Страница 50 из 55
– Jeszcze nie wrócił.
– Cofnij się. Najlepiej siądź tam, pod ścianą.
Tak, jak się tego spodziewał, zeszklony piasek był bladofioletowego koloru - nie bez kozery wybrał kredę tej właśnie barwy. Kiedy wszedł, dubelt zwrócił ku niemu twarz - najwyraźniej go czekał.
Fizyk wysypał na podłogę przed tablicą całą zawartość puszki.
– Zwariowałeś! - krzyknął, zrywając się z miejsca, Cybernetyk. Licznik odstawiony na drugi koniec stołu zbudził się i zaczął pospiesznie tykać.
– Milcz! Nie przeszkadzaj!
W głosie Fizyka drgała taka wściekłość, że Cybernetyk zastygł bez ruchu pod ścianą.
Fizyk rzucił okiem na tarczę zegara - upłynęło już dwanaście minut. Lada chwila mógł wrócić Doktor. Pochylił się, wskazał na fioletowe, mgławe szczerby na pół stopionego piasku. Podniósł ich garść, przytknął, trzymając ją rozwartą dłonią w górę, do miejsca, gdzie powalane fioletową kredą, naszkicowane były nogi stojącego. Roztarł nieco piaskowych okruchów na rysunku, popatrzał w oczy dubelta, strząsnął resztę pyłu na podłogę, cofnął się w głąb sali, potem ruszył zdecydowanym krokiem przed siebie, jakby szedł gdzieś daleko, wstąpił w środek fioletowej plamy, stał tak chwilę, zamknął oczy i powoli przewrócił się, rozluźniając mięśnie. Jego ciało głucho uderzyło o podłogę. Leżał tak kilka sekund, nagle zerwał się, podbiegł do stołu, chwycił licznik Geigera i trzymając go przed sobą, jak myśliwski reflektor, podszedł do tablicy. Ledwo wylot czarnego cylindra zbliżył się do narysowanych kredą nóg, dał się słyszeć gwałtowny, alarmowy werbel. Fizyk kilka razy przysuwał i odsuwał licznik od tablicy, powtarzając efekt przed wpatrzonym bez drgnienia dubeltem, potem zwrócił się wolno ku niemu i zaczął przysuwać wylot geigera do jego obnażonych podeszew.
Licznik zawarczał.
Dubelt wydał słaby odgłos, jakby się zakrztusił. Przez kilka sekund, które Fizykowi zdawały się wiecznością, patrzał mu w oczy - zachła
Ten skinął głową, odniósł aparat na stół, trącił nogą tablicę i odezwał się głucho w stronę Cybernetyka:
– Zrozumiał.
– Co zrozumiał?… - wybełkotał tamten, wstrząśnięty milczącą sceną.
– Że musi umrzeć.
Wszedł Doktor, spojrzał na tablicę, na rozsypane, szkliste szczątki, na nich.
– Co tu się dzieje? - spytał. - Co to znaczy?! - podniósł gniewnie głos.
– Nic takiego. Masz już dwóch pacjentów - powiedział obojętnie Fizyk, a gdy Doktor patrzał na niego z osłupieniem, wziął ze stołu licznik i skierował jego wylot na własne ciało. Radioaktywny kurz wniknął w materiał kombinezonu - geiger zaterkotał przeraźliwie.
Twarz Doktora poczerwieniała. Przez chwilę stał bez ruchu, zdawało się, że strzeli w podłogę strzykawką, którą miał w ręku. Powoli krew odpływała mu z twarzy.
– Tak? - powiedział. - Dobrze. Chodź.
Ledwo wyszli, Cybernetyk narzucił ochro
– Już - powiedział prawie wesoło do Cybernetyka. - Nic takiego - pierwszy stopień albo i to nie.
Doktor z Cybernetykiem wzięli się do podnoszenia dubelta, który pojąwszy, o co idzie, wstał i wyszedł posłusznie z laboratorium.
– I po co było to wszystko? - spytał Cybernetyk. Nerwowo chodził po sali, wtykając we wszystkie szpary i kąty czarny pyszczek geigera. Od czasu do czasu tykot nieco przyspieszał.
– Zobaczysz - odparł spokojnie Fizyk. - Jeżeli on ma głowę na właściwym miejscu - zobaczysz.
– Dlaczego nie włożyłeś ubrania ochro
– Musiałem pokazać to jak najprościej - powiedział Fizyk. - Jak najnaturalniej, bez żadnych „domieszek”, rozumiesz?
Zamilkli. Wskazówka ście
– To ty! To ty, co?! Coś z nim zrobił?!
– A co takiego? - uniósł głowę Fizyk.
– Nie chce leżeć! Ledwo dał się opatrzyć, wstaje i pakuje się w drzwi, o, już go tu masz… - dodał ciszej.
Dubelt wszedł. Kuśtykał niezgrabnie. Po podłodze ciągnął się za nim rozwinięty koniec bandaża.
– Nie możesz go leczyć wbrew jego woli - chłodno powiedział Fizyk. Rzucił papierosa na podłogę, wstał i zdusił go nogą. - Weźmiemy chyba ten kalkulator z nawigacyjnej, co? Ma największy zasięg ekstrapolacji - powiedział do Cybernetyka. Ten drgnął, przebudzony, zerwał się na równe nogi, chwilę patrzył pijanym wzrokiem i wyszedł szybko. Zostawił otwarte drzwi. Doktor z pięściami w kieszeniach fartucha stał na środku laboratorium. Na słabe człapnięcie odwrócił się. Popatrzał na olbrzyma, który zbliżał się powoli, odetchnął.
– Już wiesz? - powiedział. - Już wiesz, co?
Dubelt kaszlnął.
Tamci trzej spali przez cały dzień. Kiedy obudzili się, zapadał zmierzch. Poszli prosto do biblioteki. Przedstawiała obraz przerażający. Stoły, podłoga, wszystkie wolne fotele zawalone były stosami książek, atlasów, pootwieranych albumów, setki zarysowanych arkuszy walały się pod nogami, pomieszane z książkami leżały części aparatów, kolorowe plansze, puszki konserw, talerze, szkła optyczne, arytmometry, cewki, o ścianę opierała się tablica, z której ściekała woda zmieszana z kredowym miałem, gruba warstwa wyschłego wapie
– Jak idzie? - spytał Koordynator, stając w progu.
– Świetnie. Ujednoznaczniliśmy już tysiąc sześćset pojęć - odparł Cybernetyk. Doktor wstał. Miał jeszcze na sobie biały fartuch.
– Zmusili mnie do tego - powiedział. - On jest porażony - wskazał na dubelta.
– Porażony!? - Koordynator wszedł do środka. - Co to znaczy?
– Przeszedł przez plamę radioaktywną w otworze - wyjaśnił Fizyk. Odstawił nie dopitą kawę i ukląkł przy aparacie.
– Ma już o dziesięć procent białych ciałek mniej niż przed siedmioma godzinami - powiedział Doktor. - Degeneracja hyalinowa - zupełnie jak u człowieka. Chciałem go izolować, musi mieć spokój, ale nie daje się leczyć, bo Fizyk powiedział mu, że to i tak nie pomoże!
– Czy to prawda? - zwrócił się Koordynator do Fizyka. Ten, nie odrywając się od gwiżdżącego aparatu, skinął głową.
– I on jest - nie do uratowania?… - spytał Inżynier. Doktor wzruszył ramionami.
– Nie wiem! Gdyby to był człowiek, powiedziałbym, że ma trzydzieści szans na sto. Ale to nie jest człowiek. Staje się trochę apatyczny. Ale to może być zmęczenie i bezse
– O co ci chodzi? Przecież i tak robisz z nim wszystko, co chcesz - powiedział Fizyk. Nie odwrócił nawet głowy. Obandażowanymi rękami manipulował wciąż przy aparacie.
– A co tobie się stało? - spytał Koordynator.
– Wytłumaczyłem mu, w jaki sposób uległ promienistemu skażeniu.
– Tak dokładnie mu to wytłumaczyłeś?! - krzyknął Inżynier.
– Musiałem. Milczeli przez chwilę.
– Stało się, co się stało - powoli powiedział Koordynator. - Dobrze czy źle, ale stało się. Co teraz? Co już wiecie?
– Sporo.
Mówił Cybernetyk.
– Opanował już masę naszych symboli - zwłaszcza matematycznych. Teorię informacji mamy właściwie przetorowaną. Najgorzej z jego elektrycznym pismem, bez specjalnego aparatu nie moglibyśmy się go nauczyć, a nie mamy takiego aparatu ani czasu, żeby go zbudować. Pamiętacie te fragmenty rurek wchodzące w głąb ciała? To po prostu urządzenia do pisania! Kiedy dubelt przychodzi na świat, od razu wszczepia mu się taką rurkę - jak u nas kiedyś przekłuwało się dziewczynkom uszy… Mają po obu stronach ciała, tego wielkiego, organy elektryczne. Dlatego kadłub jest taki wielki! To jak gdyby mózg i zarazem plazmatyczna bateria, która przekazuje ładunki bezpośrednio „przewodowi piszącemu”. U niego kończy się on tymi drutami na „kołnierzu”, ale to jest indywidualnie różne. Pisania muszą się oczywiście uczyć. Ta wstępna operacja praktykowana od tysięcy lat jest tylko krokiem przygotowawczym.
– A więc on rzeczywiście w ogóle nie mówi? - spytał Chemik.
– Mówi! Ten kaszel, któryście słyszeli, to właśnie mowa. Jedno „kaszlnięcie” to całe zdanie. Wyrzucane z wielkim przyśpieszeniem. Nagraliśmy je na taśmę - rozkłada się na widmo częstotliwości.
– A! Więc to jest mowa na zasadzie modulowanej częstości drgań dźwiękowych?
– Raczej szmerów. Jest bezdźwięczna. Dźwiękami wyrażają wyłącznie uczucia, stany emocjonalne.
– A te organy elektryczne - czy są ich bronią?
– Nie wiem. Ale możemy go spytać.
Pochylił się, wyciągnął spomiędzy papierów dużą planszę, na której widniał schematyczny, pionowy przekrój dubelta, wskazał dwa podłużne segmentowane twory w jego wnętrzu i zbliżając usta do mikrofonu, powiedział:
– Broń?
Głośnik umieszczony z drugiej strony, naprzeciw leżącego, skrzeknął. Dubelt, który uniósł nieznacznie mały tors, gdy weszli nowi ludzie, trwał przez chwilę bez ruchu, potem zakaszlał.
– Broń - nie - zaskrzypiał głośnik. - Liczne obroty planetarne - niegdyś - broń. Dubelt kaszlnął.
– Organ-rudyment - ewolucji - biologicznej - wtórna - adaptacja - cywilizacja - wyskrzypiał martwo, bez żadnej intonacji głośnik.
– No, no - mruknął Inżynier. Chemik stał zasłuchany, ze zmrużonymi oczami.