robaki żrą go w grobie…
– Jeśli ma choć kogo bliskiego, żeby mu ten grób wykopał – westchnąłem.
– Ja ci wykopię – zaoferował się Korfis z pijackim rozczuleniem. – Choć groszem nie śmierdzę, bo zresztą wśród nas niewielu jest takich. Ale czego się nie robi dla przyjaźni!
– Bardzo zacnie z twojej strony, ale nie spiesz się jeszcze z łaski swojej z tym kopaniem… – powiedziałem, a potem coś tknęło mnie w słowach Korfisa: – Co powiedziałeś przed chwilą?
– Ja? – zdziwił się głupkowato. – A! No, że dla przyjaźni wszystko… – Zawahał się przez moment. – Prawie wszystko…
– Nie, nie, wcześniej, że niewielu wśród was śmierdzi groszem, tak?
– Ano niewielu. – Pokiwał smutno głową. – Podatki, Mordimerze, podatki. Wypijmy!
Przechyliłem kubek do ust, ale jedynie machinalnie, bo pochłonięty byłem pewną myślą. Czy przypadkiem Ritter nie użył tych samych słów dotyczących pieniędzy, opowiadając o Andreasie Kuffelbergu – aktorze odgrywającym rolę rudobrodego barbarzyńcy, Tankreda? I czy nie stwierdził, że to jedyna osoba w tym towarzystwie, której się poszczęściło? Wcześniej natomiast wspomniał, że Kuffelberg pochodzi z zacnej kupieckiej rodziny… Czy więc to właśnie Andreas mógł wspomóc finansowo Joha
– Polej, Korfis – rzuciłem weselszym tonem. – Na pohybel poborcom podatków.
– Ażeby ich pogięło – warknął.
– Tak jest. A jak staną przed niebieskim ołtarzem Pana, to niech On w swej mądrości wyliczy im podatek od wszystkich ludzkich krzywd, których byli przyczyną.
Korfis spojrzał na mnie z zadziwieniem w mętnych już oczkach.
– Ty jak coś powiesz. – Pokręcił głową. – Ale niech ich zaraza zeżre!
Obawiałem się, czy mistrz Ritter nie będzie miał towarzystwa w postaci jednej z licznych wielbicielek jego talentu, ale na szczęście tej nocy spał sam. Głośno chrapał i wypuszczał powietrze z przeciągłym świstem, a tuż przy łóżku stała niemal pusta butelka wina, ku mojemu zdziwieniu nakryta fikuśną czapką z kolorowym piórkiem. Obok leżała do połowy ogryziona, soczysta gruszka. Oczywiście mogłem przysiąść na zydlu i poczekać, aż dramaturg się obudzi, ale uznałem, że nie mam czasu na takie ceregiele. Dlatego poklepałem go lekko po policzku.
– Mmmm – wymruczał z niezadowoleniem. – Nie teraz, Ofko.
Ofka. Ha, całkiem przyjemne imię. Poklepałem go jeszcze raz.
– No mówię, że nie. Mało ci? – Chciał się obrócić na drugi bok, ale tym razem szarpnąłem go już za zmierzwioną bródkę.
– Oż ty, cholera! – Poderwał się, otwierając czerwone od przepicia i niewyspania oczy.
Zobaczył mnie i po wyrazie jego twarzy poznałem, że nie było to przebudzenie, jakiego oczekiwał.
– O mój Boże – zachrypiał tylko i zamacał dłonią po podłodze.
Uprzejmie podałem mu gruszkę, ale tylko zaklął wściekle, więc sięgnąłem po butelkę. Najwyraźniej to jej właśnie szukał, bo natychmiast przybliżył szyjkę do ust i dopił wino do końca. Odetchnął głęboko, a ja zmarszczyłem nos, gdyż najwyraźniej jedynym sposobem dbania o zdrowie zębów przez Rittera było płukanie gęby trunkami.
– Nie pomyliliście kwater? – spytał zgryźliwie. – Widzę, że mogę sobie darować zamykanie drzwi na skobel.
– Cóż – odparłem. – Wyszkolono nas tak, byśmy nie musieli kłopotać ludzi pukaniem.
– Bardzo wielkoduszne – stwierdził, spoglądając w okno. – Dopiero świt. Boga w sercu nie macie?
– Z całym szacunkiem, chciałbym wam jeszcze zadać kilka pytań – wyjaśniłem łagodnym tonem.
– Aha, widziałem dzisiaj, jak Pimke wygląda po konwersacji z wami… – Przyjrzał mi się uważnie. – Mogliście chociaż jakieś wińsko przynieść – dodał.
– Wybaczcie. – Rozłożyłem ręce. – Pochłonięty własnymi kłopotami, nie pomyślałem o waszych. Pozwólcie jednak, że szybko wyjawię wam, z czym przychodzę, a potem z powrotem pójdziecie spać…
Pokiwał głową ze zrezygnowaniem.
– Udało mi się dowiedzieć co nieco o waszym koledze Schwimmerze. Wychował się w okolicach Gottingen, kilka dni drogi od Hezu, ma co najmniej dwóch braci, którzy, być może, pomogli mu w porwaniu.
– Fascynujące – mruknął.
– Pomyślałem sobie, że może uprowadził Ilonę w rodzi
– A to ciekawe, czego szukacie u mnie?
– Ale do Gottingen jest co najmniej pięć dni drogi – kontynuowałem, nie zwracając uwagi na jego docinki. – W jaki sposób można przewieźć tam dziewczynę, która, jak mniemam, opiera się i nie opuści żadnej okazji, by wydać porywacza i wezwać ratunku? Jesteście dramaturgiem, więc odpowiedzcie.
– Na miecz Pana – jęknął. – Teraz jestem tylko diablo śpiącym człowiekiem. I tak mnie łeb boli… – poskarżył się. – No, ale niech wam będzie. Związałbym dziewkę, zakneblował, władował na wóz, przykrył jakimiś towarami, nocą dał coś zjeść… – Wzruszył ramionami i stęknął.
– Byłaby pewnie zachwycona. – Uśmiechnąłem się. – Nie w tym rzecz jednak. Skąd wzięlibyście pieniądze na wóz i konie?
– Pożyczyłbym?
– A od kogo? Jeśli bylibyście tylko pomocnikiem aktorów? Człowiekiem bez majątku i perspektyw?
– Skoro miał braci, może oni przyjechali wozem?
– Mówiliście, że ojciec wydziedziczył Schwimmera, a więc wnioskuję, że trzyma rodzinę twardą ręką. Dałby synom wóz oraz konie, nie wiedząc w dodatku, na co są im potrzebne? Oni nie muszą jeździć do Hezu, bo w Gottingen jest duży targ. A więc?
– Na miecz Pana, uwiecznię was w którymś z dramatów i ręczę, że tego pożałujecie! Czego wy ode mnie chcecie?
– Myślcie!
– Nie chcę myśleć – zajęczał. – Chcę spać!
– A jeśli nie udał się do domu pod Gottingen, to na pewno potrzebował bezpiecznego schronienia tu, w Hezie, i również jakiejś gotówki. Kto z waszych znajomych mógł mu zaoferować gościnę? Kto nie ma kłopotów z pieniędzmi?
– Oooo. – Przeciągnął, podnosząc się na łóżku i patrząc na mnie nagle otrzeźwiałym wzrokiem. – Chyba wiem, dokąd zmierzacie…
– Czy to możliwe, Heinz?
– Na głowę Belzebuba – mruknął. – Trafiło się ślepej kurze ziarno. To możliwe, panie Madderdin, diablo możliwe – urwał na moment, a potem pogłaskał się po brodzie i zagryzł wargi, jakby myśląc, czy może się zdobyć na wyznanie. – Andreasa łączyły szczególne więzy z Joha
– Czyżby o budzącej odrazę namiętności, za którą sprawiedliwy Bóg pokarał mieszkańców Sodomy? – zapytałem i nie ukrywam: byłem zdumiony, choć wiedziałem też, że w aktorskim światku dzieją się takie rzeczy, iż w zasadzie jakiekolwiek zdumienie mogłem sobie darować.
– Ano właśnie – odparł.
– I Kuffelberg pomógł Schwimmerowi w porwaniu oraz ukryciu dziewczyny w zamian za to, że Schwimmer obdarzy go swymi względami?
– Być może.
– To chore, Heinz.
– Miłość – westchnął, jakby to słowo tłumaczyło wszystko.
– A skąd u was taka chęć do pomocy, co?
– Skoro wpadliście na ten trop, prędzej czy później sami odkrylibyście co trzeba – powiedział. – A że zaoszczędziłem wam czasu oraz wysiłku, więc pewnie okażecie swą wdzięczność w stosowny sposób. – Uśmiechnął się z trudem.
– Ano okażę – obiecałem mu. – Choć nie ukrywam, że wcześniej mogliście się podzielić ze mną tymi rewelacjami.
– Nie donoszę na kolegów – odparł z godnością.
– I nikt by się nie ośmielił was do tego nakłaniać – odparłem.
Ritter wyjaśnił mi dokładnie, gdzie mieszka Andreas Kuffelberg. Była to mniej zamożna część dzielnicy kupieckiej, położona częściowo przy jednej z rzecznych odnóg, a częściowo na wyspie, gdzie pasażerów przez płytkie błocko przewoził ciągnięty linami prom. Jednak domostwo Kuffelberga znajdowało się jeszcze niedaleko brzegu. Był to dom położony w wąskiej uliczce i przyciśnięty do i
Długą chwilę stałem ukryty w cieniu jednego z zaułków i obserwowałem wejście. Jednak nic się tam nie działo. Nikt nie wchodził ani nikt nie wychodził, dostrzegłem tylko, że ktoś otworzył okie
– Czego tam?
– Do mistrza Kuffelberga z poleceniem od mistrza Rittera – wyjaśniłem, zdobywając się na ton jednocześnie uniżony i lekko zniecierpliwiony.
– Już, już… – Dla kobiety nazwisko Rittera nie było widać obce, bo usłyszałem chrzęst odmykanego skobla.
Drzwi się uchyliły i w progu zobaczyłem starą, pomarszczoną kobiecinę, której twarz przypominała wymięte i brudne prześcieradło poznaczone kozimi bobkami. W tym wypadku rolę kozich bobków grały brązowe brodawki, obrastające jej twarz ze zdumiewającą równomiernością. Wszedłem do środka, spychając staruszkę na bok.