Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 38

Basia dopada Piotra i obejmuje go, ale ramiona Piotra wiszą, ubrał się dzisiaj w marynarkę, jak nigdy, stoi nieruchomo, nie rozumie, o co chodzi.

– Piotrek, popatrz na mnie, spójrz na mnie, to ja. Basia, kocham cię, nie rozumiesz? Ja te zdjęcia przegrałam z komputera, myślałam, że to ty… Nigdy, przysięgam, już nigdy nie zrobię nic przeciwko nam, Piotrek…

Metaliczny głos finalizuje sprawę:

– Proszę opuścić salę rozpraw, dziękuję… Buba ściska palce, stoją wszyscy parę metrów od powódki i pozwanego. Krzysztof klepie Piotra w ramię.

– Nie bądź idiotą, stary.

Piotr siada na pierwszym lepszym krześle i zaczyna łkać jak dziecko, Basia klęka przy nim, a oni odchodzą, bo nie wiedzą, co z sobą zrobić.

– Podwieźć cię? – Krzysztof staje za Bubą.

– Nie spieszysz się do pracy? – Buba chce być zgryźliwa, ale jeszcze bardziej chce już być w domu.

Kot jęczał od piątej rano, trzeba coś zrobić, niech się więcej nie męczy.

– Jeśli możesz, zawieź mnie do domu – mówi spokojnie i dodaje już wbrew sobie: – Muszę jechać do weterynarza.

– Mogę z tobą pojechać – Krzysztof zastanawia się, dlaczego to powiedział. – Jeśli chcesz – dodaje, żeby nie wyglądało, że nie ma nic do roboty. Ale przecież jest szefem, nie musi się tłumaczyć nikomu, może raz przyjść, o której chce.

– Jeśli możesz, chętnie skorzystam – mówi cicho Buba i siada na przednim siedzeniu, a Krzysztof zatrzaskuje za nią lśniące drzwi swojego wypieszczonego volva 40 S.

Ulice są śliskie od wczesnego wiose

Ludzie odtajali, pozdejmowali maski, uśmiechają się trochę, choć jeszcze nie bardzo, na skwer przy placu wypełzli staruszkowie, przestało padać przed chwilą, trzeba to wykorzystać. Gołębie podnoszą się do krótkiego lotu i opadają nieco dalej. Na trawniku, który próbuje się podnieść do życia, lata, o dziwo, pierwszy motyl, żółty cytrynek trzepoce skrzydłami, jakby już kwitło coś, co ma kwitnąć niebawem, jakby nie wiedział, że jeszcze nie czas, a może jakby wiedział, że już czas.

Z wieży kościoła dzwonią na Anioł Pański, starszy człowiek żegna się, przechodząc obok kościoła, ściąga czapkę, nie musi jej już wsadzać na głowę. Jest ciepło, ale wsadza z powrotem. Dużo ludzi na ulicach jak na tę porę dnia. Spod jakiejś bramy niesie się srebrzysty, czysty dźwięk Arii na strunie G Bacha, wygrywanej na kieliszkach przez Rosjanina, który tak zarabia na życie.

Julia całuje Romana na do widzenia, on spieszy na rynek, ona jest umówiona w sprawie pracy, może tym razem się uda. Gołębie znowu się podnoszą. Róża wraca do domu, wszystko się dobrze skończyło, jakie to szczęście. Po południu przyjedzie Sebastian, wczoraj nie chciała się z nim spotkać.

Życie zaczyna się na wiosnę, myśli, dotykając brzucha.

Czy będę mogła prowadzić w ciąży, nie zaszkodzi to dziecku?

Zadzwoniła do rodziców, powiedziała przez telefon, że jest w ciąży.

Usłyszała radosny krzyk matki w głąb mieszkania:

– Różyczka będzie miała dziecko! Tatuś, masz wnuka!

Dziecinko, musisz o siebie dbać, pomożemy ci, nie martw się!

I ani słowa o ślubie.

Basia jest wstrząśnięta. Nigdy nie widziała Piotra płaczącego, nigdy przedtem, nigdy, nawet na pogrzebie rodziców miał tylko kamie

Krzysztof wrócił do pracy po pierwszej. Kot zwymiotował na siedzenie volva i pobrudził białą skórę. Ale dobrze, że ktoś był z Bubą, pal sześć to siedzenie. Jedyne, co mógł zrobić, to towarzyszyć Bubie i kotu w jego ostatniej drodze. Buba nawet nie zapłakała.

– Jestem za niego odpowiedzialna – powiedziała. – Nie chcę, żeby dłużej cierpiał.

Odwiózł ją od weterynarza, który obiecał zająć się pochówkiem kota, nie chciał jej zostawiać, pachniała konwaliami, chyba rzuciła na niego urok, może to wpływ wiosny? Nie lubi przecież Buby, nie lubi, jak się z nim kłóci, obraża go i docina mu. I, cholera, brakuje mu jej w każdej chwili jego smutnego życia.

A gdyby tak przyjechać do niej wieczorem? Tak z głupia frant, zapytać, jak się czuje, ostatecznie nie codzie

Tak zrobi. Pojedzie do niej, pies z tym siedzeniem, nie ma co się przejmować, to tylko samochód.

Może to ty? Winda znowu zgrzytnęła, przytulam oko do wizjera, ale moje złudzenia pierzchają przy windzie, to dozorczyni, wychodzi ze szczotką, przytrzymuje wiadrem drzwi i szybko obmiata korytarz.

Patrzę przez wizjer, ktoś na dole puka w drzwi od szybu, ktoś chce wsiąść i jechać, ale dozorczyni nie odstawia wiadra, spokojnie sięga szczotką pod moje drzwi i pod drzwi Różowego Dresika. Zaraz się pokaże Różowy Dresik.

I nie mylę się. Różowy Dresik uchyla swoje drzwi i wysuwa się zza nich – najpierw gruby brzuszek, potem ramionko tłuste i samotne, potem buzia różowa, i klapeczki z pomponem z królika.

Różowy Dresik obleka w uśmiech twarz, chce rozmawiać z dozorczynią.

– Chodzą i brudzą, może by domofony założyć…

– To zróbcie na własny koszt – mówi dozorczyni.

– Czynsz płacimy przecież – oburza się Dresik.

– Czynsz, a nie na domofony.

Domofon! Domofon byłby rzeczą wspaniałą, zanim nacisnąłbyś guzik windy, wiedziałabym, że idziesz, że to już ty, tyle sekund wcześniej wiedziałabym, że to ty.

Chcę otworzyć drzwi, może wspólnie z Różowym Dresikiem zaczniemy akcję domofon. Ale wtedy wyszłoby na jaw, że ja też pod tymi drzwiami nasłuchuję, jak ona, że nie ma między nami żadnej różnicy. A przecież różnica jest, ja czekam na ciebie, choć wiem, że nie przyjdziesz, ona nie czeka na nikogo albo na kogokolwiek.

– Po co domofony, na trójce założyli i już wyrwane, łobuzeria taka – mamrocze dozorczyni, cofam się spod drzwi, nawet kota nie ma.

I po co domofon.

Skoro ciebie nie ma.

Mam serce wypełnione tobą po brzegi.

Tylko nie mam czasu.

Basia przesuwa ręką po kartonach z kafelkami.

– Nie szkodzi, że są żółte, lubię żółty kolor, nie przejmuj się.

– Zamówiłem i

– Każde zdjęcie ma autora, chodź, zobacz, gdzie – Piotr naciska myszką ikonę. – Widzisz, dzień, data, godzina i autor zdjęcia. Konrad pracował przy moim komputerze, pamiętasz?

Basia zamyka drzwi na balkon, mniejsza o glazurę. Nie pyta, kto to była ta kobieta, która odebrała telefon, bo wie, że to nieistotne. Kochają się, a ona za dużo piła ostatnio, teraz już nie będzie, nie stanie się taka jak ojciec, jest jeden świat, a nie dwa odrębne światy i ona chce żyć w świecie, w którym jest Piotr. To takie proste.

– Bardzo cię kocham – szepcze niewyraźnie i pochyla się nad ekranem komputera. Przytula się do rękawa swojego męża, swojego ślubnego męża, który kiedyś poszybował dla niej do nieba. Do marynarki, którą miał na ślubie i na sali rozwodowej. Dwa razy. Będzie bardzo szanowała tę marynarkę.

Zawsze już będzie wierzyć, że to, co Piotr mówi, nie jest skierowane przeciwko niej. Inaczej zginie.

„Mama jest zazdrosna” – przemknęły jej przez głowę słowa ojca.

Ona nie będzie zazdrosna.

– Nie dostałam tej pracy. Wpadłam cię zobaczyć, po prostu wpadłam – mówi Julia – jak pięknie świeci słońce.

– Nie uprzedziłaś mnie – mówi matka; och, znowu te pretensje – zrobiłabym coś dobrego – kończy.

– Basia i Piotrek nie rozwiedli się, szkoda, że tego nie widziałaś – mówi Julia i żałuje, że matki tam nie było, w tym zamieszaniu, w tej szczęśliwości rozprawy rozwodowej.

– Cieszę się – mówi matka – napijesz się ze mną herbaty?

A może wyjdziemy gdzieś na obiad? Opowiesz mi o Romanie, może mnie kiedyś zaprosicie?

I Julia uświadamia sobie, że nie wpadło je to do głowy ani razu. Ani jednego wieczoru, ani jednej niedzieli nie przeszło jej przez myśl, że może fajnie byłoby zaprosić samotną matkę do nich, pokazać obrazy Romana, pokazać jej strych przecudny i okna, które Romek ogaci na zimę, a przez które widać dach jakiegoś klasztoru i rzekę, i zachód słońca, jak z żadnego i

Nie są z i

Są z jednego wszechświata i przybliżają się do siebie od chwili Wielkiego Wybuchu.

– Nie, nie pójdę z tobą na obiad – mówi Julia. – Napiję się z tobą herbaty i wracam do domu. Zrobię porządek, a wieczorem przyjdziesz do nas, otworzymy wino.

Zobaczysz, jaki mamy piękny zachód.

– Nie zrobimy teraz łazienki. – Piotr odkłada żółty kafelek na miejsce. – Nie mamy pieniędzy.

– Mówiłeś… – chce płaczliwie rozpocząć Basia, ale w porę się mityguje. – Myślałam, że jakieś mamy, odłożone.