Страница 9 из 45
– Kto tam? – Głos, zniekształcony przez mikrofon, brzmi głucho.
– Oto koniec wszystkiego, co powiedziane być musi o działaniu słońca. – Cytat ze średniowiecznego dzieła alchemicznego stanowi nie tylko hasło, ale i pozwala furtianowi zidentyfikować nocnego gościa.
Rozlega się brzęczyk. Alchemik popycha furtkę i zatrzaskuje ją za sobą. Wewnątrz jest ciemno, ale on zna rozkład pomieszczeń na pamięć. Rusza po omacku, pokonuje kilka schodków. W krużganku jest już jaśniej. Jeden z braci wychodzi mu naprzeciw.
– Przeor oczekuje…
Wnętrze celi nie zmieniło się od jego ostatniej wizyty. Tyle tylko, że jest noc. Na ciężkim, dębowym biurku dwa świeczniki. W każdym płonie pięć świec.
– Czy to prawda? – Gość kładzie na biurku kartkę. – Czy może tylko przypuszczenie?
W blasku świec twarz zako
– Niestety… Nie mamy najmniejszych wątpliwości. I potrzebujemy twojej pomocy. Ty już kiedyś…
– Raz. I to było dawno.
– Czuliśmy, że to wcześniej czy później musi nastąpić. A teraz nie wiemy, co robić.
– Zadzwońcie do Watykanu. Sami możemy sobie nie dać rady. I postarajcie się o dyspensy na zabójstwa. Co najmniej pięć sztuk.
– Tego nam nie wolno…
Alchemik myśli intensywnie.
– Mam więc nadzieję, że nie wyznaczycie mi surowej pokuty, gdy będzie już po wszystkim… Macie pomysł, jak ich znaleźć?
Zako
– Jak wynika z naszych ksiąg, do tej pory to raczej oni szukali i zabijali alchemików.
– Kto zajmuje się laboratorium?
– Brat Marcin.
– Niech nie wychodzi na zewnątrz. Korytarz zasypcie piaskiem i zaminujcie. Klasztor posiada jeszcze i
– Przyjacielu, jeśli potrzebujesz kryjówki, nasze drzwi stoją otworem. Pokój gości
– Dziękuję, nie chcę was narażać. Zresztą, może nie wiedzą jeszcze, że jestem w Krakowie?
– Miejmy nadzieję.
Zapadał wczesny, zimowy zmierzch, gdy zadowolony łowca wrócił do swojej kwatery. Spodziewał się, że przeskoczenie tego etapu przygotowań będzie dużo trudniejsze, a tymczasem wszystko poszło jak z płatka. Wyjął sprawunki i zatarł z zadowolenia ręce. Rzucił płaszcz na wieszak. W domu zawsze, gdy przystępował do czegoś naprawdę twórczego, puszczał sobie z magnetofonu serenadę Schuberta. Niezły zestaw do odtwarzania muzyki zdobył razem z samochodem, ale nie miał kasety. A, pal diabli, ostatecznie pamiętał melodię… Pogwizdując pod nosem, zabrał się do dzieła.
Umieścił papier ścierny na blacie starego biurka i, wydobywszy z kieszeni kawałek grubego, aluminiowego kabla, zaczął przerabiać go na proszek. Westchnął lekko. Przydałaby się waga laboratoryjna, ale nie ma żadnej pod ręką. Trzeba będzie składniki odmierzać na oko. To znaczy, znalezioną w śmieciach na parterze łyżeczką do herbaty. Proporcje nie zostaną precyzyjnie zachowane, lecz mimo to powi
Temperatura spalania termitu to 3800 stopni Celsjusza. Wystarczy, aby stopić odrobinę srebra w tygielku. O czym zapomniał? Ach tak, forma… Do pudełka po margarynie wlał gips i poczekał, aż zastygnie. Następnie, używając wiertła, wyborował cztery otwory. Normalnie poczekałby teraz z dzień, dwa, aby zaprawa dobrze wyschła, ale nie ma czasu. Dosuszy ją na piecu. Teraz najtrudniejszy etap zabawy.
W dawnej kuchni zachował się solidny piec z grubą, żeliwną płytą. Drzwiczki, choć zardzewiałe, dały się bez trudu otworzyć. Musiał tylko wygarnąć zawartość popielnika.
Gdy jedni mogą odpocząć po męczącym dniu, i
Bum, bum, bum – uderzenia w metalową furtkę zabrzmiały głucho.
Nikt nie odpowiedział, ale człowiek z teczką się nie poddawał. Załomotał ponownie. Czy wiedział, do czego się dobija? Ależ skąd. Zagadkowa parcela, otoczona murem, nie posiada żadnej historii ani pisanej, ani przekazywanej przez mieszkańców z pokolenia na pokolenie.
Obszedł cały kwartał zabudowy w poszukiwaniu wejścia. I oczywiście znalazł. No więc wali. Tak to już bywa. Istnieje grupa ludzi o słabym charakterze, którzy na widok zamkniętych drzwi wpadają w dziki, histeryczny szał. Nieoczekiwanie furtka ustąpiła ze zgrzytem. Urzędnik odważnie przestąpił próg i znalazł się, zamiast w ogrodzie, w wysoko sklepionym przedsionku. Na podłodze leżała gruba warstwa kurzu, widomy znak, że od bardzo dawna nie stanęła tu ludzka stopa. Pomieszczenie przegradzała gruba, kuta krata. Brama zatrzasnęła się za jego plecami. Zapadła ciemność, ale po chwili gdzieś z trzewi budynku nadszedł, szurając, człowiek w nieokreślonym wieku. W ręce trzymał palącą się, grubą świecę. Ubrany był w coś w rodzaju habitu. Kaptur osłaniał mu twarz, jednak blask świecy częściowo oświetlał jej rysy. Płomień odbijał się w źrenicach.
– Któż to przybył, by zakłócać nasze rozważania? – Głos był zachrypnięty, jakby nie używany od dłuższego czasu.
– Jestem z Urzędu Gminy. Dokonujemy rutynowego przeglądu wszystkich budynków, poprzedzającego wycenę – odparł młodzian niepewnie.
Osobniki nadpobudliwe można w wielu przypadkach kompletnie skołować, odcinając im bodźce docierające do narządów zmysłu. A tu zmysłom pozostawiono niewiele… W przedsionku panuje głęboka cisza, jedynym zapachem jest słabo wyczuwalna woń stęchlizny, panuje półmrok, ale nawet gdyby paliło się światło, nic to nie zmieni. Tu nie ma żywych barw. Ściany są białe, podłoga szara, habit nieznajomego także szary. Najbardziej kolorową rzeczą w tym wnętrzu jest lekko żółtawa świeca…
– A w jakim celu chcecie wycenić nasz dom? – Pytanie było zabarwione odrobiną ironii.
– Przed wprowadzeniem podatku katastralnego musimy znać wartość nieruchomości…
– I jak nas znaleźliście? Ten adres… – człowiek zawahał się na ułamek sekundy – jest zastrzeżony.
– Normalnie. Sprawdzam po kolei wszystkie domy przy tej ulicy.
Zapadła cisza. Tajemniczy gospodarz coś sobie widać układał w myślach.
– Mogę wejść i się rozejrzeć? – zagadnął urzędnik.
– Zakon nasz ma charakter zamknięty. Nie wpuszczamy tu nikogo. – Mnich nieoczekiwanie uniósł głowę i popatrzył gościowi prosto w oczy.
Młody urzędnik odczuwał dziwny zamęt w myślach. Na szczęście każde następne słowo zako
– Jesteśmy wieczyście zwolnieni z wszelkich podatków, tak więc inspekcja nie ma najmniejszego sensu. Po prostu strata czasu. Idź już, synu, pora naszej wieczornej modlitwy nadchodzi – szepnął zakapturzony.
– Oczywiście, najmocniej przepraszam.
Wyszedł na ulicę. Zakręciło mu się w głowie.
– Co to ja chciałem? – Poskrobał się po ciemieniu. – A, jasne, tu wszystko gra, a więc następna nieruchomość. – I ruszył wypełniać swoje obowiązki.
Za oknami pada ciężki, zimowy deszcz. Krople uderzają o szyby, wybijają werble na parapecie. Zmierzch przyszedł wcześnie. W taką pogodę nawet wampira nie wyrzuca się z domu. Zresztą właściwie po co?
Księżniczka Monika odrobiła już lekcje, a teraz krząta się po kuchni. Ukręciła jakąś zagadkową przyprawę z dużej ilości papryki, teraz moczy mięso w marynacie. Na kolację będą szaszłyki. Katarzyna rozmontowała swój czeczeński rewolwer i teraz stara
W dawnych, dobrych czasach w każdym niemal dworze była suto zaopatrzona apteczka – specjalne pomieszczenie lub piwniczka, w której w beczkach i flaszach latami dojrzewały nalewki, nastawy, sycone miody i i
Dom Kruszewskich herbu Habdank posiadał w piwniczce specjały, których sława rychło ogarnęła całą okolicę. Prawie biała nalewka na pędach czosnku, oczyszczająca umysł, ratująca żołądek i wzmacniająca serce. Bladozielonkawa ajerówka, robiona na korzeniach tataraku. Ciemna ratafia, umiejętnie łącząca w sobie aromat kilkunastu różnych owoców. Czerwona jak krew dereniówka. I wreszcie żółta pigwówka. Dla ich skosztowania znajomi i krewni przybywali z bliska i z daleka, pewnego dnia przybył nawet pewien alchemik z Krakowa.
Stanisława pamięta te receptury i jeszcze ze czterdzieści i
– Grunt to dobra wódka, czas i odpowiednia temperatura dojrzewania – poucza je Stanisława.
– Wódka – podchwytuje Katarzyna. – Nie mamy w domu ani grama.
Na twarzy alchemiczki pojawia się zagadkowy uśmiech. Oczy Moniki rozświetlają figlarne iskierki.
– Przynieś…
Księżniczka dźwiga z balkonu spory gąsior z jakąś breją. Stanisława wyciąga z szafki pudło, a z niego pożyczony od Alchemika alembik. Urządzenie ma swoje lata, ale odpolerowana brązowa blacha lśni jak wczoraj wyklepana. Stanisława wrzuca do zbiornika garściami kostki lodu, przygotowane w zamrażalniku.